Myślami byłem już w Niemczech. Polały się łzy, ale nic straconego
Weszło

Myślami byłem już w Niemczech. Polały się łzy, ale nic straconego

Robert Gumny rok temu przebojem wdarł się do pierwszego składu Lecha Poznań, został objawieniem Ekstraklasy. Zimą miał bić rekord transferowy polskiej ligi, ale lekarzom Borussii Moenchengladbach nie spodobało się jego kolano i wszystko wysypało się na ostatniej prostej. Latem młody obrońca przeszedł operację, miał wrócić na początku lipca, a wrócił trzy miesiące później. Gdy już był gotowy, dostał powołanie na młodzieżówkę, co nie spodobało się w klubie. O tym i kilku bieżących sprawach rozmawialiśmy z piłkarzem podczas zgrupowania kadry U-21, która zaczyna barażowy dwumecz z Portugalią o awans na młodzieżowe mistrzostwa Europy. 

Po analizie macie przeświadczenie, że Portugalia jest najtrudniejszym barażowym rywalem, na którego mogliście trafić?

Indywidualnie na pewno tak. Umiejętności poszczególnych piłkarzy są duże, ale za to Portugalczycy trochę odstają taktycznie. Myślę, że w tym względzie są gorsi od Danii, z którą graliśmy w grupie. Widzieliśmy na analizach ich przegrany mecz z Rumunią w grupie, są do ogrania. Duńczycy byli lepiej zorganizowani, mieli schematy, a tu jest głównie klasa poszczególnych zawodników. To rywal w naszym zasięgu, myślę, że będą dwa wyrównane mecze.

Czyli już mamy ewidentny słaby punkt drugiej strony.

Jak to Portugalczycy, potrafią się za bardzo rozluźnić. Środkowi obrońcy nie boją się rozgrywać piłki, czasem popełniają błędy i trzeba je wykorzystać. My mamy drużynę, oni mają indywidualności.

Fakt, że nie jesteśmy faworytem, w jakimś stopniu zdejmuje z was presję?

Myślę, że to bardziej kwestia motywacji, każdy z nas chce pojechać na EURO. Nie licząc turnieju u siebie, naszej młodzieżówki nie było na nim od 24 lat. Szmat czasu. To byłaby fajna historia, gdybyśmy awansowali. A presja? Gramy z teoretycznie lepszym rywalem, ale to my nie przegraliśmy żadnego meczu w eliminacjach. Też nie wyglądamy źle na papierze.

Nie przegraliście żadnego meczu, ale straciliście cztery punkty na Wyspach Owczych. Jak to wytłumaczyć? O przypadku można mówić po jednej wpadce, dwie już o czymś świadczą. 

Trzeba przyznać, że jakoś nie siedział nam ten przeciwnik. Źle nam się gra z zespołami, które nie potrafią grać w piłkę. Wyspy Owcze kopały, wybijały, wyszła im jedna akcja, padł gol i zamurowały się. Ten mecz w Lubinie był bardzo pechowy. U nich warunki nie pozwalały za bardzo na granie normalnej piłki, ale to marne usprawiedliwienie. Mamy dwumecz z Portugalią, trzeba go wygrać i wtedy wszyscy zapomnimy o Wyspach Owczych.

Trener Michniewicz rozdawał wam nagrania z fragmentami meczów piłkarzy, na których będziecie grali. Kogo rozpracowywałeś?

Głównie tego lewego obrońcę. Yuri… Jakoś tak się nazywał, gra w Benfice [Yuri Ribeiro, PM]. Portugalczycy stosują ustawienie praktycznie bez skrzydłowych, w ich rolę często wcielają się boczni obrońcy. To może być szansa, żeby ich kontrować.

Czyli portugalska młodzieżówka gra to, co ostatnio próbowała reprezentacja Jerzego Brzęczka.

Tak, ustawienie z „diamentem”, bez skrzydłowych, ze środkowymi pomocnikami schodzącymi do bocznych sektorów. Jest szansa ich ukłuć, często angażują w ofensywę dużą liczbę zawodników, co może nam dać dużo przestrzeni po odzyskaniu piłki.

Fot. FotoPyk

Fot. FotoPyk

Jeśli wystąpisz w piątek, będzie to twój piąty mecz po powrocie do zdrowia. Skąd te zawirowania z terminem powrotu? Miałeś być gotowy na początku lipca, taki był komunikat na oficjalnej stronie, a przedłużyło się to o trzy miesiące.

Operacja została przeprowadzona w Rzymie. Chyba zabrakło w pełni klarownej komunikacji między lekarzami. Tamten lekarz nie podawał dokładnego terminu, raczej mówił to wszystko z dystansem, z przymrużeniem oka. Wyszło, że noga potrzebowała znacznie więcej czasu, żeby się wygoić. Grunt, że w pełni się wyleczyłem i po urazie nie ma śladu. Dwa pierwsze spotkania były ciężkie, ale licząc Puchar Polski, rozegrałem trzy mecze w dwa tygodnie, więc jest już ok.

Czyli tamten doktor mówił życzeniowo, a polska strona przyjęła to jako podanie terminu powrotu na lipiec?

Tak, zabrakło trochę komunikacji. To nie była konkretna data, bardziej coś na zasadzie „byłoby super, gdybyś wrócił już wtedy”. To zostało powiedziane wstępnie, jeszcze przed zabiegiem. Później wyszło, że musimy czekać o wiele dłużej, ale warto było. Czuję się dużo lepiej niż wcześniej, co bardzo mnie cieszy. Najgorsze, gdyby po tak długiej pauzie nie było rezultatów. Teraz jestem nówka piłkarz (śmiech).

Na początku zdążyłeś się nastawić, że będziesz do grania już w lipcu?

Może przez moment. Dopiero po trzech miesiącach, po testach izometrycznych, uznano, że już mogę biegać i wdrażać się do treningów. Potrzebowałem jeszcze miesiąca, żeby przygotować się fizycznie, dlatego wszystko tak się przeciągało. Jeśli przez dłuższy czas nic nie robisz, mięśnie zanikają, odzywają się inne, które nie pracowały. Musiałem je odpowiednio przygotować.

Miałeś chwile frustracji, zniecierpliwienia?

Jasne, że tak. Najgorzej było, gdy już zaczął się sezon, chłopaki zaczęli grać. Jeździłem na te mecze, a wiedziałem, że będę tylko obserwatorem. Fajnie zaczęliśmy, wygrywaliśmy, tym bardziej chciało się w tym uczestniczyć. Czułem dużą zazdrość, że koledzy mogą grać, a ja nie – zwłaszcza po sezonie, który rozegrałem niemalże od dechy do dechy.

Nie próbowałeś rozpocząć treningów wcześniej, przyspieszyć pewne sprawy?

Nie, wolałem nie ryzykować, skoro i tak straciłem już dużo czasu. Tak naprawdę gotowy do grania byłem wtedy, gdy w październiku pojechałem na zgrupowanie młodzieżówki. Miałem wystąpić w sparingu Lecha, ale selekcjoner zdecydował się mnie powołać. Dopiero 20 października wystąpiłem w rezerwach, a 10 dni później pojechałem na Raków w Pucharze Polski, gdzie niestety odpadliśmy.

Specjalnie ze względu na ciebie Ivan Djurdjević zrezygnował ze sparingu i zamiast tego przeprowadził grę wewnętrzną, by mieć pewność, że nikt cię zbyt brutalnie nie potraktuje.

Tak, to właśnie miało miejsce podczas październikowej przerwy reprezentacyjnej. Skończyło się na tym, że koledzy zagrali między sobą beze mnie. Ogólnie początkowo na treningach lekko mnie oszczędzali. Zawsze jak do drużyny wraca ktoś po kontuzji, starasz się mu od razu nie zameldować wślizgiem. Ale już to minęło, dziś nie boję się wsadzić nogi w żadnej sytuacji, nie mam blokady mentalnej. Wręcz przeciwnie – noga po wysiłku w ogóle nie boli, można ją bardziej dojeżdżać.

Kiedy zaczęły się twoje problemy z nogą?

To się kumulowało przez lata. Urosłem za szybko, kość nie nadążała za tempem mojego wzrostu, do tego obciążenia treningowe. Wiele czynników miało znaczenie, ale to nie był żaden bezpośredni uraz. Raczej coś, z czym w pewnym sensie zmagałem się od urodzenia. Dopiero w praniu okazało się, o co chodzi, to nie było tak, że odkładałem zabieg, że lekceważyłem sprawę. Wcześniej o niej nie wiedziałem.

Pojawiło się trochę kontrowersji z twoją obecnością na młodzieżówce w październiku. Miałeś przyjechać na 2-3 dni, a koniec końców zaliczyłeś wycieczkę samolotem.

Trener podjął taką decyzję, uznał, że mogę być potrzebny. Byłem częścią drużyny, trochę już dla niej zagrałem.

Czytałem, że miałeś świetne wyniki badań i bardzo dobrze prezentowałeś się na treningach, dlatego zdecydowano, że zostajesz.

To się cieszę (śmiech). Na pewno miałem olbrzymie chęci do grania w piłkę, rozsadzała mnie energia. Nie mam jednak żadnego żalu do selekcjonera, że wtedy nie zagrałem. W pełni go rozumiem. Pauzowałem cztery miesiące, po powrocie do treningów nie zaliczyłem oficjalnego meczu, więc to byłaby duża odpowiedzialność wystawić takiego zawodnika na Danię, gdy walczyliśmy o awans.

Podejrzewam jednak, że w klubie nie uradowali się z takiego obrotu wydarzeń.

Na pewno nie.

Mogłeś zostać w klubie i przez dwa tygodnie szlifować formę.

To prawda, ale najbardziej bano się, że mógłbym zagrać na kadrze i coś by mi się stało. Takie ryzyko pewnie by istniało. Jak zacząłem normalnie trenować, Achillesy paliły jeszcze po dwóch tygodniach. A gdy dodamy do tego obciążenie meczowe, adrenalinę… W klubie obawiali się, czy przypadkiem nie wystąpiłbym w dwóch meczach w przeciągu kilku dni, ale tak się nie stało, nie musieli się martwić.

Na konferencji przed Jagiellonią stwierdziłeś: „można powiedzieć, że ten wyjazd na reprezentację był w jakimś sensie czasem straconym”. Czesław Michniewicz był mocno zaskoczony i nie ukrywał tego na Twitterze. 

Nie chodziło o pretensje do trenera, że mnie powołał. Faktycznie, gdybym został w klubie, pewnie mógłbym wrócić tydzień szybciej na boiska Ekstraklasy, ale to trochę wróżenie z fusów. Dziennikarz zadał podchwytliwe pytanie. Słowa wyjęte z kontekstu. No nic, powiedziałem tak, muszę brać za to odpowiedzialność.

Trener pytał, co miałeś na myśli?

Pytał, wszystko mu wyjaśniłem. Zrozumiał okoliczności, nie byłem przygotowany na taki dwuznaczny wątek, dałem się złapać.

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

2018 rok zaczął się dla ciebie od trzęsienia ziemi, na ostatniej prostej wysypał się transfer do Borussii Moenchengladbach. Długo musiałeś się zbierać mentalnie?

Nie za bardzo miałem czas. Dzień po powrocie miałem już normalny trening, trzeba było o tym jak najszybciej zapomnieć. To na pewno nic fajnego – zwłaszcza dla młodego chłopaka – dostać takiego pstryczka w nos. Chcę się z tego podnieść, w zasadzie już się podniosłem. Jestem w Lechu, wróciłem po kontuzji, zaczynam grać. Wszystko jest przede mną, w moich nogach i głowie. Jeszcze będzie szansa wyjechać do lepszego klubu z lepszej ligi.

Na badania jechałeś na pewniaka?

Jasne, nie zakładałem żadnych komplikacji. Przecież dopiero co rozegrałem rundę prawie od deski do deski. Cóż, musiałem uszanować decyzję Borussii. Była bolesna, łzy się polały, ale doktor również ponosił odpowiedzialność za transfer. Nie spodobało mu się moje kolano.

Argumentowano, że jest gotowe na 80-90 procent, a nie na 100?

Tak. Skoro klub nie był pewien, nie dziwię się, że zrezygnowali. Dla Borussii nie byłby to mały transfer, a miała fatalną sytuację kadrową na bokach obrony. Nie daj Boże, szybko doznałbym kontuzji, wypadł na dłużej i byłby dramat, a doktora by udusili. W założeniu miałem tam być do grania od razu. Nie mieli ani prawego obrońcy, ani lewego, musieli łatać dziury na bokach stoperami. Tym bardziej byłby to dla mnie fajny ruch, gdyby się udało, ale mówi się trudno. Trzeba zapomnieć i jedziemy dalej.

Ale nie ma co ukrywać, mentalnie byłeś już w Niemczech?

Wtedy już tak. Pojechałem tam, widziałem stadion, szatnie, boiska, całe zaplecze. Byłem w Borussii już nie tylko mentalnie, ale również fizycznie (śmiech). Ale tak serio: poukładałem już sobie, że zacznę nowy etap, choć czasu na rozmyślania za bardzo nie miałem, wszystko działo się bardzo szybko. Gdy agent do mnie zadzwonił, od razu powiedziałem: – Dlaczego nie? Super klub, super liga, będziemy walczyć, próbować. Sądzę, że nikt na moim miejscu długo by się nie zastanawiał.

Nie mówiłem jeszcze zbyt dobrze po angielsku, teraz się za to wziąłem, bo przekonałem się na własnej skórze, że droga do wyjazdu za granicę może być krótka.

Rozmawiałeś z trenerem Borussii, dyrektorem sportowym? Wiedziałeś, że cię chcą?

Tak. Nie byłbym niespodziewanym prezentem. Jak mówiłem, w tamtym momencie nie mieli bocznych obrońców. Byłem przewidziany do gry.

Tak w ogóle nastawiałeś się, że zimą odchodzisz?

Nie, to wszystko wydarzyło się nagle, sama końcówka okienka transferowego. W przedostatnim dniu agent zadzwonił i mówił, że jest oferta, bo teraz jeszcze im ktoś wypadł na treningu i po prostu nie mają kim grać. Nie ukrywam: fajnie byłoby spróbować, ale temat Borussii pewnie jest już zamknięty. Widziałem, że latem sprowadziła dwóch prawych obrońców i jednego lewego. Jeśli jednak będę dobrze grał w Lechu, może ktoś inny zwróci na mnie uwagę.

Wynika z tego, że nie żegnałeś się z Borussią z nadzieją, że odezwą się ponownie za kilka miesięcy?

Czy temat jest spalony, nie wiedziałem. Później za to wiedziałem, że latem muszę podreperować kolano, więc wtedy sprawa niejako sama się rozwiązała. Nie tylko jeśli chodzi o Borussię, ale ogólnie. Nikt by mnie nie wziął w takim stanie, gdy nie grałem przez dłuższy czas. Na długo przed końcem ostatniego okienka nastawiłem się, że zostaję. Dziś wracam do gry, droga otwarta, trzeba ciężko pracować, oddawać serducho dla Lecha i zobaczymy.

Miałeś bić rekord transferowy Ekstraklasy. To musiało działać na wyobraźnię.

Nie wiem, skąd te informacje wyszły, ale wszystkie kwoty znałem wcześniej. Działało to na wyobraźnię, człowiek trochę urósł, fajnie byłoby pobić rekord transferowy polskiej ligi. Wyszło inaczej, teraz rekord miał bić Seba Szymański odchodząc do CSKA Moskwa i też nic. Mamy wspólne tematy, grupa wsparcia (śmiech). Nie był tak bliski transferu jak ja, ale też był już nastawiony na zagraniczne wyzwanie.

Fot. FotoPyk

Fot. FotoPyk

Transfer anulowany na ostatniej prostej i problemy zdrowotne dały ci nową perspektywę? Do niedawna można było odnieść wrażenie, że wszystko przychodzi ci bezboleśnie: wejście do ligi, do młodzieżówki, wysyp pochwał. A tu nagle coś innego.

Faktycznie do pewnego momentu wyglądało to tak trochę filmowo, że wszystko łatwo przychodzi. Ale nie było łatwo, nawet z samym dostaniem się do pierwszego zespołu Lecha. Byłem w akademii jako najstarszy w najmłodszym roczniku, musiałem sobie wszystko wywalczyć. Przełomem były mecze w reprezentacji U-19, do której powołał mnie Rafał Janas. Zauważył mnie podczas jakiegoś turnieju U-18 w Japonii i wziął do kadry. W niej już było wielu chłopaków grających w klubach w pierwszych drużynach czy w rezerwach, a ja występowałem w Lechu w juniorach młodszych. U trener Janasa grałem prawie wszystko i to mnie też popchnęło do przodu w klubie, zaczęto na mnie lepiej patrzeć. Zaraz zostałem zgłoszony do CLJ, z CLJ niedługo potem pojechałem na obóz z seniorami i na tym obozie Jan Urban zostawił mnie w pierwszym zespole, omijając rezerwy, przez które normalnie musiałbym przejść. Jeżeli grałem potem w rezerwach, to jako schodzący z „jedynki”, inna sytuacja.

Jakoś zaczęło to przyspieszać. Dostałem kilka meczów w Ekstraklasie, potem fajne pół roku na wypożyczeniu w Podbeskidziu. Pobyt w Bielsku pozwolił mi okrzepnąć, nabrać doświadczenia. Trafiłem na bardzo dobry moment, mieliśmy udaną wiosnę. Przychodziłem, gdy śmierdziało spadkiem, a w końcówce sezonu pojawiła się nawet szansa na awans. Na wypożyczenie nalegał Nenad Bjelica, a jak wróciłem latem, walczyłem już u niego o wyjściowy skład. Miałem też trochę szczęścia, bo wypadł Rafał Janicki, więc Emir Dilaver został przesunięty na środek. Wskoczyłem na prawą obronę, w sparingu miałem gola i asystę, Emir dobrze zagrał jako stoper. Tak już zostało, choć w założeniu przychodził na bok. I dalej poszło, fajnie zaczęliśmy, mieliśmy nawet pierwsze miejsce po fazie zasadniczej. Każdy wie, jakie było zakończenie, wolałbym już o tym zapomnieć. Było blisko, ale czegoś zabrakło. Ciężko powiedzieć, czego.

Czego teraz brakuje Lechowi? To dopiero jest pytanie!

Mam nadzieję, że ten mecz na Jagiellonii okaże się kluczowy i przełomowy. Był wyraźnie lepszy od kilku poprzednich. Sami sobie pokazaliśmy, że możemy dziś walczyć o zwycięstwo na stadionie jednego z głównych konkurentów w lidze.

Czytałem komentarze kibiców Lecha „wreszcie walczą!”.

Z boiska też wydawało mi się, że gramy naprawdę fajny mecz. Skończyło się remisem, ale każdy mógł przechylić szalę na swoją korzyść. Kto by strzelił trzeci raz, miałby zwycięstwo.

Ale wracając do tematu, bo trochę zboczyliśmy. Wszedłem do składu na prawą obronę, miałem udaną rundę, no i Niemcy się odezwali. W ciągu roku mogłem zaliczyć przeskok od I ligi do Bundesligi. Czegoś takiego w życiu bym się nie spodziewał.

Byłeś zaskoczony, że tak bezboleśnie wszedłeś do Ekstraklasy?

Po prostu wchodziłem do bardzo dobrej drużyny, w takiej łatwiej się pokazać. Oczywiście wtedy ty musisz dać od siebie jeszcze więcej, ale jeśli jesteś w zespole, który przeważnie posiada piłkę i masz ją przy nodze, to w pewnym sensie zadanie jest ułatwione. Nie chcę obrażać żadnego ligowego rywala, ale wiemy, jaki styl gry wielu z nich preferuje. Sam widzisz, że Lech to znakomite miejsce do promocji młodych, jest na to nastawiony, umiejętnie ich wprowadza i z czasem sprzedaje za dobre pieniądze. Dużo zawdzięczam „Kolejorzowi” i na pewno łatwiej mi się z niego wybić niż powiedzmy z ekipy broniącej się przed spadkiem.

To co teraz szwankuje? Od początku było widać, że system z trójką stoperów funkcjonuje słabo, ale zaczęliście od czterech z rzędu zwycięstw.

Trudno mi powiedzieć. Tak jak ty do niedawna obserwowałem wszystko z trybun.

Ale obserwowałeś z bliska, znałeś kulisy, widziałeś więcej, jakieś wnioski musiały się nasunąć. Porażka 2:5 z Wisłą Kraków odcisnęła na Lechu aż tak bolesne piętno?

Chyba to rotowanie ustawieniem miało spory wpływ. Zaczęliśmy grać trójką na środku obrony, ale dla większości zawodników była to nowość, chyba ze dwóch wiedziało już wcześniej, jak się poruszać w takim systemie. Potrzeba było czasu, a my ciągle zmienialiśmy system – raz trójka z tyłu, raz czwórka, potem znów powrót do pierwszej koncepcji.

Zabrakło w pewnym momencie jasnego określenia, w którym kierunku idziemy?

Myślę, że tak. Moim zdaniem powinniśmy albo grać tą trójką do oporu, konsekwentnie całą rundę, aż wszystko wreszcie zaskoczy, albo na dobre porzucić ten pomysł i wrócić do systemu, którym graliśmy wcześniej. Ustawienie z trzema stoperami jest naprawdę fajne, co pokazał Raków Częstochowa. Cały czas gra w ten sposób, wyszliśmy na niego tak samo, żeby każdy grał 1 na 1, ale jego piłkarze bardzo dobrze się poruszali i zdominowali nas. To nie był przypadek, że Raków wygrał.

Śledzisz codziennie newsy, czekając, kiedy przyjdzie Adam Nawałka?

Nie. Staram się nie żyć tym tematem. Teraz bardzo dobrą robotę wykonał Dariusz Żuraw, może zostanie do zimy lub dłużej. Pozostajemy w sferze gdybania. Coś mi tylko mignęło, że kandydatem jest jeszcze jakiś Słoweniec [Matjaz Kek, PM]. Nie jestem fanem czytania wiadomości o piłce. Dla każdego trenera gra się tak samo. Sądzę, że jak wrócę z kadry, wszystko już będzie wiadomo.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (1)