Lotnisko jest moim drugim domem. Jeśli nie masz jaj, uciekniesz po miesiącu
Weszło Extra

Lotnisko jest moim drugim domem. Jeśli nie masz jaj, uciekniesz po miesiącu

– Czasami przez te odległości siedziałem i myślałem sobie: „co ty, chłopie, najlepszego zrobiłeś?”. I tak miałem szczęście, że grałem, bo najgorzej mają ci, którzy robią tyle kilometrów w ramach wycieczki. Później to przeszło. Gdy klub pierwszy raz w historii awansował do najwyższej ligi, powstał o nim taki fajny dokument, w którym wypowiadają architekci sukcesu. Padło tam takie pytanie: „co cechuje zawodników, którzy decydują się przyjechać i grać na Dalekim Wschodzie?”. Zawodnik, który spędził tu wiele lat, odpowiedział, że ci, którzy podpisują tu kontrakt, nie muszą być szczególnie silni, szybcy i tak dalej, tylko muszą mieć charakter. Jak ktoś nie ma jaj, to sobie nie poradzi i ucieknie po miesiącu – mówi Łukasz Sekulski, zawodnik rosyjskiego SKA Chabarowsk, który obszernego wywiadu udzielił nam po wyjeździe na mecz do Niżnego Nowogrodu, czyli przebyciu 8000 kilometrów z przesiadką w Moskwie. Ciężkim, ale wcale nie najcięższym, bo takie dopiero przed nim. Jak gra się w klubie, którego nikt nie lubi, bo położony jest na końcu świata? Zapraszamy do lektury! 

Zdarzało ci się narzekać na wyjazdy z Białegostoku na przykład do Szczecina? 

Aż się uśmiechnąłem pod nosem… Może jakoś szczególnie tego nie przeżywałem, ale zdarzało mi się przed wyjazdem pokręcić nosem, że znowu trzeba tłuc się tyle godzin przez pół Polski. Teraz czegoś takiego nie robię, a tamte podróże w porównaniu z dzisiejszymi to jak wyjście po mleko do sklepu. 

Ricardo Sa Pinto ostatnio ostro narzekał, gdy trzeba było w tydzień zrobić ponad tysiąc kilometrów. 

To ja mogę powiedzieć, że we wtorek wróciłem z Niżnego Nowogrodu. Piękny stadion, na którym był rozgrywany mundial, no ale ja nie o tym. Po meczu o 12 czasu moskiewskiego wyjechaliśmy z hotelu, o 15 mieliśmy lot z Niżnego do Moskwy. Krótki, bo tylko godzinka z hakiem. Potem pięć godzin czekania w terminalu i gdzieś o 21.50 wystartowaliśmy do Chabarowska. Lot trwał osiem godzin. Potem jeszcze tylko godzina, bo lotnisko jest poza miastem i jesteś w domu. Można powiedzieć, że trzepnąłem ponad osiem tysięcy kilometrów w dwadzieścia godzin. Do tego zmiana czasu, bo między Moskwą a Chabarowskiem jest siedem godzin różnicy. A po takiej wyprawie, która łącznie trwa ze trzy doby, czasami następnego dnia marzysz tylko o truchciku, saunie i dobrej odnowie. Nie wiem, czy trener Sa Pinto by się tu odnalazł. 

A i tak nie był to najdłuższy z waszych wyjazdów. 

Ten na pewno nie był komfortowy, bo mieliśmy słaby transfer i aż pięć godzin czekania, co też zawsze męczy. Ślęczenie na lotnisku to nie jest nic przyjemnego. Najdalej jest oczywiście do Kaliningradu, ponad dziewięć i pół tysiąca kilometrów, ale to czeka nas dopiero w drugiej rundzie. Wyjazd do Sankt Petersburga pod względem kilometrów też wygląda okazale, ale tu było o tyle łatwiej, że po ośmiu godzinkach do Moskwy od razu mieliśmy przesiadkę. 

Latacie wyłącznie rejsowymi samolotami? 

Tak, normalnie z ludźmi w klasie ekonomicznej. 

Jeszcze powiedz mi, że miałeś lęk przed lataniem. 

Lęk to nie, ale szczególnie gdy byłem młodszy, to zawsze pojawiała się nutka adrenaliny. Niby wiesz, że to najbezpieczniejszy środek lokomocji, ale wyobraźnia działa. Teraz staram się o tym nie myśleć – siadam, jestem człowiekiem wierzącym, więc się pomodlę i lecimy. 

Turbulencje to już dla mnie chleb powszedni – nie robią wrażenia. Choć ostatnio były tak silne, że nawet po stewardesach widziałem, że są przerażone. Jak już wylądujemy, to jest z tego kupa śmiechu, ale w trakcie widzę po minach, że niektórzy ciężko to znoszą. Najgorsze są wiatry, gdy lecimy jakimś małym samolotem. Prawie zawsze przesiadamy się w Moskwie – tylko czasami w Nowosybirsku – i ten rejsowy samolot, którym do niej lecimy, jest duży i daje też większe poczucie bezpieczeństwa. 

gH1x8ZS

Skład ligi rosyjskiej w poprzednim sezonie

Zrzut ekranu 2018-11-01 o 11.35.19

Zaplecze rosyjskiej ekstraklasy w sezonie 2018/19

Prawie zawsze przesiadacie się w Moskwie, czyli zdarza się, że musicie lecieć do stolicy, żeby potem wracać na wschód? 

Połączeń bezpośrednich niestety z wiekszością miast nie ma. W Priemjer Lidze mieliśmy taki wyjazd do Ufy, że po przesiadce w Moskwie musieliśmy później przebyć kawał drogi w kierunku domu. Teraz na zapleczu mamy kilka drużyn jeszcze dalej wysuniętych na wschód i zobaczymy, jak to będzie wyglądać. 

Czytałem, że macie w miarę nowy, wypasiony autokar, ale ludzie zastanawiają się, po kiego grzyba został kupiony. 

Nie „w miarę nowy”, tylko nowy! I jeszcze długo taki pozostanie, bo korzystamy z niego może dwa-trzy razy w tygodniu i na króciutkich trasach. Wcześniej jeździliśmy nim jeszcze za miasto, na zgrupowania do miejscowości położonej zaraz przy granicy z Chinami, ale przyszedł nowy trener i zmienił hotel – dziś śpimy już w Chabarowsku. Aż muszę podejść i trzasnąć fotkę, żeby zobaczyć, ile kilometrów ma nastukane na liczniku. 

Jednak trzeba było ten drugi autokar kupić, bo w Rosji jest to wszystko inaczej zorganizowane niż w Polsce. U nas jak kluby lecą na przykład z Warszawy do Wrocławia, to muszą zadbać jeszcze o transfer z lotniska do hotelu, a później z hotelu na stadion. W Rosji swój autokar z kierowcą podstawia drużyna przyjmująca rywali w swoim mieście i on wozi nas przez cały pobyt. Ta zasada chyba nie jest spisana na papierze w żadnym regulaminie, ale tak to wygląda, że musisz zadbać o gości. Dlatego ten nasz starszy autokar, który kilkanaście lat służył drużynie, dziś wozi przeciwników, gdy przyjeżdżają na mecze do nas. 

Zwiedziłeś już Władywostok? Mówiłeś, że zawsze o tym marzyłeś. 

Nie wiem, dlaczego mi się to ubzdurało. Od małego lubiłem geografię i różne ciekawostki. Chyba na wyobraźnię podziałały opowieści o kolei transsyberyjskiej jeżdżącej w najdalsze zakątki. Dla chłopaka z Płocka, dla którego podróż pociągiem oznaczała maksymalnie kilka godzin z Kutna gdzieś tam, siedem dni w trasie to było coś nie do wyobrażenia. 

Teraz jestem tak blisko, ale jeszcze nie udało się tam zajrzeć. To znaczy blisko… Gdy podpisywałem kontrakt, wszystko działo się bardzo szybko, ale gdzieś z tyłu głowy miałem to, że skoro będę w Chabarowsku, to któregoś wolnego dnia po prostu tam podskoczę. Dopiero później uświadomiłem sobie, że to… osiemset kilometrów. Dziesięć, może dwanaście godzin samochodem po kiepskich drogach. 

Spotkanie z Łucz-Energiją to dla was prawie derby! 

Bliżej żadnego rywala nie mamy. Na początku sezonu straciłem dziewięć meczów przez kontuzję i nie mogłem zagrać zarówno we Władywostoku w meczu pucharowym, jak i u nas w lidze. Może w rundzie rewanżowej uda się wystąpić na wyjeździe i przy okazji coś zobaczyć. 

Ktoś policzył, że w trakcie sezonu w rosyjskiej ekstraklasie twoja drużyna przemierzyła odległość odpowiadającą pięciokrotnemu okrążeniu Ziemi wzdłuż równika. Wiadomo, że głównie w pozycji siedzącej, ale muszę zapytać – czuć to w nogach? 

Teraz po spadku będzie tego jeszcze więcej, bo w drugiej lidze gra nie szesnaście a dwadzieścia zespołów, do tego dochodzi puchar. I nie ma co kryć, że to zmęczenie czuć. 

Na mecz wybieramy się gdzieś o 7 rano, o 9 lecimy do Moskwy. Przez różnicę czasu jesteśmy tam gdzieś przed 10. Jeśli gramy w stolicy, to tyle, jedziemy do hotelu. Jeśli lecimy dalej, dochodzą kolejne godziny. Największym utrudnieniem są jednak zmiany czasu, bo adaptacja jest cholernie ciężka. O 18 czasu moskiewskiego u nas jest godzina po północy, nie mówiąc już o 20, bo to środek nocy, a kończymy nad ranem. Organizm ciężko to znosi. Za pierwszym razem, w trakcie wyjazdu na Spartak kompletnie nie mogłem się skupić na przedmeczowej odprawie, bo najzwyczajniej w świecie chciało mi się spać. Człowiek ratuje się trzecią kawą, ale czuć, że głowa i ciało potrzebują snu, a nie kolejnej dawki kofeiny. Zdarza się, że wcześniej nie możesz zasnąć i do meczu przystępujesz gdzieś po 24 godzinach na nogach. 

Na szczęście idzie się do tego przyzwyczaić, bo też uczysz się, kiedy należy się położyć, a kiedy przetrzymać ten najgorszy moment, żeby później nie mieć problemów z zaśnięciem. Są pewne myki, które trzeba stosować. Nastawienie też jest ważne – kiedyś przeżywałem każdą wyprawę, co mi nie pomagało na boisku, a teraz podchodzę spokojnie. Dobry Netflix i można przeżyć. Czasami brakuje treningu, bo jesteśmy w drodze, ale wtedy szukam przynajmniej jakiejś siłowni w hotelu. 

Były większe momenty zwątpienia w słuszność tej decyzji o wyjeździe? 

Czasami przez te odległości siedziałem i myślałem sobie: „co ty, chłopie, najlepszego zrobiłeś?”. I tak miałem szczęście, że grałem, bo najgorzej mają ci, którzy robią tyle kilometrów w ramach wycieczki. Później to przeszło. 

Gdy klub pierwszy raz w historii awansował do najwyższej ligi, powstał o nim taki fajny dokument, w którym wypowiadają architekci sukcesu. Padło tam takie pytanie: „co cechuje zawodników, którzy decydują się przyjechać i grać na Dalekim Wschodzie?”. Zawodnik, który spędził tu wiele lat, odpowiedział, że ci, którzy podpisują tu kontrakt, nie muszą być szczególnie silni, szybcy i tak dalej, tylko muszą mieć charakter. Jak ktoś nie ma jaj, to sobie nie poradzi i ucieknie po miesiącu. 

Reszta ligi nie mogła zdzierżyć jednego takiego wyjazdu w sezonie? 

Tak to niestety wyglądało. Teraz ligowi rywale mają dwa takie wyjazdy, bo jeszcze do Władywostoku i też narzekają. W europejskiej części kraju wszędzie dostaniesz się samolotem w dwie-trzy godziny, więc nie są przyzwyczajeni. 

Przez to jesteście najbardziej nielubianą drużyną w kraju? 

Mocno to czuć. W trakcie tych dziewięciu meczów w rosyjskiej ekstraklasie nie widziałem ani jednej sytuacji, w której sędzia w stykowym momencie zagwizdałby coś na naszą korzyść. Im też ciężko się tu latało. Nie mnie to oceniać, ale moje odczucia są takie, że rywale się na nas spinali, żebyśmy jak najszybciej zlecieli. 

Śmieją się z was, że powinniście dołączyć do ligi chińskiej lub japońskiej. 

Ale my się na to nie obrażamy, bo między sobą też się tak śmiejemy. Podróże do Japonii zajmowałyby z dwie godziny samolotem. 

Bodaj w lidze hokejowej jest tak, że drużyna z Chabarowska nie wraca do domu po każdym meczu. Przy okazji jednego wyjazdu rozgrywa kilka spotkań. 

Tak, chodzę tu na jej mecze – super sprawa, bo otoczka świetna – i często jest tak, że grają kilka razy z rzędu u siebie, a później na dłużej wyjeżdżają. Oni generalnie mają o tyle łatwiej, że latają na mecze czarterami. Więcej pieniędzy, to i większy komfort. 

dd0538c4f9198c9eb1a32aea4ddd18b0

W poprzednim sezonie mogłeś się poczuć tak, jak piłkarz grający na mundialu. 

Była taka sytuacja, że otwieraliśmy stadion w Rostowie i robiliśmy za króliki doświadczalne. Logistycznie wszystko musiało być zorganizowane z taką samą pompą i dokładnością jak wtedy, gdy przyjeżdżają najlepsze reprezentacje świata. My bodajże byliśmy Brazylią, a przeciwnicy Szwajcarią. Bardzo fajne wspomnienie. Zresztą takich będę miał kilka, bo nawet teraz wróciliśmy z Niżnego Nowogrodu, a tam w żartach szukaliśmy szafki Messiego. Na mecz przyszło piętnaście tysięcy ludzi, była fajna atmosfera, więc czuć tę troszkę większą piłkę. 

Po mundialu zainteresowanie piłką w Rosji wzrosło? 

Jest taka koniunktura, coś się ruszyło. Koledzy opowiadają, że piłkarze, na czele z Artemem Dzyubą, znów zyskali status gwiazd i dla młodych są idolami. Reprezentacja Czerczesowa jest wszędzie. Jest szansa, że otworzysz lodówkę i kogoś z niej zobaczysz. 

A abstrahując od piłki, jak ci się tam żyje? 

W porządku, choć chciałbym być bliżej rodziny. Latam tyle, że rzadko mamy okazję być razem, a nie ma sensu, żeby siedzieli tu sami. W kraju nie byłem już od pięciu miesięcy i tęsknię za tym. W drugiej lidze jest ciężej, bo nie ma przerwy na kadrę, gra więcej drużyn i tłuczemy, ile wlezie – ostatnio trzy mecze w osiem dni. To sprawia, że wyjazd do Polski jest nie do ogarnięcia logistycznie. 

Podobno rosyjski w miarę szybko ogarnąłeś. 

Chyba ktoś puścił plotę! Na pewno wszędzie się dogadam – nie mam żadnych problemów, żeby ogarnąć sobie internet czy iść do banku. Mówię raczej na znanej zasadzie „Kali jeść, Kali pić”, ale ludzie mnie rozumieją. Jak ktoś mnie w szatni wyzywa, to przynajmniej wiem kiedy! 

A wyzywają? 

Nie, nie ma mowy. W szatni jest obustronny szacunek, do naszego kraju również. Czasami pośmiejemy się z moich przejęzyczeń, ale wszystko sympatycznie. 

Pobyt w Rosji obala stereotypy, prawda? Mówię z doświadczenia osoby, która w tym roku spędziła tam prawie pięćdziesiąt dni. 

I jakie masz odczucia?

Że to najbardziej gościnni i serdeczni ludzie na świecie. I trudno to nazwać propagandą, bo nie możesz kazać ponad stu milionom być miłym dla gości. 

Sam jestem pozytywnie zaskoczony. Całe życie spędziłem w Polsce i jest coś w tym, że ze względu na historię czy politykę buduje się w nas poczucie wrogości. A ono przegrywa walkę z rzeczywistością przez odklepanie w pierwszej rundzie. Zauważyłem, że wielu ludzi po mundialu myśli podobnie. Sam mogę liczyć na pomoc na każdym kroku. Gdy pojadę do kolegi czy ktoś zaprosi mnie do rodziny, to czuję się jak u babci na imieninach. Starsi zahaczają o historię, ale bez negatywnych emocji. Oczywiście nie można generalizować, bo jakieś gnidy zawsze się trafią, ale to zarówno u nich, jak i u nas. 

Na pewno trochę musi się jeszcze zmienić w naszej mentalności. Niedawno kolega zapytał mnie, dlaczego tak jest, że gdy polskie drużyny grają z rosyjskimi sparing w jakiejś Turcji, to wychodzą na niego jak na wojnę. Sam nigdy o tym nie myślałem, ale może coś w tym jest. 

O Chabarowsku można powiedzieć, że przypomina europejskie miasto?

Nie, do Europy to tutaj brakuje tak ze dwadzieścia, może trzydzieści lat. Jest dużo taniej siły roboczej z Azji, więc starają się upiększać to miasto – wiele budynków przestaje straszyć, rosną wieżowce – ale ciągle jest ono stare i bardziej azjatyckie. Odległość też robi swoje, bo pewne rzeczy trzeba tu przyprowadzić. Ostatnio kolega ściągał samochód z Moskwy, to szedł sześć dni w jakimś kontenerze, a co dopiero większe rzeczy. Oni zresztą sami podkreślają swoją odmienność, czasami czują też żal i mówią mi: „a, bo wy w Europie macie to i to”. Muszą gonić. 

Z drugiej strony czytałem wywiad z Piotrem Polczakiem, w którym mówił, że jak na ryby, to tylko tam, gdzie ty mieszkasz. 

To prawda. Mój tata pływał na statkach i jakoś przeniosło się na mnie to, że uwielbiam ryby i owoce morza. Powiem szczerze, że momentami tęsknię za tym, żeby zjeść coś normalnego, ale aż szkoda nie wziąć świeżej rybki, kawioru czy innych tego typu rzeczy, bo jest tutaj tak dużo różnych rodzajów i są tak smaczne, że chyba trudno znaleźć drugie takie miejsce na świecie. Z tego zresztą ten rejon słynie, bo widzę, jak zawodnicy z Moskwy i innych stron pakują ten prowiant i wiozą do siebie. 

Gdybyś miał porównać SKA do Jagiellonii, to kto lepiej by na tym wyszedł? 

Nie ma porównania, Jaga jest na dużo wyższym poziomie organizacyjnym, jeśli chodzi o codzienne działania czy marketing. Jednak to nie jest tak, że oni tutaj mają to gdzieś. Po prostu gonią – tak, jak my gonimy zachodnie kluby. Stadion mamy taki w stylu Wisły Płock czy Ruchu Chorzów. Ale jak trzeba, to wszystko szybko da się zrobić. Niedawno przyszedł gubernator, powiedział, że należy coś zmienić i w jakiś miesiąc przyszykowano dach i wymianę krzesełek. Minusem dla mnie i dla moich stawów jest też łupanie non stop na sztucznej nawierzchni. Jedni lubią to mniej, inni bardziej. Ja cały czas nie mogę się przyzwyczaić. Ciągle dolegają mi jakieś mikrourazy. Janek Gol mówił mi, że po pięciu latach w Amkarze już nie czuje różnicy, więc może ja też potrzebuję czasu. 

Niektóre rzeczy są też zaskakujące. Na przykład w klubie w każdej chwili możesz przyjść do stołówki i coś zjeść, a nawet zabrać posiłki na później, żeby sobie potem podgrzać. Nie jest to jakoś szczególnie drogie, ale w Polsce w większości klubów nie ma takich luksusów.

Mieszkam w centrum miasta w wieżowcu, w którym klub wynajmuje mieszkania dla wszystkich piłkarzy. Jeśli ktoś jest z rodziną, to wiadomo, że jakieś większe, a jeśli ktoś sam, to mniejsze. Szału nie ma, ale jest spoko. Ja też szczególnie wybredny nie jestem. Tym bardziej, że cały czas siedzimy na walizkach. Moim drugim domem jest lotnisko, a później hotel. 

d217e4bc78fea24fd5ef053c6b36ee8a

Było nerwowo po tym spadku czy zakładaliście, że zaraz możecie wrócić do elity? 

Założenie było takie, że dajemy z siebie maksa, żeby wrócić. Wszystkie ręce na pokład i ściągnięto zawodników z przeszłością w Priemjer Lidze. Rzeczywistość pokazała jednak, że nie jest łatwo odnaleźć się na zapleczu. Na razie jesteśmy daleko od zamierzonego celu, ale on się nie zmienił. Jakąś dobrą serią meczów możemy to szybko nadrobić, bo jeśli chodzi o wyrównanie, to wygląda to podobnie jak u nas w I lidze. 

Przynajmniej płacą regularnie? Kilku polskich zawodników przejechało się pod tym względem na podróżach w nieznane. 

Mogę powiedzieć tak, że w niedzielę o 14 zagraliśmy mecz i zanim wróciliśmy do Chabarowska, premia już była na koncie. To chyba najlepsza odpowiedź. Z pensjami jest tak samo – to, co mam na papierze, jest święte. Mówię akurat o moim klubie, bo wiem, że jest tu też wiele drużyn, w których są dwa-trzy miesiące opóźnienia w wypłatach. 

W zeszłym sezonie sprawdziłeś, ile brakuje ci do najlepszych w silnej lidze i co ci wyszło? 

Liga jest bardzo silna. Jeśli chodzi o czołówkę, to myślę, że polskie kluby nie mają co się porównywać. Inne budżety, inni piłkarze, inny poziom. Te kilkanaście miejsc różnicy w rankingu nie wzięło się znikąd. Z tymi średniakami idzie już pograć i spokojnie można podjąć rękawice, choć akurat występowałem w drużynie, która wszystko zbierała w łeb. 

A bardziej z twojej perspektywy? Rundę skończyłeś bez gola. 

Kilka razy było blisko i szkoda, że się nie udało. Przy ciężkiej pracy to naprawdę nie jest niemożliwe, żeby załapać się tutaj do lepszego klubu. Nie będę bujał wysoko w obłokach, że mógłbym wskoczyć na przykład do Spartaka, bo tam ludzie nie biorą się z przypadku. Ale jeśli chodzi o te drużyny z drugiej połówki tabeli, to można popatrzeć, jacy piłkarze tam dają radę, bo jest kilka znajomych twarzy: Denis Popović w Orenburgu, Pawieł Komołow w Jeniseju, Rołand Gigołajew w Anży, Balaj i Sadajew w Achmacie czy Tetteh i Cernych w Dynamie. Fajny wynik robi teraz Maciek Wilusz w Rostowie. To nie jest poziom nie do doskoczenia dla mnie. 

Brałeś pod uwagę odejście po spadku? Bo szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że tam zostaniesz. 

Miałem oferty, ale klub niestety nie pozwolił na skorzystanie z nich. Przyszedł prezes i wprost mi powiedział, że są pieniądze w klubie, więc on nie będzie urządzał żadnej wyprzedaży. Po kilku latach w ekstraklasie w Polsce i w Rosji wróciłem na zaplecze i trzeba z tym jakoś żyć oraz dalej ciężko pracować. I trzymać kciuki, żeby zdrowie dopisywało. 

To były oferty powrotu do Polski? 

I do Polski, i z miejsc, w których byłbym znacznie bliżej rodziny. Super byłoby wsiąść w samolot i w dwie godzinki być na Okęciu. No ale niestety. Skoro podpisałem kontrakt, to trzeba wziąć odpowiedzialność bez wiecznego narzekania. Nikt mi pistoletu do skroni nie przystawiał. 

Ale czuję, że szczęśliwy nie jesteś.

No, kurczę, a ty byś był szczęśliwy, gdybyś miał trzyletniego synka i siedział tak daleko od domu? Tylko to mnie uwiera, bo wiadomo, że najgorzej nie mam, bo i płacą, i w codziennym życiu się odnajduję. 

To, że jakoś dajesz radę, pokazuje chyba fakt, że w końcu zacząłeś strzelać gole. 

Na początku kontuzja mnie trochę przystopowała. Człowiek się napracował w przerwie między rozgrywkami, przyszedł pierwszy mecz, kontuzja i dziewięć następnych miałem z głowy. Potem trzeba było wrócić do rytmu, drużynie nie szło, ale wyszliśmy na prostą – zarówno ja, jak i klub. Teraz oby tak do przerwy i będziemy myśleć, co dalej. 

W ogóle jak długo się na tą ofertą zastanawiałeś?

Kilka godzin, bo więcej czasu nie było. Oferta turbo last minute, wszystko na wariackich papierach. Na początku w ogóle nie brałem tego na poważnie i poszedłem spać. Gdy rano się obudziłem, zadzwoniła do mnie pani prezes z Jagiellonii i pytała, czy biorę to pod uwagę, bo oni do późnych godzin byli na faksach z Rosjanami i się dogadali. Miałem czas od 8 do 15, by wszystko dopiąć – pojechać do klubu, wszystko zdać i podpisać przez faksy umowę z Chabarowskiem. Wykonałem kilka telefonów i ustaliłem z rodziną, że jadę. Wiedziałem, że spadek już jest murowany, ale będzie okazja pokazać się w kilku meczach w fajnej lidze na super stadionach. Tak jak powiedziałeś – żeby przekonać się, ile człowiekowi brakuje. A nuż przy odrobinie szczęścia udałoby się jeszcze trafić w ciekawe miejsce.

Decyzja pewnie tym trudniejsza, że byłeś w Jadze, która walczyła o mistrzostwo. Kluczowej roli tam nie odgrywałeś, w dodatku ściągnięto jeszcze Bezjaka, ale później wiosna pokazała, że w Białymstoku mieli problem z napastnikami. 

No tak, możemy sobie pogdybać, bo wiosną wszyscy trzej koledzy grali w krateczkę. Ale to są dobrzy zawodnicy, a i sytuacja była bardziej złożona. Miałem pół roku kontraktu, więc był to ostatni dzwonek, żeby Jaga mogła coś zarobić i tak dalej. Wszystko złożyło się na decyzję o wyjeździe i nie ma co wracać. Może strzeliłbym kilka bramek, Jaga zdobyłaby mistrzostwo, a ja dostałbym jeszcze lepszą ofertę, a może złamałbym nogę i został bez klubu. Bez sensu. Mam dobry kontrakt, bo nie ma co się oszukiwać – ofertę dostałem naprawdę fajną. Rynku nieruchomości tu nie śledzę, ale trzeba żyć i cieszyć się z tego, co jest. I z tego, że każdy samolot, który ze mną na pokładzie wystartował, później szczęśliwie wylądował! 

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. Oficjalna strona SKA

KOMENTARZE (1)