Liga Bayernu, liga hipsterów czy liga trenerów? Rusza nowy sezon Bundesligi
Niemcy

Liga Bayernu, liga hipsterów czy liga trenerów? Rusza nowy sezon Bundesligi

Liga, która coraz wyraźniej staje w opozycji do filozofii futbolu, w której zespół tworzy pieniądz zamiast treningu. Liga, w której hołubi się trenerów i w której to trenerzy odgrywają najważniejsze role w swoich klubach. Liga, w której – przyznajemy to z bólem serca – coraz mniej polskich piłkarzy. Bundesliga właśnie startuje, a my sami zastanawiamy się i pytamy ekspertów – kto rzuci wyzwanie Bayernowi?

Rywalizację najsilniejszych lig świata śmiało można porównać do podstawówkowej dyskoteki. DJ, znajomy dyrektorki, puszcza znane hity ograne w radiu ESKA, sala gimnastyczna trzęsie się od przesterów ze starych głośników, zamówione w ostatniej chwili lasery rozświetlają fragmenty drewnianego parkietu. A na nim show robi popularny chłopak z 6c, który ubrany w ciuchy znanych marek wywija rękoma i nogami byle szybciej, byle mocniej i byle rzucać się w oczy – w roli tego młodzieńca widzimy Premier League. Obok tańczy – i to jak! – jego rówieśnik z równoległej klasy, który może nie ma na sobie najdroższych ubrań, ale dziewczyny do niego wzdychają, bo zachwyca ruchami wyuczonymi na kursach salsy – tutaj widzielibyśmy La Ligę. Nieco w cieniu, ale równie ciekawie prezentuje się romantyk z 6a, który ubrał się w nieco staroświecką koszulę, ale dobrał do tego młodzieżowe buty, postawił włosy na żel i zaprasza do tańca kolejne ładne koleżanki – on z kolei przypomina nam Serie A.

Jest jeszcze chłopak, który przecież urodą wspomnianej trójce nie ustępuje, rówieśniczki puszczają mu oko, ale ten podpiera ścianę i tylko czasami wyjdzie na środek sali, by rytmicznie potupać nogą. Gdyby pokazać mu kilka korków, gdyby obskoczyć z nim popularne sieciówki, to byłby gwiazdą dancingu. Ale on woli domowe zacisze i na dyskotece wychodzi z niego introwertyk. I tą metaforą jest Bundesliga.

Nudne okno transferowe? Nic nowego

Fani Bundesligi zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że gdy przychodzi czas otwartego okna transferowego, to pozostaje się nam oglądać na Anglię, Hiszpanię czy ostatnio nawet Włochy. Niemieckie kluby nie słyną z sypania pieniędzmi zamaszystym gestem. To raczej z Bundesligi trafia się do Premier League czy La Liga. Kibice niemieckiej piłki mają za to ten komfort, że mogą oglądać świetnych piłkarzy zanim ci za kilkadziesiąt milionów euro wylecą do lig, w których okna transferowe to jeden z ciekawszych okresów w sezonie. W Bundeslidze, poza drobnymi wyjątkami, wiało latem nudą – mówi Michał Trela z Przeglądu Sportowego, ekspert od piłki niemieckiej.

Trudno nawet wyłonić jakiś złoty strzał w bundesligowym okresie transferowym. Symbolem okienka u naszych sąsiadów wydaje się przejście Leona Goeretzki z Schalke do Bayernu – za darmo, wyciągnięty z dobrej drużyny do bardzo dobrej, ale to wciąż piłkarz na dorobku, a nie absolutna gwiazda ligi. Najciekawszym ruchem mistrza Niemiec – poza Goeretzką – jest… powrót z wypożyczenia Serge’a Gnabry’ego, który ma za sobą udany pobyt w Hoffenheim i być może to on odciąży Robbena i Ribery’ego na skrzydłach.

To może ciekawie było za plecami Bayernu? Najciekawiej było w Dortmundzie, który wyczyścił kadrę z zawodników niechcianych (Castro, Schuerlle, Jarmołenko, Merino, Durm…), sprzedał za 20 milionów euro Sokratisa do Arsenalu i zaczął łatać dziury, które w poprzednim sezonie były aż nadto widoczne. Brakowało walczaka w środku pola? No to cyk, Axel Witsel ląduje w Dortmundzie, a na dokładkę BVB sprowadza solidnego ligowca Bundesligi, czyli Thomasa Delaneya. Piszczek jest już bliżej niż dalej emerytury? Na dwa lata wypożyczamy Achrafa Hakimiego z Realu. Nie ma Sokratisa i potrzeba kogoś, kto wzmocni obronę? Wykładamy prawie 30 milionów na Abdou Diallo, 22-latka, który imponował w Mainz. – Jak na razie najbardziej cieszy mnie wspomniany już transfer Witsela, ale na tę chwilę jakiekolwiek oceny są trochę na wyrost. Zobaczymy, jak nowi sprawdzą się w meczach o punkty i jak maszyna Favre’a będzie funkcjonowała w różnych składach i ustawieniach. Kadra Borussii może napawać optymizmem, ale z czasem okaże się, czy solidne indywidualności potrafią stworzyć równie solidny kolektyw – mówi Julia Kramek z portalu Borussia.com.pl.

To może chociaż Schalke poszło za ciosem i po wicemistrzostwie wzmocniło swoją kadrę? No, nie bardzo. W Gelsenkirchen nie ma już wspomnianego Goeretzki, Pjaca wrócił do Juventusu, Mayer wyjechał do Anglii, Kehrer pobił rekord najdroższego obrońcy z Bundesligi i za blisko 40 milionów euro przeszedł do Paris Saint-Germain. Największe hity Schalke znalazły się zatem w tabeli „odeszli”, z kolei w rubryce „przyszli” mamy 21-letniego Serdara z Moguncji (za 10 milionów); ogranego w Bundeslidze, lecz kupionego z Realu Mascarella, wyciągniętego za darmo z Hoffenheim Utha do wzmocnienia linii ataku, lecz najlepszym ruchem wydaje się kupienie za grosze Salifa Sane, który imponował w Hannowerze. Ale czy transfer Senegalczyka, niewiele droższego od Jana Bednarka, można nazwać hitem?

Nie poszalał też Lipsk, który skupił się na kupowaniu nastolatków. Bayer rzucił 18,5 miliona euro za 18-letniego Brazylijczyka Paulinho, Gladbach wydał ponad 20 milionów na Pleę z Nicei (16 bramek w poprzednim sezonie Ligue 1), Werder sprowadził z Evertonu Klaassena… Ale wciąż te zakupy nijak miały się do odejść z ligi – Naby’ego Keity z Lipska do Liverpoolu, Arturo Vidala z Bayernu do Barcelony, Bernda Leno z Bayeru do Arsenalu czy wspomnianego Kehrera do PSG.

Pozostaje mieć nadzieję, że jak co roku Bundesliga da nam nowe perełki, którymi będziemy mogli cieszyć oczy i które za rok lub za dwa lata znów wyfruną z niej za grube miliony – puentuje Trela. – A kilku takich zawodników widać. Mnie najbardziej ciekawi postawa Dahouda z Dortmundu, który ma już uznaną markę w Niemczech, ale wciąż nie wszedł na szczyt. Odkryciem sezonu może okazać się Paulinho, w którym Bayer pokłada duże nadzieje. Do tego grona dodałbym Jadona Sancho z BVB, który już w poprzednim sezonie objawił swój talent. Intrygujący wydaje się też rozwój Weston McKenniego z Schalke. On też pokazał duży potencjał, ale zdarzało mu się spalać mentalnie, jak chociażby w sławnym już meczu z Borussią, w której padł remis 4:4  – wymienia Piotr Szymczuk, stały ekspert w audycji Die Qualitet.

Najciekawsi znów będą trenerzy

O Bundeslidze mówi się, że to „liga trenerów”. Przez lata niewielu szkoleniowców znad Renu wyjeżdżało do silnych lig europejskich. W Anglii szlak przetarł Felix Magath, a dziś Anglicy ekscytują się Liverpoolem Juergena Kloppa, a na ławce Huddersfield zasiada David Wagner. Paris Saint-Germain sięgnęło po Thomasa Tuchela, choć o niego pytało pół Europy. Drugie pół sondowało możliwość ściągnięcia Juliana Nagelsmanna, ale ten za rok przeniesie się do Lipska.

I wydaje się, że najczęściej kolejne hitowe spotkania Bundesligi będziemy zapowiadać jako starcia trenerów. Bo to oni wydają się najbardziej intrygującymi jednostkami w lidze.

Jest przecież Midas w wersji demo, czyli Lucien Favre. Gdziekolwiek Szwajcar pracował, tam wykręcał tam wynik ponad stan – w Zurychu, Hercie, Borussii Moenchengladbach, a ostatnio w Nicei, gdzie z paczką średniaków uplasował się na podium Ligue 1. Teraz Favre ma odmienić Borussię i zaszczepić w niej nutkę szaleństwa. Bo Favre uchodzi za szkoleniowca, który ma być lekiem na całe zło BVB. Lekarzem, który zaleczy rany po Boszu i Stogerze. Kibice z Dortmundu nie mogli już patrzeć na nudziarstwo, które wspomniana dwójka zaproponowała im w poprzednim sezonie. Przecież fani Borussii mieli w pamięci zespoły Kloppa i Tuchela – to tak, jakby zaraz po koncercie Metalliki wyskoczyć na kawiarniane przygrywanie Alicji Janosz. – On zawsze potrafi przenieść granicę potencjału swojego zespołu o kilka kroków dalej. Damy mu czas i środki, by zrobił to też w Dortmundzie – mówił o Favrze Hans-Joachim Watzke, dyrektor BVB.

Swoją misję w Schalke kontynuuje Domenisco Tedesco, nazwany przez Naldo „darem od niebios dla klubu”. W przeszłości pracował w fabryce Mercedesa, ukończył studia inżynierskie. Pierwszą robotę w branży sportowej dostał w Stuttgarcie, do którego napisał list i właśnie jego argumentacja i umiejętność sprzedania siebie przekonała tamtejsze władze, by dać mu szanse w pracy z juniorami. Świetny motywator, pragmatyczny taktyk, ale też normalny gość. Po jednej z porażek – zamiast dokładać piłkarzom godzinę analizy – po prostu zabrał ich do burgerowni. Z kolei na świętowanie wicemistrzostwa Niemiec nie pojechał z zespołem na imprezę, bo – według niego – był to moment dla zespołu. Jakby mrugnął okiem do swoich podopiecznych – hej, dzisiaj możecie się srogo nawalić.

Do tego dochodzi Julian Nagelsmann, który latem odmówił Realowi Madryt i dla którego kolejny sezon w Hoffenheim będzie testem nie tylko umiejętności, ale i psychiki. Wszak cały następny rok będzie pracował ze świadomością, że w przyszłym sezonie poprowadzi RB Lipsk. Tenże Lipsk, który tymczasowo (jakkolwiek brzmi miano „trenera tymczasowego na rok” – w Ekstraklasie trener pracujący przez dwanaście miesięcy jest już starym wyjadaczem i plasuje się w czołówce najdłużej pracujących szkoleniowców) objął Ralf Rangnick. Jeden z rewolucjonistów niemieckiej myśli trenerskiej i taktycznej, człowiek z łatką szalonego geniusza, który obowiązki trenerskie będzie łączył z funkcją dyrektora sportowego. – I pewnie logistycznie będzie to dla niego trudne, ale w Lipsku mają obmyślony plan działania na następny rok. Rangnick będzie twarzą tego projektu, głównym trenerem, ale w wielu kwestiach odciążać go będzie Jesse Marsch, 44-letni Amerykanin, który przez blisko trzy lata prowadził nowojorski klub ze stajni Red Bulla. W kraju cieszy się dobrą renomą, a teraz będzie uczył się niemieckiego futbolu pod okiem bardzo doświadczonego Rangnicka – wyjaśnia Szymczuk.

Nie sposób pominąć w tej wyliczance Niko Kovaca, który wyczyniał cuda z Eintrechtem Frankfurt, a któremu zaufał Bayern Monachium

Stary Bayern mocno śpi

Jeśli coś może zaszkodzić Bayernowi w sięgnięciu po mistrzostwo, to przeświadczenie o własnej niepodważalnej potędze. Bawarczycy latem postawili na opcję budżetową – wydali na transferowe odstępne dokładnie zero euro. ZERO. Jedyne ryzyko, jakie podjęto w Monachium, to postawienie na stanowisku trenera na faceta, którego szkoleniowe CV nie urywa dupy. Ale mówi po niemiecku i zrobił coś z niczego we Frankfurcie. Ale czym innym jest zarządzanie szatnią Eintrachtu, a czym innym dyrygowanie Lewandowski, Robbenem, Thiago i Hummelsem. – Kovac jest rzucony na głęboką wodę, a przecież nie każdy potrafi pływać. Wszyscy mają obawy co do tego, czy Bayern nie wciągnął go na szczyt zbyt szybko – przyznaje Trela. Szczególnie, że letnie okno transferowe pokazało wyraźny brak zaufania do Chorwata. – Od czasu Pepa Guardioli trener w Bayernie jest tylko jednym z elementów klubu. Ważną częścią, od której sporo zależy, ale rola szkoleniowca w zespole z Monachium jest nieporównywalnie mniejsza od roli, którą spełniają menadżerowie w Anglii czy nawet inni trenerzy w klubach z Bundesligi, więc trudno powiedzieć, czy to faktycznie brak zaufania, czy po prostu polityka klubu, w której trener nie decyduje o wszystkim – dodaje dziennikarz Przeglądu Sportowego.

Konserwatyzm Bayernu trwa, a być może nawet postępuje. Kontrakty Robbena i Ribery’ego zostały ponownie przedłużone – a przecież już gdy Bayern odpadał z Ligi Mistrzów mówiono, że nie ma sensu dłużej opierać się na tej dwójce i w końcu trzeba w tej drużynie świeżej krwi. Ale Hoeness i Rumnenigge znów postawili na swoim. – Zmianę pokoleniową w Bayernie przespano o rok, a może nawet o dwa lata. W Niemczech uważa się, że w tym sezonie duet Robben-Ribery będzie stopniowo odsuwany w cień, a w ich miejsce mają grać Coman i Gnabry. Ale wątpię, żeby Holender z Francuzem przyjęli to bez mrugnięcia okiem. W szatni może zrobić się nieciekawie i to może być pierwsze wyzwanie Kovaca, by poradzić sobie z tą dwójką – zapowiada Trela.

Na korzyść ekipy broniącej tytułu będzie działał fakt, że sytuacja związana z transferem Roberta Lewandowskiego wydaje się być opanowana. Pożar ugaszono, zawodnik zaakceptował swoje położenie i bez pretensji wrócił myślami do Monachium. A tak przynajmniej przyznaje: – W kwietniu i maju nie czułem się dobrze w Monachium. Wszystko szło źle, wiele rzeczy spadło na mnie w jednej chwili. Czułem się tak, jakbym w Bayernie był dopiero sezon i nie miał w klubie żadnego kredytu zaufania. Dlatego myślałem o odejściu. Ale teraz znów jestem całym sercem w Bayernie. Zauważyłem, jak bardzo kibice stoją za mną i jak bardzo mnie tu chcą – mówił w „Bildzie”.

Lewandowski nawet mimo tego konfliktu z Bayernem pokazywał na boisku swój profesjonalizm. W tym sezonie będzie pod presją, ale przecież on potrafi sobie z nią poradzić. Jest zdecydowanym faworytem do zdobycia korony króla strzelców i to nie ulega wątpliwością. A Polak ma kapitalny początek sezonu, bo popisał się hat-trickiem w Superpucharze Niemiec, strzelił też gola w pierwszej rundzie DFB Pokal. To będzie bardzo udany sezon Lewandowskiego. Nawet jeśli nie spełnił swojego marzenia o transferze, to będzie chciał udowodnić, że wciąż jest w ścisłym topie napastników świata. A ponadto do pobicia zostało mu jeszcze kilka rekordów – ocenia Szymczuk.

Borussia ma postraszyć Bayern

Najbardziej realnym konkurentem dla Bawarczyków wydaje się Borussia Dortmund. Niezłe transfery, pozbycie się zbędnego balastu w kadrze, ale przede wszystkim postać Favre’a na ławce rezerwowych. To z nim kibice BVB wiążą największe nadzieje. – Ale uważam, że na rzucanie Bayernowi wyzwania jest jeszcze za wcześnie. Borussia ma świetną kadrę i wspaniałego trenera, który był moim faworytem do przejęcia schedy już po Kloppie, ale to wszystko potrzebuje czasu, by trybiki się zazębiły. Mecz w Pucharze Niemiec z Fürth pokazał, że drużyna nie wypracowała jeszcze pewnych schematów, a piłkarze wciąż poznają się nawzajem. Favre mówił, że jest zadowolony z przebiegu przygotowań do sezonu, większość sparingów też pozwoliła rozbudzić w sobie trochę nadziei, ale sezon wszystko zweryfikuje. Jeśli miałabym w czymś szukać optymizmu, to chyba w doświadczeniu Favre’a i paradoksalnie w nieopierzonej, ale głodnej sukcesów młodzieży, jak Pulisic czy Sancho – mówi Kramek.

Borussia Favre’a ma zerwać też z opinią drużyny przesadnie grzecznej, w której nie brakuje magików i czarodziejów, ale która nie potrafi powalczyć o piłkę w środku pola. Zespół w białych rękawiczkach, który momentami brzydził się faulem. Lekarstwem na taki stan rzeczy mają być Witsel z Delaneyem. Problem pojawia się natomiast przy obsadzie ataku. W Pucharze Niemiec jako napastnik grał Marco Reus. – Ale było widać, że nie czuje się tam najlepiej. To piłkarz, który lubi mieć piłkę przy nodze, a tu przyszło mu się rozpychać z obrońcami – komentuje Szymczuk. W kontekście obsady ataku mówi się, że BVB jest bliskie pozyskania Paco Alcacera z Barcelony. Pojawiły się też plotki o Divocku Origim z Liverpoolu. – Ściągnięcie Alcacera byłoby ciekawym ruchem, ale myślę, że Favre poradzi sobie nawet wtedy, gdy tego nominalnego napastnika nie dostanie. W Moenchengladbach grał na dwie fałszywe dziewiątki. W tych rolach obsadził Raffaela i Kruse, którzy cofali się w głąb pola i uciekali też na skrzydła. Doskonale się to oglądało i takie ustawienie dało zaskakującą wówczas kwalifikację do Ligi Mistrzów. W Borussii w ten sposób mogliby grać Reus i Phillip – mówi Trela, który typuje Borussię do zdobycia mistrzostwa kraju: – Może zbyt mocno wierzę w Favre’a, ale to właśnie na jego fenomenie opieram swoje przewidywania. Bayern idzie ku dołowi, Borussia wydaje się rosnąć i w pewnym momencie ich ścieżki muszą się spotkać. 

W mistrzostwo dla Borussii nie chce mi się wierzyć, ale na pewno BVB postraszy Bayern. Oddanie zespołu w ręce Favre’a to słuszny ruch i jego praca z drużyną na pewno zaprocentuje. Może tytuł mistrza nie trafi w ręce Borussii w tym sezonie, ale przypuszczam, że może się to stać za rok czy za dwa lata – twierdzi Szymczuk.

Polaków coraz mniej

Jeśli chcecie wkręcić się w ligę zagraniczną, w której połowa meczów to spotkania z udziałem polskich piłkarzy i właściwie trudno nie natknąć się na jakiś polski pojedynek w ligowej kolejce, to raczej uciekajcie do Serie A. W Bundeslidze – po chwilowej modzie na Polaków – próżno szukać tłumów ligowców chowających śmietnik pod zlewem i naginającymi w klapkach Kubota. O Lewandowskim sporo już napisaliśmy, ale jego pozycja w tej lidze jest oczywista. Co dalej?

Łukasz Piszczek młodszy już nie będzie, a ponadto w Dortmundzie zdają sobie sprawę z jego problemów z biodrem. Mimo profesjonalnego podejścia do przygotowania fizycznego i żywienia Piszczek zdrowia nie oszuka. I właśnie dlatego dortmundczycy wypożyczyli na dwa lata Achrafa Hakimiego z Realu Madryt. – W ostatnich sezonach Piszczek był mocno eksploatowany. Wartościowy zmiennik da mu odetchnąć. I dobrze, bo przemęczony zawodnik nigdy nie jest w stu procentach efektywny. Jestem jednak pewna, że nadal będziemy regularnie widywać Łukasza na murawie, choć nie spodziewam się, że to będzie 90 minut w każdym meczu. Dużą zaletą jest fakt, że Piszczek doskonale zna się z Favre’em, Szwajcar wie, na co go stać i raczej nie odstawi go na boczny tor, jeśli tylko będzie zdolny do gry. W Dortmundzie już od dawna mówiło się o tym, że Piszczek musi mieć solidnego zmiennika. Z tym, że dotychczasowi się nie sprawdzali. Zobaczymy, jak w tej roli poradzi sobie Hakimi. Niemniej, przed Borussią wiele meczów, w których doświadczenie Polaka może odegrać ważną rolę – uważa redaktorka polskiej strony o BVB.

Nie ma też co liczyć na to, że Jakub Błaszczykowski będzie ważnym ogniwem Wolfsburga. – Nie ma dobrych perspektyw na grę. Byłem pozytywnie zaskoczony, że wszedł z ławki w meczu Pucharu Niemiec. Wolfsburg ma skrzydła obsadzone Josipem Brekalo, Renato Steffenem i Admirem Mehmedim. Błaszczykowski będzie rezerwowym, który pozbiera minuty, a w razie kryzysu, kontuzji czy kartek wskoczy do wyjściowej jedenastki. Natomiast nie spodziewałbym się wielu występów i trochę się dziwię, że tam został – uważa Trela.

Bliski zmiany klubu jest Marcin Kamiński, którego Stuttgart zamierza wypożyczyć z opcją kupna do Fortuny Dusseldorf. Ale i tam wychowanek Lecha musiałby powalczyć o swoje, bo wyjściowym duetem stoperów będzie para, która wywalczył awans do Bundesligi, czyli Kaan Ayhan i Andre Hoffmann.

Raczej nie ma też co liczyć na grę Davida Kopacza w Stuttgarcie. W klubie mówią wprost – to inwestycja w przyszłość, może kiedyś zacznie grać, ale na chwilę obecną 19-latek z juniorów Borussii Dortmund nie ma co liczyć na regularne występy. Może w tym sezonie zaliczy debiut, może zgarnie kilkadziesiąt minut w niemieckiej ekstraklasie, ale będą to raczej epizody. W podobnej sytuacji jest Tomasz Kucz z Bayeru Leverkusen, lecz on chwilowo jest całkiem bliski wyjściowej jedenastki. Nominalnie byłby czwartym bramkarzem do gry, ale w starciu z Gladbach zasiądzie na ławce rezerwowych z uwagi na problemy zdrowotne Hradecky’ego i Kirschbauma.

Być może Bundesliga staje się coraz bardziej hipsterska z tym swoim modelem właścicielskim „50+1”, z tą swoją wstrzemięźliwością od wielkich transferów i wiarą w siłę treningu, a nie pieniądza. Ale dzięki tym smaczkom śledzi się ją wyjątkowo przyjemnie.

rutex

Damian Smyk

fot. Newspix.pl