W ten sposób wygrać w Turynie mógł tylko Jose Mourinho
Weszło

W ten sposób wygrać w Turynie mógł tylko Jose Mourinho

Manchester United jest aktualnym wicemistrzem Anglii. To taka rozjaśniająca sytuację informacja dla widzów dzisiejszego starcia Czerwonych Diabłów z Juventusem, którzy długo zachodzili w głowę, z jakiej racji podopieczni Jose Mourinho występują w Champions League i dręczą nas swoją wycofaną, kunktatorską, smętną postawą. Miażdżeni przez Starą Damę jak zgraja przeciętniaków. A potem przyszła 86. minuta meczu. I nagle wszyscy mogliśmy sobie przypomnieć, co to za klub. I kim jest jego trener.

Manchester United to jest Liga Mistrzów. Jose Mourinho to jest Liga Mistrzów.

Można portugalskiego szkoleniowca nie znosić. Są powody, znajdzie się ich całkiem długa lista. Można też powiedzieć, że jego podopieczni zagrali dzisiaj paskudny mecz i wygrali po prostu fartem. Będzie to stwierdzenie bliskie prawdy. Można mu zarzucić, że świętował zdobycie trzech punktów – kluczowych w kontekście awansu do kolejnej rundy – w sposób pozbawiony klasy, złośliwie nadstawiając ucha na obelgi ze strony trybun. Faktycznie, tak doświadczony szkoleniowiec nie powinien dodatkowo prowokować kibiców.

Ale trzeba mu oddać jedno. Jest chyba jedynym szkoleniowcem na świecie, który – przy takim potencjale kadrowym i finansowym swojego klubu – w sposób odrażający się zamuruje, a jednak pobije rozzuchwalony Juventus w pięć minut. Pięć ostatnich minut z podstawowych dziewięćdziesięciu. Na stadionie rywala. I to wszystko dzięki wprowadzeniu na boisko Marouane’a Fellainiego w miejsce Alexisa Sancheza. Po golu samobójczym, brzydkim nawet jak na standardy swojaków.

Takich zwycięstw nie odnosił nawet jego wielki poprzednik podczas osławionych „Fergie Time’ów”.

Cofając się na moment do pierwszej fazy meczu – do przerwy gospodarze przeważali w sposób zdecydowany, żeby już nie powtarzać określenia „miażdżący”. Nawet nie chodzi zresztą o fakt, że Massimiliano Allegri ustawił swój zespół wyjątkowo ofensywnie. Po prostu przyjezdni nie mieli zamiaru odsłonić się choćby przez minutę, więc – siłą rzeczy – Cristiano Ronaldo i spółka pozwalali sobie na coraz więcej. Portugalczyk, Paulo Dybala i Juan Cuadrado hulali ochoczo po całej szerokości boiska i nękali defensorów rywala. Między strefami balansował Bentancur, pod grą byli Pjanić i Khedira… Nie no, w zasadzie to wszyscy zawodnicy Juve byli nastawieni ofensywnie, z wyjątkiem Szczęsnego i Chielliniego.

Manchester pozostawał niewzruszony. Rywale systematycznie i z uporem godnym lepszej sprawy partaczyli dogodne sytuacje do zdobycia bramki, więc nie było powodów do większego niepokoju. Goście nawet kontrataki wyprowadzali dość niemrawo, zazwyczaj atakując trójką, od wielkiego dzwonu czwórką zawodników. Reszta ferajny – skoncentrowana na destrukcji, zaczajona w okolicach środka boiska.

Defensywny mur, wybudowany na potrzeby dzisiejszego starcia przez Mourinho, skruszył nie kto inny jak Mr Champions League we własnej osobie. Wreszcie odnalazł przełamanie w swych ulubionych rozgrywkach. W 65. minucie starcia Cristiano wykorzystał cudowne podanie od świetnie dysponowanego w ofensywie Bonucciego i jeszcze piękniejszym od tego dogrania strzałem pokonał Davida De Geę. Mogło się wówczas wydawać, że ostatnia nadzieja gości na punkt – wywiezienie z Turynu fartownego, bezbramkowego remisu, żerując na nieskuteczności rywali – prysła.

Gospodarze wciąż atakowali. Sam CR7 powinien mieć w tym spotkaniu ze trzy asysty, lecz jego świetne dogrania marnowali partnerzy, na czele z Juanem Cuadrado. Choć – mimo wszystko – chemia między tym duetem zaczyna wyglądać naprawdę intrygująco. Tymczasem w 79. minucie Jose Mourinho wpuścił na boisko swój duet do zadań specjalnych. Juan Mata i Marouane Fellaini zameldowali się na murawie. Równolegle swoją ulubioną roszadę wykonał Allegri, chcący zamurować dostęp do własnej bramki z wykorzystaniem doświadczenia Andrei Barzaglego.

Cóż – po prawej stronie defensywy Juventusu, którą obstawił Barzagli, natychmiast zrobił się dym. Wytworzony w dużej mierze przez świeżych Matę i Fellainiego, wspomaganych przez kolejnego z rezerwowych – Rashforda. A potem padły dwa szybkie, dewastujące ciosy. Najpierw Hiszpan doskonale przymierzył z rzutu wolnego, który został wywalczony między innymi dzięki doskonałej zastawce Belga w polu karnym. Po chwili swojaka władował Bonucci, po zupełnie kuriozalnej kotłowaninie w szesnastce, sprowokowanej kolejnym świetnym zgraniem byłego pomocnika Evertonu.

Kubeł zimnej wody na głowę szkoleniowca Juventusu, który zupełnie niepotrzebnie zamieszał w trybach doskonale działającej maszyny. I kolejny dowód na to, że Manchester United naprawdę jest w stanie strzelać bramki i spychać rywali do defensywy. O ile ma na to ochotę. A ma ją tylko wtedy, gdy przegrywa i desperacko poszukuje wyrównania.

Pewnie powinno nam być żal Juventusu, bo zasłużyli dzisiaj na okazałe zwycięstwo, a nie frajerską porażkę. Ale jakoś o poczucie żalu trudno, bo Allegri przejechał się na swoim cwaniactwie, do którego rywal wcale go dzisiaj nie zmuszał. Rywale w Serie A zwykle są za ciency w uszach, żeby utrzeć nosa kombinującemu szkoleniowcowi Juve, tymczasem Czerwone Diabły okazały się na to wystarczająco mocne, nawet jeżeli dopisała im cała fura dzikiego farta.

Allegri ma zatem powody do autorefleksji. Zaś Mourinho? Może rywalom dogryźć parafrazą z kultowej, polskiej komedii: „Zrobiliście duży błąd. Chcieliście wydymać Jose, to teraz Jose wydymał was”.

Juventus 1:2 Manchester United

C. Ronaldo 65′ – J. Mata 86′, L. Bonucci 90′ (sam.)

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (22)