Zwymiotowałem
Weszło

Zwymiotowałem

Mecze… Widowiska… To coś, co odbywa się przy Łazienkowskiej, nie powinno być reklamowane jako mecze piłki nożnej. Widać zresztą po frekwencji, że już mało kto kupuje taką narrację. Moim zdaniem należałoby dokonać kilku zmian w strategii marketingowej. 

Niech to będzie spotkanie z elementami piłki nożnej dwudziestu dwóch gości, podczas którego ci w białych koszulkach zawsze są słabsi.

Może to być przedstawienie ilustrujące, jak biedni zawsze pokonują bogatych.

Albo – tak po prostu – publiczny wpierdol. I bardziej chwytliwe, i jednak bliżej prawdy.

Choć wsłuchując się w słowa Aleksandara Vukovicia, który postawił nas przed szalonym dylematem (Legia to kozacy, którzy się kompromitują, czy badziewiacy, którzy walczą ze słabszymi drużynami?) w zasadzie nie wiadomo, czy trzeba Legię chwalić, czy ganić. Chyba jednak chwalić. Bo skoro znacznie bliżej nam do stwierdzenia, że to dziady, to dziś zagrała przecież nie tak złe spotkanie. Ba, zajebiste! W końcu tylko dwójka w plecy. I gol na kontakt!

Legia fantastycznie zakładała niski pressing, grała z pominięciem środka pola (i ataku też!), swojemu rywalowi po gospodarsku dała pograć w piłkę. Standardowa akcja Luksemburczyków wyglądała tak: niedokładne podanie, potem złe przyjęcie, pół godziny na odwrócenie się z piłką i bezmyślna szarża do przodu. Można śmiać się z szeroko pojętych braków luksemburskich piłkarzy, ale skoro metoda skutkowała, to czemu z niej nie korzystać? Prawda jest taka, że Luksemburczycy grali w sposób żenujący. Byli dokładnie takimi ogórami, jakich sobie wyobrażamy. Język polski jest z kolei zbyt ubogi, by opisać „grę” warszawian.

W polskim klubie zgadzała się przynajmniej atmosfera, która jest zajebista. Redaktor Wołosik intonował co prawda „kurwa mać, Legia grać”, „co wy robicie” i „po co wy gracie, jak wy ambicji nie macie?”, ale wiadomo, że to tylko celowe działanie podlaskiej frakcji na szkodę klubu. Tak naprawdę cała Warszawa wciąż kocha Legię i jest z nią na dobre i na złe, co było widać dziś na trybunach. A że tylu gwizdów ziemia nie uświadczyła czwartkowego wieczoru w żadnym innym miejscu na świecie? To już gwizdał Kowal, wiadomo.

Chciałoby się napisać, że w Europie nie ma już słabych drużyn, ale co najmniej jedną widzę. Wprawdzie powiedzenie stanie się aktualne już w następny czwartek, ale póki co Legię na miękko opędzlowała drużyna z bramkarzem, który w ostatnich latach kariery stwierdził, że chce iść do pracy, bo bez tego nie dostanie emerytury. No i od jakiegoś czasu chodzi na rano na etat, wieczorami goni na treningi, a pomiędzy jednym i drugim goli sobie Legię jak chce. Gdy przed meczem piłkarze Dudelange oceniali szansę 50 na 50, niektórzy łapali się za głowę, a tu okazuje się, że nie doszacowali swoich szans.

Siedziałem dziś na trybunach przy Łazienkowskiej i mój żenadometr eksplodował.

Tymczasem przepraszam, muszę się wytrzeć. Widząc „starania” tych łamag w białych koszulkach zwymiotowałem.

JB

Fot. FotoPyK