Wystarczył rok, żeby w Gdańsku zmieniło się (prawie) wszystko
Weszło

Wystarczył rok, żeby w Gdańsku zmieniło się (prawie) wszystko

Lechia Gdańsk patrzy dziś z góry na wszystkich rywali w ekstraklasie i jest murowanym faworytem do awansu w starciu 1/16 Pucharu Polski z rzeszowską Resovią. W zeszłym roku pożegnała się z krajowym pucharem właśnie na tym etapie, łapiąc w cymbał od Bytovii Bytów. Zaś w lidze – po czternastu kolejkach – zajmowała dość żałosną, dwunastą lokatę. Z ujemnym bilansem bramkowym, tracąc do liderującego Górnika dwanaście oczek. Krótko mówiąc – wtedy było tragicznie, dzisiaj jest co najmniej bardzo przyzwoicie.

Wypada zatem postawić pytanie – co się właściwie w Gdańsku w ciągu ostatniego roku zmieniło? Pytanie tym bardziej interesujące, że mamy w zespole biało-zielonych do czynienia raczej z ewolucją niźli z rewolucją. A to właśnie do tego drugiego rozwiązania często się w realiach ekstraklasy odwołują i kibice, i prezesi. Rozpieprzyć wszystko w drobny mak, tego przegonić, tego wywalić, tych ściągnąć. Budować od nowa.

W Gdańsku obyło się bez przesadnie wielu ruchów nerwowych, za to – zwłaszcza w ostatnim czasie – nie zabrakło ruchów roztropnych.

*

TRENER

Jesień 2017 roku była okresem kuriozalnych przetasowań kadrowych w Lechii, to też trzeba przyznać. Wtedy nic jeszcze nie zwiastowało spokoju, jaki zapanował w klubie teraz. Piotr Nowak cieszył się wielkim zaufaniem prezesa klubu, Adama Mandziary, który jeszcze w sierpniu ubiegłego roku zapewniał, że zmiana trenera w drużynie biało-zielonych w żadnym wypadku nie wchodzi w grę. Jednak fatalne rezultaty zespołu, który wszedł w rozgrywki z mistrzowskimi ambicjami, a potykał się praktycznie na każdej przeszkodzie, podważyły prawdziwość tych deklaracji.

Wyniki nie są zadowalające i zdajemy sobie z tego sprawę. Nasze rozmowy z prezesem odnośnie organizacji pionu sportowego i akademii zaczęły się przed zakończeniem ubiegłego sezonu. Chcemy wyjść naprzeciw oczekiwaniom kibiców i po pewnym czasie było widać, że nasze idee nam uciekają. Nie było czasu na pewne rzeczy, a doba trwa tylko dwadzieścia cztery godziny – komentował zmianę na stanowisku szkoleniowca dyrektor sportowy klubu, czyli… sam Piotr Nowak, przesunięty na to stanowisko. Jego zastępcą został Adam Owen, również metodą przesunięcia – z funkcji specjalisty od przygotowania fizycznego na pozycję pierwszego trenera.

Brakowało tylko, żeby przesunąć jeszcze – z całym szacunkiem – klubową sprzątaczkę i powierzyć jej prowadzenie treningów motorycznych z zespołem, a do odkurzania gabinetów oddelegować samego prezesa Mandziarę. Wówczas już naprawdę nikt w Lechii nie zajmowałby się tym, do czego się nadaje.

Owen miał być w zamierzeniu kontynuatorem myśli trenerskiej Nowaka, powierzenie mu misji wyprowadzenia Lechii z kryzysu formy miał sugerować sam świeżo upieczony dyrektor sportowy. Trener Owen był obecny przez cały czas, w pewnych momentach był też na linii i to był okres, by nauczył się, jak wygląda zespół. W rozmowie z drużyną mówiłem, że nie jest to pożegnanie, a przywitanie w nowej roli. Czasami będą niestety oglądać moją twarz, w dalszym ciągu jestem ich bossem i mam wiele do zaoferowania pod względem organizacyjnym. Musimy znaleźć styl, który będzie nas charakteryzował – bajdurzył Nowak, przegoniony z klubu na amen kilka miesięcy później.

Cóż – efekty tych wszystkich roszad były wprost porażające. Po pierwsze – Adam Owen kontynuował swoją działalność w zakresie zajeżdżania zespołu, co doprowadziło Lechię do zupełnej degrengolady pod względem motorycznym, wytrzymałościowym. Dziś wszyscy zawodnicy biało-zielonych przyznają jednogłośnie, że niszczycielska praca tego gościa miała dewastujący wpływ na zespół, co zresztą między wierszami sugerował również wiosną Stokowiec, załamując ręce nad kondycją niektórych graczy. Gdańszczan mógł na boisku zabiegać każdy przeciwnik. Nawet jeżeli lechiści osiągali przewagę optyczną nad rywalem i dominowali pod względem posiadania piłki, zwykle nie byli w stanie wznieść się choćby na jeden moment przyspieszenia gry. Zatem przeciwnicy cierpliwie czekali na pomyłkę w rozegraniu futbolówki i z lubością dręczyli biało-zielonych kontratakami.

Walijski żółtodziób rzeczywiście starał się podtrzymywać filozofię i myśl trenerską poprzednika, lecz tylko Simeon Sławczew wyglądał na piłkarza zdolnego, by na boisku wypełniać swoje zadania w tempie szybszym niż żółwie. Milos Krasić – lider drugiej linii w sezonie 2016/17 – człapał po boisku, swoją żwawością przywodząc na myśl kadry z filmu „Noc żywych trupów”. Daniel Łukasik był spocony jak szczur już podczas zabijania przedmeczowych piątek z przeciwnikami, Jakuba Wawrzyniaka objeżdżał byle łapserdak, a poważni skrzydłowi robili z niego po prostu wiatrak.

Jeżeli dodać do tego taktykę z wykorzystaniem wahadeł, opartą na posiadaniu piłki i rozgrywaniu jej a całej szerokości boiska – nieszczęście murowane. Biało-zieloni swoim zamaszystym ustawieniem tylko ułatwiali rywalom życie, bo zdominować ich po prostu nie byli w stanie. To, co udawało się za wczesnego Nowaka, za Owena nie wypaliło nic, a nic.

*

Piotr Stokowiec nie od razu cały ten bajzel poukładał, nie jest cudotwórcą. Jednak widać ewidentnie, jak wiele drużyna zawdzięcza jego metodycznej pracy. Dzisiejsza Lechia nie ma nic wspólnego z „klepaniem po umbrelli”, w którym tak lubował się Nowak i jego owiany złą sławą następca. Jest za to proste granie – mocno, zwykle dość defensywnie obsadzony, dobrze zorganizowany środek pola. Arcy-groźne skrzydła i sprytni, świetnie grający głową i czujący przestrzeń w szesnastce napastnicy, który potrafią ciężką harówkę wykonaną przez kolegów w bocznych sektorach boiska zmienić na gole.

Styl – nie zawsze satysfakcjonujący. Skuteczność – godna pozazdroszczenia.

Przede wszystkim jednak: biało-zieloni bronią. I nie jest tutaj mowa tylko o formacji defensywnej, bo ta wciąż popełnia błędy. Ale gdańszczanie zaczęli wreszcie bronić zespołowo, wracać do defensywy po utracie piłki, niekiedy nawet zdarza im się przycisnąć przeciwników pressingiem. Wydaje się oczywiste, że sekret tej akurat odmiany tkwi po prostu w porządnie przepracowanym okresie przygotowawczym. Adam Owen – wskutek licznych błędów i zwyczajnych, warsztatowych niedostatków, wyciskał ze swojego zespołu mniej niż połowę jego możliwości.

Lechia pod wodzą Stokowca gra wreszcie na miarę kadrowego potencjału. Nie osiąga wyników ponad stan, nie robi żadnej zdumiewającej furory – po prostu, jest w Gdańsku tak, jak powinno być. Walka o czołowe lokaty i solidna gra. Normalność to chyba największa zmiana, jaką zaproponował Stokowiec. Jego podopieczni to kupili, nawet jeżeli szkoleniowcowi zdarza się dość często przynudzić na analizie, albo wpaść w furię po mniej udanej pierwszej połowie spotkania.

ZAWODNICY

No właśnie – kadra. Przede wszystkim odmłodzona. Zarząd i trener pozbyli się – na rozmaite sposoby – większości doświadczonych zawodników, którzy jeszcze do niedawna stanowili o sile klubu, ale ewidentnie się w tym względzie wypalili. Marco Paixao, Milos Krasić, Sławomir Peszko, Jakub Wawrzyniak, Sebastian Mila, Grzegorz Kuświk… Długo się ciągnie lista weteranów, których albo w Lechii już nie ma, albo ich rola została zmarginalizowana. A następny w kolejce wydaje się być Dusan Kuciak, choć to akurat niekoniecznie jest ruch, który sprawia wrażenie rozsądnego.

Niemniej, coś w tym musi być, że drużyna postanowiła golkiperowi odebrać opaskę kapitańską, a włożyć ją na ramię Flavio Paixao.

Do tego zespół wyczyszczono z rozmaitej maści cudaków. Któż się przez Gdańsk jesienią 2017 nie przewinął… Zwariowany Romario Balde, który potem prysnął z Gdańska cichcem. Mato Milos, w każdym swoim występie gwarantujący przeciwnikom co najmniej trzy okazje do strzelenia gola. Joao Oliveira, Milen Gamakow… Sami piłkarze utalentowani inaczej, zajmujący miejsce w szerokiej kadrze biało-zielonych, w tej chwili udostępnione chłopakom z klubowej akademii. I chyba nikt nie wątpliwości, że zmiana Milosa na Filę, a Gamakowa na Sopoćkę przyniosła zespołowi istotną korzyść. Zastrzyk piłkarzy wychowanych w biało-zielonych realiach korzystnie wpłynął na szatnię i – po prostu – na boiskową postawę Lechii. Bo interesujących, młodych zawodników niekoniecznie trzeba szukać w rezerwach Benfiki. Zwłaszcza, jeżeli ma się ich pod nosem.

Stokowiec nie boi się stawiać na wychowanków. Robi to z rozwagą, małymi kroczkami, czasem w większym wymiarze czasowym, innym razem w malutkim. Ale szansę tym chłopakom daje i tylko od nich zależy, czy ją wykorzystają. Dotychczas w Gdańsku o tę szansę było trudno, co otwarcie w rozmowie z nami przyznawał sam Karol Fila.

*

Co już zostało zasygnalizowane – stosunkowo niewiele zmieniło się, jeżeli chodzi o formację obronną Lechii. Na lewej obronie niepodzielnie rządzi Mladenović, który wyraźnie zaczyna nabierać wiatru w żagle. Ale reszta to już nazwiska, którymi przez wiele miesiecy posługiwali się również Nowak i Owen. Prawą stronę defensywy obstawia zazwyczaj Joao Nunes, środek to broszka duetu Augustyn – Nalepa. I w tej formacji zdecydowanie widać jeszcze olbrzymie rezerwy.

Stokowiec latem nie doczekał się wzmocnień na środku obrony i próbował robić dobrą minę do złej gry, w czym pomagała mu przez jakiś czas passa meczów bez utraty gola. Zespół – niesiony niejako falą entuzjazmu, że w końcu przyszło mu przepracować okres przygotowawczy do sezonu z poważnym szkoleniowcem – prezentował się w obronie znakomicie, kod na „god-mode” wklepał również w konsolę Dusan Kuciak. Ale Słowacki bramkarz prędko spuścił z tonu, wyleciał zresztą nawet z wyjściowej jedenastki, a Augustyn i Nalepa zaczęli po prostu grać tak, jak przystało na Augstyna i Nalepę. Czyli – nierówno, niechlujnie i z błędami.

O ile w ofensywie potencjał Lechii – z Haraslinem, Lipskim Wolskim, Paixao, Sobiechem, Arakiem, Michalakiem, Makiem – jest imponujący, o tyle obrona wciąż wygląda na dziurawą. Dopóki Łukasik i Kubicki robią świetną robotę w środkowej strefie, nie jest to może specjalnie odczuwalne w wynikach. Jednak Stokowiec na pewno już zasugerował władzom klubu, że zimą przydadzą mu się w formacji defensywnej posiłki. Klasowy stoper jest tutaj potrzebny od zaraz

WYNIKI

Właściwie temat można zamknąć, porównując czternastą kolejkę poprzedniego i obecnego sezonu. Trudno o bardziej wdzięczne i wymowne zestawienie, żeby przedstawić drogę, jaką przebyła Lechia „owenowska”, przekształcając się w Lechię „stokowcową”.

Wtedy: 0:5 z Koroną Kielce u siebie.

Teraz: 1:0 z Lechem Poznań na wyjeździe.

Różnica jest piorunująca, jedynym punktem wspólnym dla tej i minionej jesieni są zwycięskie mecze w Derbach Trójmiasta. Lechia pod wodzą Owena nie potrafiła ustabilizować formy, tułając się w dolnej połówce tabeli, w towarzystwie późniejszych spadkowiczów – Sandecji i Bruk-Betu. Czasem wychodził jej jeden mecz, ale tylko po to, żeby kolejne dwa okazały się kompletnie spieprzone. Dzisiaj gdańszczanie przewodzą stawce i osiągnęli stan, będący w realiach ekstraklasy rzadkością – regularność. Nie mają zrywów świetnej formy, poplątanych z dołkami kryzysu – cały czas są mniej więcej tak samo nieźli. Nie znakomici, nie świetni. Ale na pewno nieźli.

Dzisiejsze starcie z Resovią podpowie nam, na ile w tę regularność Lechii pod wodzą Stokowca możemy wierzyć. Jeżeli biało-zieloni unikną tym razem frajerskiej wpadki w Pucharze Polski – a takowe zdarzały się im nader często w ostatnich latach – potwierdzą, że w tym sezonie można im po prostu zaufać.

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (6)