Są pewne niedociągnięcia, ale na Garbarnię da się chodzić
Weszło

Są pewne niedociągnięcia, ale na Garbarnię da się chodzić

Wizytę na stadionie Wisły przy okazji meczu Garbarni ciężko podpiąć pod kategorię przygody życia. Po pierwsze, stadion z oczywistych względów jest pusty, ale akurat o to ciężko mieć do kogokolwiek pretensje. Po drugie – ważniejsze – jeśli bilet chce się kupić bezpośrednio przed spotkaniem, to zwyczajnie ciężko się na obiekt przy ulicy Reymonta dostać. Kibicom Garbarni przesadnie to jednak nie przeszkadza. A już na pewno nie wtedy, gdy ich drużyna gra tak jak dziś z Rakowem Częstochowa.

Gdyby o 11.30, bo mniej więcej o tej godzinie zameldowałem się pod stadionie, ktoś powiedział mi, że na trybunę wejdę dopiero w końcówce pierwszej połowy, pewnie uznałbym go za durnia. Skończyło się jednak tak, że na durnia wyszedłem ja, bo faktycznie swoje miejsce zająłem dopiero w 36. minucie meczu. W starciu ze sztucznie tworzonymi kolejkami okazałem się bowiem bezsilny. Inna sprawa, że taki scenariusz był raczej nie do przewidzenia, bo godzinę przed pierwszym gwizdkiem tłumów pod stadionem nie było.

IMG_2279

Zator powstał za to już przy kasach, bo dla kibiców chcących na żywo obejrzeć zmagania „Brązowych” z liderem pierwszej ligi uruchomiono tylko dwie z nich. Niestety, nie była to jednorazowa praktyka, starszy kibic, który w kolejce stał tuż przede mną narzekał, że podobna sytuacja powtarza się przy okazji każdego domowego meczu Garbarni. – Gdybyśmy grali u siebie, to byłoby zupełnie inaczej. Tam jest atmosfera, pełny stadion, przychodzą rodziny z dziećmi. Tutaj jest zupełnie inaczej.

Szybki powrót na obiekt przy Rydlówce, gdzie Garbarnia po latach tułaczki przeniosła się w 1990 roku, nie wchodzi jednak grę, choć wszyscy bardzo by tego chcieli. Gra na Wiśle przypomina bowiem smutne czasy, gdy „Brązowi” byli zmuszeni błąkać się po mieście. Wszystko zaczęło się w 1973 roku, kiedy decyzją miejskich władz wyburzono stadion przy ulicy Barskiej, na którym przeszło czterdzieści lat wcześniej świętowano jedyne w historii klubu mistrzostwo kraju, by na jego miejscu postawić hotel „Forum”. Nic więc dziwnego, że obecnego obiektu Garbarnia strzeże jak oka w głowie. Na drugoligowe realia niczego tam nie brakowało, ale gra na zapleczu elity to już zupełnie inne wymagania. Garbarnia ma wprawdzie plan rozbudowy stadionu za – co warto podkreślić – własne pieniądze, który zakłada postawienie trzech trybun w tym jednej krytej i zainstalowanie sztucznego oświetlenia, ale na pierwsze efekty trzeba będzie poczekać do 2020 roku. Póki co zostaje więc wynajmowanie stadionu Wisły, a ściślej mówiąc boiska, szatni i dolnej części trybuny E.

Na mocy zawartej z miastem umowy mecze klubu z Ludwinowa na żywo może oglądać prawie cztery tysiące osób, ale spotkanie z Rakowem na pewno nie zebrało takiej publiki. W jakimś stopniu właśnie dlatego, że już samo wejście na stadion, to mocno skomplikowana misja. Przy dwóch pracujących kasach nawet w stosunkowo krótkiej kolejce trzeba odstać prawie godzinę, by – jak w moim przypadku – na finiszu natrafić na kolejną przeszkodę – niewielką kartkę z napisem „płatność tylko gotówką”. W momencie, gdy bilet kosztuje piętnastka, a w kielni ma się tylko wymiętą dychę, siłą rzeczy robi się z tego poważny problem.

Na ratunek – niestety tylko połowiczny – przyszedł mi system sprzedaży wejściówek online. Wszystko działało bardzo sprawnie, ale zakupiony bilet trzeba było jeszcze wydrukować. Z tego właśnie powodu równo o 12:30, zamiast wchodzić na stadion, udałem się „na miasto” w poszukiwaniach punktu ksero. W międzyczasie kolejka do kas mocno się wydłużyła…

IMG_2280

… a ludzie stali w niej jeszcze o 13:05.

IMG_2281

Na samej trybunie E atmosfera była raczej piknikowa. Gdzieś z boku zlokalizowany był wprawdzie młyn fanów Garbarni, ale przesadą byłoby napisać, że wypełnił się po brzegi. Zapiewajło „Brązowych” robił jednak co mógł, by jego kumpli po szalu było słychać i od czasu do czasu faktycznie to wychodziło. W pewnym momencie z młyna przebiło się nawet dość gromkie „Ole! To my kibole”, choć na oko z fanów „Brązowych” są tacy kibole, jak z KFC wykwintna restauracja. Sam doping warto jednak docenić. Pod koniec meczu w młynie pojawiła się nawet pojedyncza flaga.

IMG_2297

Jeśli jednak rzucić okiem na resztę stadionu, to nie dostrzeże się niczego poza wielką pustką.

IMG_2288-kopia

Gdy już udało mi się spokojnie usiąść na trybunie, na dzień dobry z ust kibiców usłyszałem głośne „Marcin Cabaj!” rozdzielone oklaskami, co od razu wskazało mi największego ulubieńca trybun. Powód do skandowania nazwiska bramkarza znanego głównie z występów w Cracovii był dość prozaiczny – ot po uderzeniu głową jednego z zawodników Rakowa złapał lecącą w środek bramki piłkę. Kilka minut później Cabajowi przydarzył się prosty błąd. Po strzale z dystansu odbił piłkę przed siebie, a Szymon Lewicki bez trudu umieścił ją w siatce. Kibice „Brązowych” byli cicho, odezwali się za to ci z Częstochowy, którzy – jak się okazało – poza sektorem gości wygodnie rozsiadli się też na trybunie E, tuż obok fanów gospodarzy. Tym samym po lewej stronie miałem fanów Garbarni…

IMG_2291

… a po prawej Rakowa. Niecodzienne połączenie, ale nie licząc małego zgrzytu, gdy jeden z przyjezdnych zapalił na trybunie papierosa, na co natychmiast zareagowali miejscowi, wszystko przebiegało w jak najbardziej pokojowej atmosferze.

IMG_2292

Miszmasz na trybunach to niejedyny kibicowski aspekt, który podczas meczu Garbarni mógł delikatnie dziwić. Ze stadionowych (i kolejkowych) rozmów wynikało bowiem, że spora część oglądających spotkanie z Rakowem z wysokości trybun, to kibice Wisły i Cracovii, którzy na Garbarnię przychodzę z ciekawości lub dlatego, że zwyczajnie doceniają powrót „Brązowych” do pierwszej ligi. To tłumaczy dlaczego zdanie, które najczęściej dało się dziś usłyszeć, brzmiało „dobrze, że ta Garbarnia jest tu, gdzie jest”. Oczywiście stwierdzenie, że Garbarnia jednoczy krakowską piłkę byłoby grubą nadinterpretacją, ale jej mecze tworzą specjalnie okoliczności, w których w jednym miejscu mogą spotkać się sprzeczne ze sobą światy. Spotkanie z Rakowem i toczące się wokół rozmowy to najlepszy dowód.

Na boisku, mimo przepaści jaka dzieli oba zespoły w tabeli, większej różnicy nie było widać. Może piłkarze Marka Papszuna starali się więcej grać piłką, może chętniej i skuteczniej ruszali do pressingu, ale w żaden sposób nie potrafili przekuć tego w sytuacje bramkowe. Najlepsze okazję do zdobycia gola wypracowali sobie po błędach rywali, czyli wspomnianego już Cabaja i Michała Wrześniewskiego, który w 87. minucie sprokurował rzut karny. Jeden punkt Garbarni uratował jednak Cabaj, który w widowiskowym stylu obronił strzał Dariusza Formelli. Były piłkarz Lecha Poznań był zresztą jednym z najgorszych piłkarzy meczu. Krótko mówiąc, jego wejście na boisko przyniosło identyczny efekt, co wybudzanie ze snu przy użyciu środka nasennego, choć z założenia Formella miał pewnie ożywić grę Rakowa.

Na przeciwległym biegunie postawić można Dawida Nowaka, który na tle swoich kolegów z zespołu wygląda na zawodnika co najmniej dwa razy lepszego. Napastnik Garbarni z poważnego grania wypisał się już jakiś czas temu, ale w jednej ze słabszych kadrowo ekip pierwszej ligi, to wciąż naprawdę porządny zawodnik. Ruchliwy, zadziorny i momentami dowodzący zespołem na boisku. Wystarczy zresztą powiedzieć, że pomocnicy Garbarni nie zawsze z nim nadążali i kiedy Nowak – przykładowo – przykleił się do obrońcy, by za chwilę oszukać go jednym ruchem i wyjść na pozycję, słali mu piłkę do nogi, w miejsce, gdzie Nowaka dawno już nie było. Mimo to, były napastnik GKS-u Bełchatów zdołał dziś pokonać Michała Gliwę, strzelając naprawdę istotną bramkę, bo w końcu na wagę jednego punktu.

IMG_2301

Kibice największą uciechę mieli chyba jednak nie ze zdobyczy punktowej i zatrzymania lidera, ale z tego, że po meczu zawodnicy Garbarni solidarnie podeszli pod trybunę, przeskoczyli przez bandy reklamowe i zbili piątkę z każdym kto wyciągnął rękę. Garstka osób, która ich dopingowała, może i nie jest najlepiej zorganizowaną grupą fanowską w Polsce, może momentami dawał się przekrzyczeć kibicom przyjezdnych, ale zaangażowania nikomu nie można tam odmówić. Można oczywiście dyskutować jakie ma to znaczenie dla piłkarzy, ale taki Marcin Cabaj wyglądał na autentycznie wzruszonego, gdy fani na koniec jeszcze raz wykrzyczeli jego nazwisko.

Generalnie wrażenia towarzyszące człowiekowi w trakcie i po spotkaniu Garbarni można sprowadzić do jednego słowa – swojskość. Niby gdzieś w tyle głowy pozostaje świadomość, że to w końcu pierwsza liga, czyli dość wysoki poziom, a mecz rozgrywany jest na w miarę nowoczesnym stadionie w sercu dużego miasta, ale górę biorą jednak inne aspekty. W tym wypadku swojskość nie ma jednak negatywnego wydźwięku. Po prostu klimat na meczach Garbarni jest zupełnie inny, niż na meczach Wisły, Cracovii czy nawet Hutnika. Inna sprawa, że na stadionie przy ulicy Reymonta dostaje się tylko jego namiastkę. Gdyby „Brązowi” mogli grać u siebie, na pewno byłoby dużo mocniej odczuwalny. Ale narzekać w gruncie rzeczy nie ma na co. Jest pierwsza liga, jest remis z liderem, jest Dawid Nowak na boisku, da się na to patrzeć – czy kibicom Garbarni naprawdę trzeba czegoś więcej? Wydaje się, że raczej nie. No może za wyjątkiem sprawniejszej sprzedaży biletów.

KAROL BOCHENEK

Fot. główna – 400mm.pl/Jakub Gruca

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fan kibolkiewicza

Szkoda, że Garbarnia nie gra na swoim stadionie ale na tym wczesniejszym. Ten klub jakoś tak mi się kojarzy z historią piłki nożnej w naszym kraju, coś więcej jak pierwszy lepszy klub drugiej ligi.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Utyje szarańcza

Nie rozumiem problemu z zakupem biletów. Przez internet trwa to 5 minut i to za pierwszym razem jak trzeba się zarejestrować, jeżeli masz już konto to zakup to dosłownie 2 minuty. W XXI wieku w dużym mieście dostęp do drukarki to jakiś niespotykany luksus? Internet w telefonie? Wow to tak można? Jest taki wynalazek, niemożliwe?! Pomijam już fakt, że stadion Wisły jest położony de facto na miasteczku studenckim gdzie punktów ksero jest w opór na każdym kroku. Pozostaje jeszcze kwestia „dziadka” z kolejki który na płatnościach online może się nie znać, a i wnuczka który pomoże też może nie mieć. Co w takim wypadku zrobić? Może się udać do budynku klubowego koło stadionu za którym tak tęskni i zakupić bilet przed meczem – przez kilka dni poprzedzających spotkanie od godzin porannych do późno popołudniowych – bez kolejek. Ponadto przedstawiciele Klubu wielokrotnie podkreślają jak wygląda sprzedaż tuż przed meczem w kasach i jakie są alternatywy. Nie róbmy sztucznych problemów tam gdzie ich nie ma.

Maciej Stolarczyk Hard Pressing
Wisła Kraków

Panie, jednak dzisiaj można by było kupić bilet na telefon, po prostu pokazać stewardowi i wejść. To nie jest rocket science.

Utyje szarańcza

Jasna sprawa, że tak by było najlepiej i dzięki temu zaoszczędził bym 30 sec. swojego czasu, trochę lasów by się uratowało no i wygoda. Ale założę się, że kolejki wtedy do kasy tuż przed meczem też by były co dla mnie jest nie pojęte w sytuacji kiedy w tak łatwy sposób można ich uniknąć. A w artykule w kilku miejscach porusza się ten „problem” jako jakieś niemożebne wygibasy logistyczne i droga przez mękę. Kupić bilet przez internet i go wydrukować – łooo Panie takie rzeczy?! No ja nie wiem czy to się w ogóle opłaca, wie Pan co ja to wolę jednak mieć kontrolę nad biletem i postoje se tą godzinę w kolejce.

LudwinowskieTango

Panie Redaktorze, małe sprostowanie cytując: „W pewnym momencie z młyna przebiło się nawet dość gromkie „Ole! To my kibole” – z młyna przebiła się parafraza owej przyśpiewki: Ole! To my Pikole! czym chcieliśmy zaznaczyć nasz dystans do prowadzenia dopingu :)

wpDiscuz