Kiedyś nie potrafiliśmy wygrywać wiosną, teraz nie potrafimy latem
Blogi i felietony

Kiedyś nie potrafiliśmy wygrywać wiosną, teraz nie potrafimy latem

Nie będę znów poświęcał całego felietonu Legii, bo każdy wie, jak mocno się skompromitowała i też specjaliście ds. mediów – Vukoviciowi – mogłaby pęknąć żyłka. Poza tym dowód jak bardzo zostaliśmy w tyle leży jednak w dwóch pozostałych meczach, tych rozgrywanych przez Lecha i Jagiellonię. Jeszcze niedawno polskie zespoły radziły sobie z belgijskimi (Lokeren, Brugia), a wczoraj i tydzień temu miały albo mało do powiedzenia, albo nic.

Gdzie więc leży problem tego, że w najlepszym wypadku stoimy w miejscu, a w najgorszym (i w sumie bardziej realistycznym) wrzuciliśmy wsteczny? Pewnie tych problemów jest wiele, ale każdy dałoby się zepchnąć choćby na margines, gdyby ludzie rządzący polską piłką, a więc między innymi właściciele i prezesi klubów, byli odważni. Niestety, moim zdaniem wielu z nich nie jest.

Przede wszystkim dlatego, że z taką lubością szukają drogi na łatwiznę. Wprowadzono podział punktów, ale szybko się z niego wycofano i to z prostego powodu: on jednak wprowadzał element rywalizacji. Jasne, było to sztuczne, może w pewnym stopniu nieuczciwe, ale trzeba było orać na boisku, by z tej ligi nie zlecieć. A tego właściciele nie chcą – chcą szarej strefy, gdzie klub X będzie bezpieczny i skapną mu kolejne środki na nowy, równie bezbarwny sezon.

Teraz jeszcze tak nie było to widoczne, w rozgrywkach 17/18 walka trwała do końca i o utrzymanie, i o mistrza. Ale! Po pierwsze, w starym systemie grupa zainteresowanych byłaby jeszcze szersza, a po drugie, bardzo prawdopodobne jest (a przynajmniej bardziej niż z dzieleniem punktów), że obecne rozgrywki, jeśli chodzi o rozstrzygnięcia, skończą się szybciej.

I gdy słyszy się głosy, że te ligę mamy powiększać, to pójście na łatwiznę nie jest już drogą obwodową, tylko autostradą. Środek tabeli będzie miał wolne w marcu, dostaniemy dziesiątki meczów nawet nie o pietruszkę, bo pietruszka smaczna, a to będzie jakaś śmierdząca kupa.

Na alibi poruszane są dwa argumenty.

Pierwszy – Polska to duży kraj, musi mieć dużą ligę. Rozumiem, że w Chinach gra 100 zespołów w tamtej ekstraklasie?

Drugi – Polska ma duże miasta. No ma, tylko co z tego?

Warszawa: jeden klub.
Poznań: jeden klub.
Wrocław: jeden klub.
Łódź: nikogo w ekstraklasie.

Super, czyli ratuje się Trójmiasto i Kraków, tyle że w Krakowie Wiśle groziła bezdomność, a Cracovia gra, jak gra.

Tymczasem ten plan wciąż ma plecy wśród części ekstraklasowych prezesów, co gorsza, forsował go też Boniek. A przecież – cholera, to tak logiczne – trzeba iść w drugą stronę. Ligę zmniejszyć do dwunastu zespołów albo i dziesięciu. Niech ta ekstraklasa będzie jakąś elitą, niech grają w niej rzeczywiście najlepsi. Teraz mamy w niej – pi razy drzwi – 400 piłkarzy, z czego co najmniej połowa do niczego się nie nadaje. Zostawmy 10 drużyn z 20 piłkarzami na jedną kadrę i jakość na pewno na tym nie ucierpi.

No, ale do tego trzeba odwagi, którą mało kto ma. Część drużyn musiałaby odstąpić od tortu, a na to się pewnie nigdy nie zgodzi. Bo też nie rozumie, że czasem jeden krok do tyłu oznacza dwa do przodu. Lepiej siedzieć w tym smrodzie i marazmie, byle bezpieczniej.

Nie mówię, że skurczenie ligi jest lekiem na całe zło, bo nie jest. Natomiast sami utrudniamy sobie życie, topiąc się w tym nędznym sosie.

W futbolu odwaga jest niezbędna. I na boisku, i poza nim. Niestety polska piłka tej odwagi ma deficyt. Jest, jak jest i może niech tak zostanie, bo przecież fala krytyki spada na ekstraklasę głównie latem. Jesienią i zimą komuś coś wyjdzie, to się zachwycamy, jednak latem wychodzi na to, że czerpiemy radość z sukcesów w szkole specjalnej.

Aha: za rok będzie to samo, zobaczycie. Jeśli nie gorzej, bo tracimy współczynniki i zamiast narzekać, że od lat nie wygrywamy dwumeczu na wiosnę, zaczniemy marudzić, że nie wygrywamy dwumeczu latem.