Celem Sandecji jest spokojne utrzymanie, ale… cele czasami się zmieniają
Weszło

Celem Sandecji jest spokojne utrzymanie, ale… cele czasami się zmieniają

Od naszej ostatniej rozmowy z Tomaszem Kafarskim minęły prawie dwa lata. W tym czasie zdążył odejść z Bytovii i Górnika Łęczna, ale też trafić do Sandecji Nowy Sącz, która na początku tego sezonu jest jednym z pozytywnych zaskoczeń, mimo wielkich zmian w kadrze. W sobotę spadkowicz z Ekstraklasy mierzy się właśnie z Bytovią, uznaliśmy więc, że to dobra okazja, żeby uciąć sobie dłuższą pogawędkę z wciąż młodym szkoleniowcem. Przekonuje on, że „Sączersi” nie mają ciśnienia na awans, a gdyby został w Łęcznej, to prawdopodobnie zespół utrzymałby się w I lidze.  

18 punktów po dziewięciu kolejkach, trzecie miejsce w tabeli. Start Sandecji jest nadspodziewanie dobry?

Jest dobry i tyle. Nie ma co spekulować, czy tak zakładaliśmy, czy nie. Udało nam się stworzyć bardzo ciekawą drużynę. Od początku miałem przekonanie, że jesteśmy w stanie grać dobrą i skuteczną piłkę. Na razie tak to wygląda.

Musieliście się jednak rozkręcić. Pierwsze zwycięstwo dopiero w czwartej kolejce.

Zaczynaliśmy od trzech meczów wyjazdowych z wymagającymi rywalami. Przywieźliśmy z nich tylko dwa punkty, ale widzieliśmy nadzieję na dalsze tygodnie. Potem wygraliśmy z GKS-em Katowice i ruszyliśmy. Po remisie w Niecieczy odnieśliśmy cztery z rzędu zwycięstwa.

Z jakim celem Sandecja zaczęła sezon? Raczej nie byliście wymieniani w gronie faworytów do awansu, znajdowaliście się bardziej w drugim szeregu.

Celem jest spokojne utrzymanie i obecność w górnej połówce tabeli. Tego się trzymamy. Oczywiście jesteśmy żądni kolejnych zwycięstw.

Czyli nie ma ciśnienia, żeby już po roku wracać do Ekstraklasy.

Nie, cel przed sezonem taki nie był. Co nie oznacza, że w pewnym momencie nie może on być zweryfikowany. Wtedy byłoby to z pożytkiem dla nas wszystkich.

Doszło w zespole do kadrowej rewolucji: dwunastu przyszło, osiemnastu odeszło. Zakładał pan tak duże zmiany?

Rozmiar zmian był adekwatny do sytuacji w klubie. Najczęściej kluby po spadku przechodzą rewolucję w kadrze. Nie zdążyłem jeszcze przyjechać do Nowego Sącza na pierwsze rozmowy, a już niektórzy kluczowi i najbardziej perspektywiczni zawodnicy zmienili barwy. Na szczęście szybko udało się wyjaśnić przyszłość kilku innych ważnych piłkarzy, którzy mieli jeszcze duży udział w awansie rok temu, jak Dawid Szufryn, Grzegorz Baran czy Maciej Małkowski. Na nich opieramy budowę nowego zespołu.

Z większością rozstań na pewno od razu się pan pogodził czy wręcz ich oczekiwał. A kogo żal?

Wszyscy ci, którzy podczas mojego przyjścia mieli kontrakty do 30 czerwca i zostali przeze mnie wyselekcjonowani do dalszej gry, podpisali nowe umowy. Wyjątek stanowi Michał Gliwa. Chcieliśmy go zatrzymać, ale on wybrał inaczej.

Z transferów przychodzących udało się zrealizować wszystkie założenia?

Nigdy nie jest tak, że przychodzą wyłącznie piłkarze z pierwszych miejsc na liście potencjalnych celów, zwłaszcza gdy wzmocnień wymagała każda pozycja. Z perspektywy gry i wyników wydaje mi się jednak, że udało nam się ściągnąć bardzo ciekawych zawodników, którzy potrafią kreować grę, mają odpowiedni charakter i nadal są rozwojowi. Również w przyszłości mogą stanowić o sile Sandecji.

Nawet jak na I ligę ma pan bardzo „polską” drużynę. W kadrze jest tylko dwóch obcokrajowców, latem przyszedł jeden. Takie było założenie?

Założenia mogą być różne, ale także na podstawie swoich doświadczeń wolałem opierać się na piłkarzach z Polski. Mamy w kraju wystarczającą liczbę zawodników, którzy mogą z powodzeniem grać w I lidze. A skoro zatrzymaliśmy tych doświadczonych, potrzebowaliśmy przede wszystkim chłopaków młodych, rozwojowych i bardziej poszliśmy w tym kierunku. Z obcokrajowców mamy tylko Michala Pitera-Bucko – choć to już taki „polski Słowak”, występuje w naszym kraju od sześciu lat – i pozyskanego teraz Dawita Manojana.

Manojan to 26-krotny reprezentant Armenii, pięciokrotny mistrz swojego kraju. CV jak na I ligę bardzo dobre, ale na razie ma ciężko i wchodzi jedynie na końcówki. 

Jego główny problem polegał na tym, że mógł zadebiutować dopiero w 3. kolejce, bo przedłużały się formalności związane z uprawnieniem go do gry. Ostatnio z kolei doznał drobnej kontuzji, nie jest dziś przewidziany do gry, ale to na pewno piłkarz o wystarczająco dużym potencjale, by wskoczyć z czasem do pierwszego składu Sandecji.

Pana drużyna liczbowo sprawia wrażenie wyważonej. 12 goli strzelonych i tylko 6 straconych, co jest drugim wynikiem w lidze. Gdzie są jeszcze największe rezerwy?

Poniekąd wszędzie. Z tygodnia na tydzień staramy się być coraz lepsi, ale najwięcej jest jeszcze do zrobienia w kontekście organizacji gry.

Przychodząc do Sandecji nastawiał się pan na wielkie wyzwanie? Nie mówię tylko o układaniu klocków od nowa. Klub ten nie jawił się ostatnio jako stabilne i poukładane miejsce pracy…

Czułem przede wszystkim dumę, że po raz kolejny ktoś chce skorzystać z moich usług i wierzy w to, że jestem w stanie pracować dobrze i skutecznie. Każda nowa praca wiąże się z jakimiś niewiadomymi i jest wyzwaniem. Wierzę, że moje doświadczenie pozwoli nam na uzyskanie stabilnej pozycji w lidze, na fajną grę i doprowadzenie do tego, że nadal na każdy nasz domowy mecz przychodzić będzie komplet widzów.

Krótko mówiąc: jak dotąd w Sandecji pracuje się panu spokojniej niż można byłoby z boku zakładać?

Trenera zawsze bronią wyniki. Na dziś są one zadowalające, ale cały czas jesteśmy czujni. Nie jesteśmy drużyną, która przewyższa większość rywali w sensie możliwości klubu czy jakości gry. Punktujemy jednak konsekwentnie i staramy się robić stały postęp.

W sobotę mecz z Bytovią, klubem, w którym pracował pan najdłużej nie licząc Lechii Gdańsk. Jest jakiś sentyment?

Fajnie zmierzyć się z drużyną, którą prowadziło się dwa lata. Na boisku oczywiście sentymentów nie będzie, zwłaszcza że w Bytovii większości zawodników z moich czasów już nie ma. Działaczom, trenerowi i piłkarzom należą się słowa uznania, że będąc latem w tak trudnym położeniu, zdołali wystartować, zbudowali młody zespół i osiągają świetne wyniki. Wychodzi, że w sobotę mamy mecz na szczycie. Oby było ciekawie. Będziemy chcieli narzucić swój styl gry i przedłużyć passę zwycięstw.

Jak wspomina pan tamten okres? Były pamiętne momenty, jak ekscytująca rywalizacja w Pucharze Polski, ale też sporo rozczarowań jeśli chodzi o samą ligę. 

Jak tak nie uważam. W każdym sezonie robiliśmy postęp. Przejąłem zespół tuż nad strefą spadkową, z niewielką przewagą, a szybko udało się pewne sprawy poukładać. Spokojnie zapewniliśmy sobie utrzymanie na kilka kolejek przed końcem. W kolejnym sezonie szliśmy do przodu, zajęliśmy ósme miejsce w tabeli. Ostatni sezon to słabszy finisz jesienią, nieudany początek wiosny i rozstanie, ale generalnie uważam, że w Bytowie miałem swój najlepszy czas jeśli chodzi o I ligę. Bardzo miło wspominam władze klubu i piłkarzy, których prowadziłem.

Mówiłem o rozczarowaniu w tym względzie, że Bytovia była postrzegana jako klub, który w kwestii finansów i ogólnych możliwości może nawet aspirować do Ekstraklasy. Czuł pan, że były takie możliwości?

Nie ulega wątpliwości, że był to bardzo stabilnie funkcjonujący klub ze względu na sponsorowanie go przez Drutex. Nie przesadzajmy jednak w drugą stronę. Nie należeliśmy do ligowych bogaczy, Bytovia nie oferowała dwa razy wyższych kontraktów niż inni. Nie raz i nie dwa przegrywaliśmy walkę o jakiegoś piłkarza, bo inny pierwszoligowiec mógł mu zapłacić znacznie więcej. Ale na pewno byliśmy postrzegani jako silny zespół, także dlatego, że graliśmy dobrą piłkę i w każdym okienku potrafiliśmy ściągnąć kogoś z ciekawym nazwiskiem.

Odczuwał pan, że władze klubu celują wyżej i są rozczarowane, że na oczekiwaniach się kończy? Z jakiegoś powodu Drutex się teraz wycofał.

Nie tylko czułem, ale i słyszałem, że budujemy zespół, która ma mieć realne szanse na walkę o awans. W sezonie, w którym zostałem zwolniony, jesienią do pewnego momentu wszystko wyglądało obiecująco, do tego fantastyczny występ w Pucharze Polski. Coś się jednak zacięło, zakończyliśmy rundę dwiema porażkami w lidze i przegranym rewanżem z Arką w PP, a w 2017 roku w pierwszych trzech kolejkach wywalczyliśmy tylko punkt. Trzeba było się rozstać.

Ekstraklasa mogła stanowić dla Bytovii realny cel, czy to jednak był trochę przerost oczekiwań w porównaniu do realnych możliwości?

I tak, i nie. Z jednej strony nie można stwierdzić, że nie bylibyśmy w stanie powalczyć o awans, skoro w sezonie, w którym mieliśmy taką chęć, awans ostatecznie wywalczyła Sandecja, po której się tego nie spodziewano. Wszystkim nam czegoś zabrakło, właścicielom i działaczom pewnie trochę cierpliwości, żebym pracował dalej. Ze względu na stabilność, którą dawał Drutex, Ekstraklasa mogła być oczekiwana.

To był pan zaskoczony, że ta firma tak nagle opuściła klub? Pan nie miał obaw, że taki scenariusz może się zrealizować i nagle zostaniecie na lodzie?

Współpraca między Drutexem a klubem od początku wygląda tak, że do rozstania mogło dojść w zasadzie w każdym momencie. Piłkarze najczęściej podpisywali tylko roczne umowy, żeby była furtka do szybkiego kończenia współpracy, gdy któryś rozczaruje. W trudniejszych momentach przechodziła przez głowę myśl, że możemy zostać bez głównego sponsora, ale szczerze mówiąc, jestem mocno zdziwiony, że Drutex – de facto budując klub od podstaw i doprowadzając go do drugiego najwyższego szczebla w kraju – niemal z dnia na dzień się wycofał. Cieszę się, że mimo to Bytovia nie zatonęła i rozegra normalny sezon. Jej wyniki pokazują, że w Bytowie wciąż warto inwestować w piłkę.

Nie miał pan wrażenia, że w Bytowie brakowało długofalowego spojrzenia i budowania fundamentów na przyszłość? Sprowadzano głównie ligowców z nazwiskami na tu i teraz, co chwila się oni zmieniali. Nie wyciągano wniosków.

To, czego zabrakło, to nie moja działka. Nie ma już w klubie firmy Drutex, nie ma trenera Kafarskiego, są inne realia, nowe rozdanie i na tym poprzestańmy.

Gdy wspomniałem o Pucharze Polski, mocno się pan ożywił, sam zresztą potem mówił o „fantastycznym występie”.

Bo taki był. Graliśmy bardzo ciekawą i skuteczną piłkę z rywalami ekstraklasowymi. Wyeliminowaliśmy Zagłębie Lubin, rozbiliśmy Śląsk Wrocław, w ćwierćfinale w dwumeczu z Arką Gdynia było 2:2, odpadliśmy przez gola straconego u siebie. Nie ma się czego wstydzić. Puchar Polski to jednak takie rozgrywki, że jak rozbudzisz oczekiwania i nie zdobędziesz trofeum, bo w końcu odpadniesz, jest to odbierane jako katastrofa. Nie umie się docenić, gdzie się zaszło i co zrobiło. Najczęściej ten problem mają kibice, ale czasami też działacze.

Poprzedni sezon zaczął pan w Górniku Łęczna, wtedy spadkowiczu z Ekstraklasy. Już w listopadzie doszło do rozstania. Co poszło nie tak?

Musieliśmy funkcjonować w zupełnie nowych realiach. Odeszło ponad dwudziestu zawodników, a przyszło dziesięciu. Poza Rafałem Kosznikiem byli to głównie chłopcy w wieku 18-22 lata. Gdy odchodziłem po siedemnastu kolejkach, w Pro Junior System mieliśmy więcej punktów, niż Olimpia Grudziądz za cały wcześniejszy sezon, gdy wygrywała tę klasyfikację. Wyniki w pierwszych dwóch miesiącach mieliśmy dobre, wygraliśmy nawet trzy kolejne mecze, ale najpierw przyszła fala remisów, a potem kilku porażek. Po trzeciej z rzędu nam podziękowano.

Tabela może nie do końca to pokazywała, ale uważam, że ze swoim sztabem wykonaliśmy tam ogromną pracę, zaczynając budowę bardzo młodego zespołu popartego doświadczonymi Grzegorzem Boninem czy Sergiuszem Prusakiem. Miałem świetny kontakt z drużyną, zabrakło naprawdę niewiele, żebyśmy pracowali dalej. A śmiem twierdzić, że gdybyśmy zostali, to idea odmłodzenia składu przynosiłaby coraz lepsze efekty, zawodnicy by się rozwijali i mielibyśmy spore szanse na spokojne utrzymanie. Do tego budżet mocno wzbogaciłby się premią z Pro Junior System. Wielu chłopaków debiutowało w  lidze czy w ogóle w seniorskiej piłce i widziałem, jak robią postępy. Szkoda, że większość z nich gra już gdzie indziej, a nasze pięć miesięcy poświęcone na pracę z nimi w zasadzie poszło na marne.

Pod pana wodzą na szersze wody zaczął wypływać Patryk Szysz, od przyszłego sezonu piłkarz Zagłębia Lubin. Niedawno łączono go nawet z Legią. To jest napastnik na czołowe kluby Ekstraklasy?

Patryk szybko stał się czołową postacią pierwszoligowego Górnika Łęczna, a sezon wcześniej był rezerwowym w trzecioligowym Motorze Lublin. To pokazuje, jaki stały postęp on i jego koledzy robili. Patryk świetnie wykorzystał szansę i mam nadzieję, że szybko zadebiutuje w Ekstraklasie i będzie tam wiodącą postacią.

rozmawiał Przemysław Michalak

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
dyneck

No i gdzie by grali w Ekstraklasie ? znowu w Niecieczy ? mam nadzieję, ze nikt nie dopuści do takiej fary znowu.

Morlock
Liverpool F.C.

Od przyszłego sezonu to już nie przejdzie. Albo masz stadion w mieście spełniający wymagania ekstraklasy albo dalej gnijesz w I lidze. Przykładowo gdyby Garbarnia Kraków awansowała do ekstraklasy mogłaby rozgrywać swoje mecze na stadionie Wisły lub Cracovii. Nie mogłaby tego zrobić w Niecieczy.

Staszek Anioł

Trochę Kafarski koloryzuje. Tragedii w Górniku nie było, gdy go zwalniali, bardzo mała strata do strefy „bezpiecznej” (bodaj dwa punkty). Tylko że oni staczali się od połowy rundy jesiennej zupełnie i końca nie było widać. Panika w Łęcznej była, to prawda, ale też cele inne niż pogranicze strefy spadkowej…
A w szczegółach było tak – do 10. kolejki włącznie, gdy skończyła się ta wspomniana przez Kafarskiego seria trzech zwycięstw, Górnik miał bilans 4–2–4. Czyli już wtedy cudów nie było. A później to już był dramat, trzy punkty na 21 możliwych. Do tego dwa ostatnie mecze pod jego wodzą to wyjątkowo frajerskie wypuszczenie z rąk niemal wygranych spotkań.

semikonduktor
! 13=14 !

Za te pensje co oni mają, można spokojnie utrzymać,
nie tylko się, ale i całą rodzinę lub gromadę kumpli od kielicha,
czy też panien od tańca, acz niekoniecznie… różańca.
No chyba że zatąpi go Ojrzyński.

wpDiscuz