Alfabet Andrzeja Gmitruka. Wspominamy niezwykłego człowieka i trenera
Inne sporty

Alfabet Andrzeja Gmitruka. Wspominamy niezwykłego człowieka i trenera

To najsmutniejsza sportowa wiadomość ostatnich miesięcy: nagle zmarł Andrzej Gmitruk, legendarny trener i wychowawca najlepszych polskich bokserów. Był człowiekiem pełnym pasji do boksu, kochał sport i ludzi, nigdy nie tracił wrodzonego optymizmu i jedynej w swoim rodzaju bajerki. Żył tak, jak chciał, do samego końca. Jedynego w swoim rodzaju trenera żegnamy specjalnym alfabetem, który w jego przypadku zaczyna się od Adamka, a kończy – niestety – na Zdrowiu.

A – Adamek. Bokser, z którym Andrzej Gmitruk doszedł na sam szczyt. Trener namówił medalistę mistrzostw Europy z 1998 roku na podpisanie kontraktu zawodowego. Łatwo nie było, bo „Góral” myślał o igrzyskach olimpijskich w 2000 roku, a w dodatku… nie miał telefonu. Gmitruk roztoczył wspaniałą wizję, w której Adamek zostawał zawodowym mistrzem świata. Co ciekawe, przekonywał nie boksera, a… jego teściową, która telefon miała. Ona wpłynęła na Adamka, który podpisał kontrakt i igrzyska w Sydney oglądał już w telewizji. Pięć lat później został pierwszym polskim czempionem w zawodowym boksie. Jeśli obejrzycie pierwszą Adamka z Briggsem, zwróćcie uwagę na to, co dzieje się po werdykcie: Gmitruk chwyta swojego podopiecznego wpół i unosi do góry. Twarz „Górala” wyraża niedowierzanie. Trener całym sobą mówi: „A nie mówiłem?”.

B – Boks. Całe życie i największa miłość Andrzeja Gmitruka. Z boksem był związany od dzieciństwa na warszawskiej Pradze. Pięściarzem wielkim nie został, bo od początku czuł, że jego powołaniem jest iść w ślady legendarnego trenera Stamma. Miał 24 lata, kiedy objął reprezentację Polski juniorów, niedługo potem przejął Legię Warszawa, prowadząc ją do pięciu tytułów mistrza kraju. Zwieńczeniem jego kariery trenera w boksie amatorskim były igrzyska w Seulu, skąd jego podopieczni przywieźli 4 medale. Z boksem był nierozerwalnie związany do końca życia, kilkanaście godzin przed śmiercią poprowadził ostatni trening…

C – Chicago. Miejsce wielkiego triumfu. W 2005 roku Gmitruk doprowadził Tomasza Adamka do podpisania kontraktu promotorskiego z legendarnym Donem Kingiem. Amerykanin z kolei w błyskawicznym tempie zorganizował „Góralowi” walkę o mistrzostwo świata z Paulem Briggsem. Po ringowej wojnie Adamek wygrał dwa do remisu. To oznaczało, że spełniły się obietnice i zapewnienia Gmitruka o pierwszym polskim mistrzu świata. Po latach drogi Adamka i Gmitruka się rozeszły, głównie dlatego, że pierwszy chciał przenieść się do USA, a drugi wolał zostać w Polsce. Do Chicago jednak wielokrotnie wracał na kolejne walki.

D – Dramaty. U Gmitruka zawsze wielkie sukcesy przeplatały się z dramatami życiowymi. Tragicznie zginął jego syn Jakub, u trenera zaczęły się poważne problemy ze zdrowiem. W ostatnich latach wszystko zaczęło się układać. Gmitruk się ożenił po raz drugi, urodziła mu się córka. Nagle jednak poważnie zachorowała żona, rozpoczęła się dramatyczna walka o jej oczy. Niestety, mimo wyjazdów do najlepszych specjalistów i najbardziej renomowanych klinik – Agnieszce Gmitruk nie udało się uratować wzroku. Ostatnim dramatem był pożar domu, który pośrednio spowodował śmierć trenera.

E – Endrju. Andrzej Gołota przez lata należał do światowej czołówki, cztery razy boksował o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Ale prawda jest taka, że największy sukces osiągnął w karierze amatorskiej, zdobywając brąz igrzysk olimpijskich w Seulu (1988). Oczywiście – pod okiem Andrzeja Gmitruka. Potem w jego narożniku było wielu różnych szkoleniowców, ale żaden nie potrafił dotrzeć do „Endrju” tak dobrze, jak trener Legii z dawnych lat. Kto wie, co mógłby osiągnąć Gołota, gdyby w najważniejszych walkach miał w narożniku Gmitruka.

F – Fighter. Gmitruk nigdy nie rezygnował, nigdy się nie poddawał. W pracy trenerskiej, promotorskiej i w biznesie – był wojownikiem.

Wieczny optymista, zawsze pozytywnie patrzący w przyszłość. Na głowę spadło mu mnóstwo problemów, ale Andrzej nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby przegrać. Zawsze trzymał gardę w górze – wspomina Janusz Pindera.

G – Genialny Żółw. Taki przydomek nadał trenerowi Artur Szpilka. – Masakra. Ryczałem jak dziecko, kiedy się dowiedziałem o śmierci trenera. To był wesoły, uśmiechnięty facet. Nazywałem go Genialnym Żółwiem i tak do zapamiętam. Dla mnie on nigdy nie umrze, zawsze będzie żył. On wnosił do naszego zespołu niesamowitą wiedzę o boksie. Wszędzie go było pełno, mega sympatyczny człowiek – wspomina „Szpila” w rozmowie z TVP Sport.

H – Historie. Spytajcie każdego, kto spędził choćby pół godziny z Andrzejem Gmitrukiem – każdy powie wam to samo. Ten gość był chodzącą księgą anegdot, opowieści i historii, często mocno podkręconych i kompletnie niewiarygodnych. Był też mistrzem bajery.

Kiedyś rozmawiałem z nim i mówił, że jest w Izraelu. Tego samego dnia Janusz Pindera usłyszał od niego, że jest w RPA. Śmialiśmy się razem z Januszem, że pewnie jest w Pradze, a dokładniej mówiąc na warszawskiej Pradze – opowiada Kamil Wolnicki z „Przeglądu Sportowego”.

I – Igrzyska. Seul 1988 to ostatni naprawdę dobry epizod polskiego boksu. W Korei Południowej biało-czerwoni pięściarze zdobyli cztery medale (Andrzej Gołota, Henryk Petrich, Janusz Zarankiewicz, Jan Dydak). Jak dobry to wynik, niech świadczy fakt, że przez kolejnych trzydzieści lat, z olimpijskich ringów udało nam się podnieść ledwie jeden brąz. Za sukcesem w Seulu stał oczywiście Andrzej Gmitruk.

J – Jakub. Młodszy z dwóch synów trenera zmarł tragicznie w Norwegii w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Gmitruk nigdy się z tym nie pogodził, nigdy nie zapomniał o synu. Pożar, który zakończył się jego śmiercią zaczął się zresztą od świeczki, którą zapalił w rocznicę śmierci Jakuba.

Przez tę świeczkę ogień zajął cały stolik na tarasie. Sytuacja miała miejsce w nocy. Trener Gmitruk obudził się, biegł na taras, aby ugasić pożar, w trakcie gaszenia pożaru poniósł śmierć – brzmiało oświadczenie rodziny, opublikowane w mediach.

K – Kawa. Jedyne, poza boksem, uzależnienie Gmitruka. Życie bez kawy, to nie życie, powtarzał. Kawę pił w bardzo dużych ilościach, choć zdawał sobie sprawę, że z racji wieku i problemów kardiologicznych, zdecydowanie powinien ograniczać. Zdarzało mu się popijać jedno espresso kolejnym. – Bez kawy i boksu nie wyobrażam sobie życia – mówił.

L – Ludzie. Gmitruk kochał ludzi, a ludzie kochali jego, nie dało się go nie lubić. Był duszą towarzystwa. Kiedy wchodził na salę, nie dało się tego nie zauważyć: z każdym się przywitał, do każdego zagadał, sprzedał jakąś anegdotę.

Trener zrobił maślane oczy, przekabacił jedną z kelnerek i restauracja była na naszą wyłączność do późnych godzin nocnych. „Kochanieńka, ja się tu wszystkim zajmę, możesz iść do domu, nic nie zginie”– powiedział i dotrzymał słowa. Nam, dziennikarzom, polewał mocniejsze trunki, sam raczył się winem i martini. „Nie mogę już pić alkoholi powyżej 30 procent. Serducho nie te, a tyle przecież jeszcze do zrobienia” – wspomina Rafał Mandes, dziennikarz TVP Sport.

M – Mistrzostwo. Gmitruk miał obsesję doskonałości. Z każdego podopiecznego chciał wycisnąć wszystko, co najlepsze. I najczęściej mu się to udawało. Do mistrzowskiego poziomu doprowadził najpierw Andrzeja Gołotę, potem Tomasza Adamka. Spod jego skrzydeł wyszli w ostatnich latach także choćby Mariusz Wach, Mateusz Masternak i Maciej Sulęcki. Bardzo wysoko współpracę z nim cenili Izu Ugonoh i Artur Szpilka.

Miał przekonanie, że ciągle musi ciężko pracować dla dobra polskiego boksu, że ma jeszcze coś do udowodnienia i doprowadzi jeszcze Polaka do mistrzostwa świata. Nie zdążył.

N – Norwegia. Ważny epizod w życiu Andrzeja Gmitruka to praca szkoleniowa w Norwegii. Praca bardzo dobrze oceniana i doceniana. Trener dorobił się nawet norweskiego obywatelstwa. O Norwegii często i barwnie opowiadał, regularnie tam podróżował, odpoczywać i robić interesy. W Norwegii prowadził kadrę olimpijską, z Ole Klemensenem był blisko medalu w Barcelonie.

Już jako promotor bokserski blisko współpracował z kolei z Finami, w Helsinkach i Marienhamn trzy razy boksował na przykład Tomasz Adamek (niedługo przed pierwszą walką o mistrzostwo świata).

O – Oko. Co wyróżniało Andrzeja Gmitruka od innych trenerów boksu? Oko.

Trener miał to coś, potrafił dostrzec znacznie więcej niż inni. Tego się nie da nauczyć, trzeba się z tym urodzić. Widział detale, które umykały innym – wspomina Izu Ugonoh.

Trener potrzebował tylko chwili, żeby ocenić, czy ktoś ma predyspozycje. Rzucał okiem i mówił: to jest materiał na mistrza; albo: z niego nic nie będzie. I co najważniejsze, jego słowa zawsze się potwierdzały – opowiada Sebastian Szczęsny, komentator TVP.

P – Polsat. Przez długie lata Andrzej Gmitruk pracował jako komentator Polsatu, w tym roku związał się z Telewizją Publiczną. Widzom dał się poznać jako fantastyczny specjalista, który w bardzo barwny i przystępny sposób potrafi przekazać nawet skomplikowane rzeczy.

Z Andrzejem odchodzi najpiękniejsza karta w ostatnich latach polskiego boksu. Wspaniały człowiek, zarażał entuzjazmem. Podziwiałem go, mówiłem mu: dla mnie jesteś bohaterem. Nigdy nie widziałem go zmartwionego – wspomina Andrzej Kostyra, który z Gmitrukiem skomentował setki walk.

R – Rodzina. Z pierwszego małżeństwa Andrzej Gmitruk miał dwóch synów, z których młodszy zginął tragicznie. Druga żona Agnieszka w wyniku działania tajemniczej bakterii straciła wzrok niedługo po urodzeniu córki. Gmitruk nigdy się nie poddał i do upadłego walczył o rodzinę.

Wracaliśmy razem z Gliwic z gali Szpilka-Adamek. Rozmawialiśmy długo na wszelkie tematy. Pytałem go, skąd czerpie siłę do tak ciężkiej pracy. Powiedział: muszę zasuwać, bo mam rodzinę. Jak one by sobie poradziły beze mnie – opowiada Sebastian Szczęsny. – To było ledwie kilka dni temu. Coś strasznego…

Był dla zawodników jak ojciec. Ostatnio widzieliśmy się w studiu telewizyjnym. Pogratulował mi narodzin dziecka, a na koniec mocno mnie przytulił, czego nigdy wcześniej nie robił – mówił w Weszło FM Mateusz Masternak.

S – Szpilka. Artur Szpilka ma trudny charakter. Potrafi wybuchnąć, wali prosto z mostu, miewa szalone pomysły. Przez lata pracował z Fiodorem Łapinem, potem trafił pod skrzydła Andrzeja Gmitruka. Widać było postępy w jego boksie, choć zdarzało mu się popełniać te same błędy, co w przeszłości.

Po walce z Mariuszem Wachem napisałem mu SMS-a: „Trenerze, musi trener coś wymyślić na to opuszczanie rąk po ciosach, czasami robię to automatycznie”. Odpisał: „spokojnie, zmienimy parę rzeczy w przygotowaniach i będziesz boksował 12 rund w dużym tempie i częstotliwości ciosów. Masz predyspozycje do takiego boksu, czego nie mają inni”. No a teraz taka sytuacja – opowiadał w TVP Sport ze łzami w oczach.

T – Trener. Po prostu. Takiego trenera w polskim boksie nie było od czasów legendarnego Feliksa „Papy” Stamma. Całe życie spędził w narożnikach ringów na całym świecie. Ciągle powtarzał: tyle jeszcze do zrobienia. Kochał to. Potrafił z przeciętnego boksera zrobić bardzo dobrego, a z dobrego – znakomitego. W walki swoich podopiecznych wkładał całe serce, bardzo przeżywał, zdzierał gardło.

Był nietuzinkowym szkoleniowcem i wielkim motywatorem. Kochał pięściarstwo i w wyjątkowy sposób umiał zarażać pasją swoich podopiecznych – wspominał w „Przeglądzie Sportowym” Paweł Skrzecz.

U – Ugonoh. Trenował pod okiem wielu fachowców w różnych częściach świata. Potem trafił na salę do Andrzeja Gmitruka i już wiedział, że lepszego miejsca nie znajdzie.

Myślałem, że tak będzie cały czas, że z takim trenerem będę pracował. Po ostatnim treningu ja robiłem brzuszki i trener robił brzuszki. Nigdy bym nie pomyślał, że to nasze ostatnie spotkanie. Był wyjątkowym trenerem, miał talent. Nie da się wskazać jednej rzeczy, która sprawiała, że był tak dobrym szkoleniowcem. Cały czas się rozwijał, wprowadzał nowe metody. Mimo swojego wieku zawsze był otwarty na nowości, żeby nam dać to, co najlepsze. Był młody duchem do samego końca, na sali czuł się, jak ryba w wodzie. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby tę pustkę teraz zapełnić – wspominał Izu na antenie Weszło FM.

W – Wyzwania. W wieku 67 lat Andrzej Gmitruk mógłby usiąść wygodnie przy kominku, wspominać wielkie walki, czasem skomentować coś w telewizji. Jego jednak ciągle gnało do ringu, ciągle miał poczucie, że ma wiele do zrobienia. Ostatnio wymyślił, że stworzy własny gym bokserski. Marzył o tym, żeby doprowadzić Izu Ugonoha, Artura Szpilkę i Macieja Sulęckiego do wielkich walk. Chciał ciągle zarażać ludzi miłością do boksu. Chciał wyleczyć żonę. Chciał patrzeć, jak dorasta jego córka…

Z – Zdrowie. Od lat Andrzej Gmitruk miał problemy z sercem. Pierwszy zawał serca miał kilkanaście lat temu. Potem niestety nie było lepiej. Na problemy zdrowotne wpływ miał także opisany powyżej dramat Agnieszki Gmitruk, która ponad pół roku spędziła w szpitalu.

Wstawałem rano, jechałem do szpitala, ze szpitala na trening. I tak przez siedem miesięcy. Sam zacząłem się przez to gorzej czuć. Na dwa tygodnie przed galą trafiłem do szpitala z migotaniem przedsionków. Doktor stwierdził, że gdybym przyszedł parę godzin później, to już by mnie nie było. Przeszedłem dwie operacje. I przy tych okolicznościach jeszcze wychodziłem na salę. Pamiętam, że pewnego razu rozgrzałem trzech pięściarzy. W nocy, po powrocie do domu, znów zaczął się dramat, kolejne migotanie przedsionków, kolejna operacja. Lekarze powiedzieli mi wtedy: jeśli chce pan żyć, musi się pan inaczej dzielić wiedzą – opowiadał w programie „Puncher” w Polsacie.

Lekarzy jednak – jak doskonale wiemy – nie posłuchał. Inna sprawa, że żona, która znała go najlepiej, sama zachęcała go do powrotu do pracy. „Andrzej, jeśli ty nie wrócisz na salę, to umrzesz szybciej niż ustawa przewiduje„, mówiła.

Wczoraj nad ranem, kiedy zapalił się stolik na tarasie, Andrzej Gmitruk pobiegł gasić pożar. Po sekcji zwłok już wiadomo, że przyczyną jego śmierci nie był wcale pożar, jak wynikało z pierwszych informacji. Jak podała prokuratura rejonowa, „zgon był wynikiem ostrej niewydolności krążeniowo – oddechowej”. Czyli – nie wytrzymało serce. Może to banalne, ale Andrzej Gmitruk oddał serce boksowi – dosłownie i w przenośni.

Ż – Żegnaj. Andrzej, żegnaj! Dla mnie to pierwsze pożegnanie kogoś tak bliskiego ze świata sportu. Znałem Trenera od pierwszego roku pracy w zawodzie, kiedy zacząłem praktyki w „Super Expressie”. Był dokładnie taki, jak wynika z powyższych wspomnień: pozytywny, pełny energii i pasji, zarażający optymizmem i wizją sukcesu. Był mistrzem bajerki, który ściemniał tak często i z takim urokiem, że nie sposób było się na niego gniewać. Do programu „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM umówił się co najmniej dziesięć razy, zawsze w ostatniej chwili odwołując. Gdyby zrobił to kto inny, więcej bym nie zadzwonił. W przypadku Andrzeja, tylko się uśmiechałem. Wiedziałem, że Trenera można wziąć tylko z dobrodziejstwem inwentarza, czyli w tym przypadku – z bajerką i tysiącem spraw na głowie. I naprawdę ciężko uwierzyć, że już nigdy nie oddzwoni tylko po to, żeby powiedzieć: „Janek, kochany, urwanie głowy, ale dryndnę do ciebie jutro rano”…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (1)