COPAnina: Czy po tym mundialu można zakochać się w piłce?
Blogi i felietony

COPAnina: Czy po tym mundialu można zakochać się w piłce?

Jedna myśl towarzyszyła mi niemal przez cały ten mundial – czy po obejrzeniu go dało się zakochać w piłce nożnej? Nie były to przecież mistrzostwa wyjątkowo piękne, porywające. Dominował pragmatyzm, choć w wielu spotkaniach goli nie brakowało. A może to jednak działa tak, iż my, którzy futbol śledzimy od lat, wiedzieliśmy jego piękniejsze oblicza, po prostu wybrzydzamy? Że pamięć płata nam figle, bo za dzieciaka, kiedy obserwowaliśmy pierwsze turnieje, wszystko wydawało się bardziej magiczne, piękniejsze? Wcale nie wykluczam takiego scenariusza. Każdy przecież jakoś zaczynał swoją przygodę z tym sportem.

Zastanawiam się zatem jakie klisze pozostaną najostrzejsze w naszych głowach? Które z nich będziemy wspominać za kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat? A najważniejsze – ile będzie w nich romantyzmu, z którego de facto wynika nasza pasja do futbolu?

Ja chyba najbardziej cieszę się z faktu, iż tegoroczny turniej był sprawiedliwy. Po prostu. No bo ile z wyników zostało wypaczonych przez decyzje sędziowskie? Policzymy je na palcach jednej ręki i jeszcze spora jej część zostanie. Jak na 64 spotkania – świetny wynik. A nie byłoby to możliwe, gdyby nie wprowadzenie technologii do piłki nożnej. Pisałem to wielokrotnie, napiszę jeszcze raz, ponieważ jestem entuzjastą korzystania z VARu – to jest najlepsze co mogło przydarzyć się współczesnemu futbolowi. I nawet jeśli z dystansem podchodzę do tego typu oficjalnych danych, bo nieco zalatują one PRem, to wynik 99,32% poprawnych decyzji arbitrów i tak robi gigantyczne wrażenie. Podobnie jak ta statystyka:

Przeciwnicy technologicznego wsparcia dla sędziów nie mają takiego argumentu, którym mogliby zbić przydatność i słuszność zastosowania jej w naszym ukochanym sporcie. Wreszcie nadeszły czasy, aby to nie błędy, lecz właśnie sprawiedliwość stała się integralną częścią piłki. Martwi mnie w tym wszystkim tylko jedna rzecz, a mianowicie to, iż nie na poziomie klubowym nie w każdych rozgrywkach będzie on funkcjonował od zaraz. Jasne, kwestia czasu, choć już teraz wiem, że oglądanie Ligi Mistrzów bez VARu po tak udanym w jego kontekście turnieju będzie niczym cofnięcie się w nim do epoki kamienia łupanego.

Z przyjemniejszych rzeczy zapamiętam na pewno Chorwatów, których historia – jako drużyny oraz wszystkich zawodników z osobna – jest po prostu inspirująca. I nie, nie będę tu pisał o małym państewku, Dawidzie walczącym z Goliatem i tego typu duperelach. Chodzi mi po prostu o podejście. Luka Modrić biegnący sprintem kilkadziesiąt metrów w dogrywce tylko po to, aby futbolówka nie wyszła na aut. Mario Mandzukić nie tyle grający w piłkę, co prowadzący swój prywatny blitzkrieg w imię godności własnego kraju. Ivan Perisić trafiający do szpitala, ponieważ dzień wcześniej zapieprzał w meczu z Anglikami tak bardzo, że nie wytrzymywały mu mięśnie. Dejan Lovren pokrzykujący na kumpli z drużyny, wciąż dodający im otuchy, napędzający, motywujący. Ivan Rakitić, cichy dowódca, walczący także ze swoim przemęczonym ze względu na celiakię. W ogóle cała drużyna, która trzy razy musiała odrabiać straty, by przejść do dalszej fazy. Ekipa mająca w nogach trzy dogrywki, czyli jakby dodatkowy mecz. A mimo wszystko żaden z jej członków nie chciał nawet słyszeć o zmianie podczas tej trzeciej, w batalii z reprezentacją Anglii. Chwała należy się Chorwatom, choć ostatecznie zwyciężonym.

Powinienem też zapamiętać Harry’ego Kane’a, króla strzelców rosyjskiego turnieju, chociaż tu akurat pewności nie mam. Być może za chwilę wyprę jego występy z pamięci? Nie odbieram mu żadnego z sześciu trafień, aczkolwiek nie potrafię jednocześnie podziwiać. Trzy razy bowiem pokonywał bramkarza uderzeniem z 11 metrów, a jeszcze jedno trafienie dopisano mu po tym, jak nastrzelił go Ruben Loftus-Cheek. Chluby nie przynosi mu też fakt, iż liczby wyśrubował na Tunezji, Panamie oraz dość słabej Kolumbii. I nawet jeśli Anglik jest klasyczną dziewiątką, która najlepiej czuje się, gdy dostawia nogę albo głowę i w ten sposób zalicza kolejne trafienia, liczyłem, że pokaże coś więcej zwyczajnie grając w piłkę. A pod tym względem było bardzo cienko. Szukam w głowie jakiegoś jego bardziej błyskotliwego zagrania i nie mogę sobie przypomnieć. Za to pudła, kiksy, straty i chowanie się w kieszeniach obrońców? O tak, tego było aż za wiele. No i właśnie dlatego chyba nawet wolałbym puścić w zapomnienie te jego popisy. Tak samo jak całej Anglii, która może faktycznie napisała wstęp do pięknej historii, choć jego lektura raczej męczyła. 10 z 13 goli strzelonych ze stałych fragmentów to nie przypadek i bynajmniej też nie jakiś wielki powód do dumy.

Jak na fana hiszpańskiej piłki przystało, na pewno będę wspominał cały cyrk z Julenem Lopeteguim w roli głównej. Zwolnienie na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju oraz szopkę jaka miała miejsce wokół tej sytuacji. Cały czas trzymam się zdania, iż Luis Rubiales postąpił słusznie, chociaż sportowo La Roja wyszła na tym beznadziejnie. Fernando Hierro chciał przede wszystkim nie zepsuć tego, co wypracował jego poprzednik, lecz kiedy trzeba było, również nie pomógł swojej drużynie. Tymczasem dosłownie na drugim końcu Europy wrzało, a kibice oraz media przerzucały winę, szukając kozła ofiarnego w tej sytuacji. Prezes RFEF musiał wykąpać się w wannie pomyj, trenerowi wybaczono, piłkarzom w sumie również. Tylko jednego w tym wszystkim nie kupuję, czyli czepiania się Realu Madryt. A to przecież całkiem naturalne, że klub musiał dbać o własne dobro, a nie czyjeś, dlatego szybko dogadał się i ogłosił pozyskanie Lopeteguiego. No bo nie wyobrażam sobie, aby Królewscy mogli czekać z pozyskaniem szkoleniowca na przykład do teraz. Zarówno wizerunkowo oraz sportowo byłoby to jak niczym strzał w kolano. Dlatego uważam, że jakiekolwiek zarzuty wobec Los Blancos w tej sytuacji zakrawają co najmniej o absurd.

Oczywiście na mojej liście nie może też zabraknąć argentyńskiej katastrofy, do której w dużej mierze doprowadził Jorge Sampaoli, de facto już zwolniony z posady selekcjonera. Zresztą, pisaliśmy o tym już dzisiaj: Rok wystarczył, aby El Loquito zburzył swój pomnik, który jednak nie był trwalszy niż ze spiżu. Miotał się w swoich decyzjach przez co stracił zaufanie kibiców, a tym bardziej piłkarzy. Wciskał kit wszystkim dookoła o poszukiwaniach nowych rozwiązań. W końcu dał zawodnikom wejść sobie na głowę, zaczęli oni mieć gigantyczny wpływ na kwestie takie jak to, kto ma zagrać w następnym spotkaniu i gdzie. Na dobre stał się postacią karykaturalną, kiedy pytał Messiego co ma zrobić – czy powinien wpuścić Aguero na boisko? Na koniec zaś dodatkowo wkurwił też cały kraj, ze względu na swoje podejście do kwestii opuszczenia stołka. Kiedy bowiem odchodził z Sevilli opowiadał o wielkim patriotyzmie, miłości do ojczyzny i wielu innych równie górnolotnych wartościach, którymi rzekomo się kierował. Tymczasem na koniec jego fatalnej kadencji okazało się, że faktycznie, Jorge może i kocha, ale co najwyżej pieniądze z odszkodowania, z których nie zamierzał łatwo rezygnować. To właściwie przekreśliło go w oczach rodaków.

Historia Thierry’ego Henry’ego również jest osobliwa, choć dla samego zainteresowanego na pewno niezbyt przyjemna. Jego rodacy uznali go bowiem za zdrajcę narodu, ponieważ podczas mistrzostw pracował w sztabie reprezentacji Belgii, a przecież obie ekipy spotkały się w półfinale. No i co, legendarny napastnik miał wtedy rzucić robotę w diabły, bo pochodzi z innego kraju? Bez jaj. On tam uczył się fachu od Roberto Martineza, a także spełniał bardzo ważną rolę w pracy z napastnikami, z której w dużej mierze skorzystał Romelu Lukaku, o czym opowiadał na „The players tribune”. Niesamowicie głupie było czepianie się go oraz pracy, którą wykonuje. Zwłaszcza, że przy okazji pojedynku z Les Bleus nie odstawił żadnego cyrku, jak na faceta z klasą przystało. I jeśli już kto tu powinien robić rachunek sumienia, to sami francuscy działacze, ponieważ nie zapewnili swojej legendzie warunków do rozwoju, a teraz czepiają się, że Henry poszedł gdzie indziej. Gdzieś, gdzie stworzono mu możliwości do dalszego samokształcenia.

Szkoda tylko, że w tym wszystkim pozytywnych wspomnień nie zachowam dzięki polskiej reprezentacji. Bo to akurat był epizod, który najchętniej wyrzucił bym z pamięci jak za pomocą zaklęcia „obliviate” z Harry’ego Pottera. Niski pressing. Lapsus językowy. Pokolenie „chcę więcej” stające się pokoleniem „na więcej nas nie stać”. Drużyna skłócona, co oznacza, że zawiódł nawet zadanowiec Atmosferić. Piotr „Copperfield” Zieliński. Bednarek oraz Krychowiak zachowujący się jakby pierwszy raz grali w piłkę. Szczęsny zwiedzający nieznane mu rejony boiska. Nawałka każący Grosikowi symulować skurcz. Upokorzony Błaszczykowski, być może do dzisiaj stojący przy linii bocznej, czekając na wejście… Niestety nie da się tego wszystkiego odzobaczyć. Zapamiętam natomiast zazdrość chociażby wobec Irańczyków, którzy prawie utarli nosa Hiszpanom oraz Portugalczykom, bo pomimo kiepskich umiejętności chciało im się jeździć na dupach. Tak samo zresztą jak Rosajom, Szwedom czy Urugwajczykom.

I żaden to dla mnie argument, że przecież powinienem być przyzwyczajony, oglądając w kółko to samo od 2002 roku, z małym wyjątkiem na Euro sprzed dwóch lat. Kompromitacji nie będę tolerował nigdy.

***

Patrzę na tę listę no i niestety, dumą mnie ona nie napawa. Nie chciałem za bardzo grzebać, tylko właśnie oprzeć się na tym, co na hasło „rosyjski mundial” najszybciej przyjdzie mi na myśl. Sam teraz nie wiem, czy już zdziadziałem do tego stopnia, by pamiętać tyle kiepskich, albo przynajmniej nieprzyjemnych momentów? Czy może to naprawdę był turniej, w którym aż tak bardzo nie liczył się sport i dobra zabawa? Nie zrozumcie mnie źle, z każdego obejrzanego meczu (a 50 przebiłem na luzie) czerpałem sporo przyjemności, jarały mnie nawet starcia Arabii Saudyjskiej. Z kolei tuż przed ćwierćfinałami poczułem coś jakby żałobę, gdy zorientowałem się, że do końca mistrzostw pozostało tylko osiem spotkań.

Z tyłu głowy kołacze mi się jednak taka refleksja, że gdyby to rosyjski turniej miał decydować o mojej miłości do tego sportu, chyba nie zapałałbym do niego aż tak wielką pasją. Mam natomiast nadzieję, iż przynajmniej kilku futbolowych żółtodziobów odebrało ten turniej znacznie inaczej.

MB

Fot. FotoPyk