Zimna wojna, czyli wyścig zbrojeń, Gagarin i sportowa zadyma
Inne sporty

Zimna wojna, czyli wyścig zbrojeń, Gagarin i sportowa zadyma

Piłkarski mundial i igrzyska olimpijskie w Soczi to jedne z największych sukcesów polityki zagranicznej Władimira Putina – to nie nasza opinia, to zdanie wielu mądrych głów zajmujących się światową polityką. „Matka Rosja” także w ten sposób próbuje udowodnić krajom Zachodu, że trzyma się dziarsko i wciąż jest potęgą, tak ekonomiczną, jak i sportową.

Czyli od czasów zimnej wojny wcale aż tak wiele się nie zmieniło. Wschód z Zachodem wciąż kombinują, jak tu rozdawać polityczne karty, jak zaprojektować lepszą broń, jak jeszcze lepiej spenetrować przestrzeń kosmiczną i jak zorganizować imprezę sportową, po której wszystkim opadną kopary. 

Trwający mundial na rosyjskiej ziemi to dobra okazja, żeby nieco odkurzyć archiwa i przypomnieć, jak wyglądał wielki sport w czasach prawdziwej zimnej wojny.  

*

Wielu z nas słysząc hasło „sport podczas zimnej wojny” automatycznie ma przed oczami Rocky’ego Balboę piorącego się z Ivanem Drago. Podczas walki toczącej się na terenie Związku Radzieckiego – jak filmowy bóg przykazał – Rocky początkowo zbiera klasyczny łomot. W końcu jednak karta się odwraca i to gospodarz ląduje na dechach. Publiczność, która przed walką pluła na Amerykanina, po końcowym gongu nagradza go owacją na stojąco. Mur runął.

Jadąc tu nie wiedziałem czego się spodziewać. Czułem, że wiele osób mnie nienawidzi i nie wiedziałem co z tym zrobić. Też was chyba nie lubiłem… Ale w czasie walki dużo się zmieniło: wasze uczucia do mnie i moje do was. Patrzyliście, jak dwóch facetów usiłuje się zabić, ale lepiej dwóch, niż 20 milionów. Skoro ja mogłem się zmienić, to wy też możecie. Wszyscy mogą się zmienić – mówił po wszystkim „Włoski Ogier”, a chwilę później swoje cztery litery na loży honorowej podniosły nawet najważniejsze szychy z partii komunistycznej. Piękny obrazek, ale wiadomo, to tylko filmowa wariacja i manifest twórców, którzy widzieli Stany Zjednoczone w roli tych, którzy kończą trwającą dekady przepychankę.

Może to oklepane stwierdzenie, ale scenariusz do filmu „Rocky 4” – który został nakręcony w 1985 r. – napisało życie. Światowy sport właśnie wtedy był najbardziej przeorany przez konflikt ZSRR z Zachodem. Pięć lat wcześniej Stany Zjednoczone i 62 inne kraje zbojkotowały igrzyska olimpijskie w Moskwie, a zaledwie rok wcześniej w rewanżu dokładnie to samo w Los Angeles zrobili Sowieci. Lata 80. były toksycznym podsumowaniem zimnej wojny, która zmieniła także sport.

Ale jak to się zaczęło?

Chociaż przyjmuje się, że datą rozpoczęcia zimnej wojny jest rok 1946 r., to jednak w przypadku rywalizacji sportowej momentem granicznym jest rok 1952. A mówiąc dokładnie, igrzyska w Helsinkach. Wprawdzie krótko po zakończeniu wojny sowieckim drużynom zdarzało się już wyjeżdżać na Zachód, aby pokazać moc swojego sportu (jednym z pierwszych kontaktów było tournée piłkarzy Dynama Moskwa po Wielkiej Brytanii, gdzie grali m.in. z Arsenalem i Chelsea), to jednak pierwszy olimpijski występ tego kraju miał miejsce właśnie dopiero w Finlandii.

Reprezentacja ZSRR została wprawdzie zaproszona już do Londynu w 1948 r., ale Moskwa z tego nie skorzystała. Dlaczego? Z prostego powodu – kraj, który traktował sport w sposób propagandowy, zwyczajnie bał się kompromitacji. Dlatego podczas brytyjskich igrzysk jedynymi reprezentantami Związku Radzieckiego byli… specjalni wysłannicy (także agencji), których zadaniem było analizowanie wyników sportowych, a następnie zestawianie ich z tymi krajowymi.

Od 1948 r. Związek Radziecki czynił przygotowania do swojego olimpijskiego debiutu. W 1952 r. nadszedł czas na weryfikację ich skuteczności. Jak mówił przewodniczący Wszechzwiązkowego Komitetu ds. Kultury Fizycznej i Sportu Nikołaj Romanow, „kiedy zdecydowaliśmy się brać udział w międzynarodowych zawodach, byliśmy zmuszeni do zagwarantowania zwycięstw, inaczej „wolna” burżuazyjna prasa (zachodnia) obrzuciłaby błotem cały nasz naród i naszych sportowców… Żeby uzyskać zgodę na wyjazd na międzynarodowe zawody, musiałem wysłać specjalną notę do Stalina, gwarantując zwycięstwo” – pisał w książce „Sportowa wojna światowa” Michał Korbecki.

Nota do samego Stalina. Z gwarancją zwycięstwa. To była dopiero presja wyniku!

Sowieci pojechali do Helsinek, ale na miejscu nie mogli mieszkać razem ze sportowcami z krajów kapitalistycznych. Zostali więc zakwaterowani w domkach studenckich w miejscowości Otaniemi. Sportowcy z Europy wschodniej stacjonowali w lesie, gdzie nawet nie było obiektów treningowych, a ich siedziba była otoczona drutami kolczastymi. Kiedy czeski biegacz Emil Zatopek trenował w Käpylä, reporterzy zrobili z tego sensację, że bratał się z wrogiem. Sam debiut na igrzyskach był jednak dla ZSRR bardzo udany. W klasyfikacji medalowej Związek Radziecki zajął drugie miejsce za USA, zdobywając aż 71 medali (przy 76 Amerykanów).

Jednym z najbardziej symbolicznych pojedynków z tamtych igrzysk był bieg na 3000 m z przeszkodami. W finale do ostatnich metrów walczyli za sobą Władimir Kazancew i Amerykanin Horace Ashenfelter. Pierwszy z nich był z zawodu milicjantem, drugi agentem FBI… Ostatecznie minimalnie wygrał tajniak ze Stanów.

*

Sportowa rywalizacja Wschodu z Zachodem toczyła się oczywiście na wielu frontach, ale tym najważniejszym były wspomniane igrzyska olimpijskie. Projektowanie broni masowego rażenia czy rozwijanie programów kosmicznych, to były w czasach zimnej wojny pojedynki na odległość, a sport dawał jednak okazję do bezpośredniej konfrontacji. Chociaż Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznawał wówczas klasyfikacje medalowe za nieoficjalne, to tak w ZSRR jak i w USA traktowano je śmiertelnie poważnie. I w miarę potrzeb różnie je tam interpretowano. Kiedy jedno z państw przegrało, bo zgromadziło zbyt małą liczbę medali, zaczynano chociażby zliczać także miejsca punktowane i już zwycięstwo się zgadzało.

W okresie zimnowojennym rozegrano dziesięć letnich igrzysk i aż sześciokrotnie na szczycie klasyfikacji medalowej znalazł się Związek Radziecki (USA cztery razy). Każde zwycięstwo Sowietów było oczywiście mocno „pompowane” przez propagandę, która krytykowała sport w krajach zachodnich, określając go mianem zepsutego i burżuazyjnego. Ten w ZSRR miał pełnić z kolei oczywiście rolę narodową, scalającą obywateli. Związek Radziecki krytykował zawodowstwo, chociaż jak wiadomo sportowcy w tym kraju amatorami często byli tylko z nazwy. Najlepsi zajmowali na co dzień fikcyjne stanowiska, a w rzeczywistości zarabiali bardzo dobrze na sporcie.

Olimpijskie areny – zarówno letnie jak i zimowe – pamiętają wiele pasjonujących pojedynków Wschodu z Zachodem. Można je mnożyć, ale największą chyba legendą obrósł „Cud na lodzie”, a więc słynne zwycięstwo amerykańskich hokeistów nad ZSRR podczas igrzysk w Lake Placid w 1980 r. Międzynarodowa Federacja Hokeja na Lodzie uznała tamten mecz za najważniejsze wydarzenie w międzynarodowej historii dyscypliny, a w 2004 r. nakręcono film „Cud w Lake Placid”. Główną rolę zagrał w nim Kurt Russell, który wcielił się w postać trenera reprezentacji USA Herba Brooksa.

Związek Radziecki był murowanym faworytem tamtych igrzysk. Sowieci mieli bezapelacyjnie najlepszą pakę hokejową na świecie, czego dowodem było zdobycie aż pięciu złotych medali na sześciu wcześniejszych igrzyskach oraz seryjnie zdobywane mistrzostwo świata. Gracze ZSRR na papierze byli oczywiście amatorami, ale w rzeczywistości grali i trenowali przez cały rok za sowite wynagrodzenie. Mieli przewagę na każdym poziomie, a jakby tego było mało, to tuż przed rozpoczęciem igrzysk roznieśli Amerykanów w meczu towarzyskim w Nowym Jorku aż 10-3. Trzeba jednak przypomnieć, że drużyna USA nie składała się jeszcze z graczy NHL, ale zawodników ligi uniwersyteckiej. Tylko tacy mogli wziąć udział w igrzyskach. Presja pokonania gości ze Wschodu była jednak gigantyczna, dlatego sześciomiesięczne przygotowania olimpijskie studenciaków na uniwersytecie Minnesota kosztowały ponad milion dolarów.

Obie drużyny spotkały się w półfinale, który zakończył się sensacyjnym zwycięstwem gospodarzy 4:3. Co ciekawe, miliony Amerykanów śledziły mecz w radiu, ponieważ telewizja transmitowała spotkanie z dwugodzinnym poślizgiem. Transmisji słuchano nawet na okrętach wojennych w strefach pilnowanych przez wojska obu krajów. Amerykański admirał odbywający służbę na Oceanie Indyjskim był w takiej euforii, że aż nie mógł sobie odmówić uszczypliwości względem „ideologicznego wroga” i po zakończeniu meczu przetelegrafował na statek radziecki komunikat: „Hokejowy mecz olimpijski, USA-ZSRR 4:3”.

Tamten triumf dał amerykańskiej drużynie awans do finału, a w konsekwencji wymarzony złoty medal po zwycięstwie nad Finlandią. – Ci chłopcy są bohaterami – mówił prezydent Jimmy Carter, kiedy przyjął drużynę w Białym Domu.

A skoro jesteśmy już przy latach 80., nie można też zapomnieć o bojkotach najważniejszych imprez. Powodem bojkotu igrzysk w Moskwie w 1980 r. była zbrojna agresja Związku Radzieckiego na Afganistan, chociaż niektórzy historycy uważają, że i bez tego pretekstu Stany Zjednoczone nie wysłałyby tam swojej reprezentacji. Na to nie ma jednak dowodów, a wręcz przeciwnie. W tajnych do niedawna raportach CIA z lat 1978-1979, które analizowały przygotowania Sowietów do igrzysk, nie było nawet wzmianki o bojkocie. Czyli punktem zapalnym był jednak dopiero Afganistan. Za bojkotem poszły wówczas też sankcje gospodarcze, jakie Zachód nałożył na ZSRR. Zdaniem ekspertów, był to moment kulminacyjny, ponieważ zakończył czas odprężenia pomiędzy obozami, które nastało w latach 70.

Zbojkotowanie igrzysk w Moskwie przez demokratyczny Zachód oraz rewanż komunistów, którzy tak samo olali Los Angeles w 1984 r. to najsłynniejsze momenty, ale w historii zimnowojennego sportu takich odwetów było więcej. Wystarczy wspomnieć chociażby bojkot hokejowych mistrzostw świata w Moskwie w 1957 r., gdzie Kanada i USA nie wysłały swoich drużyn w odpowiedzi na sowiecką agresję na Węgrzech.

*

W ogóle warto nieco bardziej pochylić się nad hokejem, bo w całej palecie dyscyplin, ta była chyba najbardziej wykorzystywana politycznie. Owszem, wielkie emocje rozpalała chociażby rywalizacja koszykarzy ZSRR i USA, bo obie ekipy w finałach olimpijskich walczyły w latach 1952, 1956, 1960, 1964 i 1972 (legendarne „3 sekundy w Monachium”), ale to właśnie hokej był na politycznym piedestale.

Chociaż stosunki między ZSRR a Zachodem były bardzo napięte, to hokeiści Związku Radzieckiego stosunkowo często rywalizowali z Amerykanami i Kanadyjczykami. Najczęściej były to mecze pokazowe z gwiazdami NHL, Puchar Kanady oraz Summit Series. Tą ostatnią imprezę, w której Sowieci rywalizowali z Kanadyjczykami, zorganizowano w latach 1972 i 1974. Seria odbywała się na tej zasadzie, że pierwsze cztery mecze rozgrywano za oceanem, a kolejne cztery w Moskwie. I dla graczy obu drużyn były to naprawdę nietypowe wycieczki.

Kanadyjscy hokeiści wspominali, że autentycznie trzęsły im się nogi na myśl o wyjeździe za żelazną kurtynę. Obawy nie były bezpodstawne, ponieważ na miejscu wszędzie paradowali panowie z karabinami, a gracze byli inwigilowani (mieli m.in. podsłuchy założone w pokojach hotelowych). Były też głuche telefony w środku nocy. Po jednym z takich cała drużyna musiała uciekać z hotelu, bo puszczono plotkę o podłożonej bombie. Sztab kadry Kanady nie ufał gospodarzom do tego stopnia, że nawet unikano tamtejszego żarcia. Żeby zapobiec „atakowi spożywczemu”, zamówiono jedzenie z… Finlandii. Dokładnie było to prawie 400 steków oraz po 350 butelek mleka, napojów i piwa.

Pierwszą edycję Summit Series wygrała Kanada, drugą Związek Radziecki.

Tak o atmosferze tamtych lat mówił uważany za najlepszego hokeistę świata Wayne Gretzky: – Kanadyjczycy, którzy grali w 1972 i 1974 r., uważali, że choć media i kibice zaszufladkowali ich jako złośliwych i grających nie fair, to Rosjanie byli jeszcze gorsi. Niby się nie bili, ale świetnie „pracowali” za to kijami. Byli twardzi, wredni i chcieli wygrać tak samo, albo i bardziej niż my. Dla nich była to kwestia przetrwania. Dziś lepiej możemy wyobrazić sobie życie, jakie wiedli w sidłach komunizmu. Aby zrobić karierę, zawodnicy musieli grać w zwycięskiej drużynie. Jeśli zespół zdobył mistrzostwo lub olimpijskie złoto, dostawali nowe samochody, lepsze mieszkania dla rodzin, czasami dodatkowy tydzień urlopu w trakcie sezonu. Nieważne, czy był to hokej na lodzie, halowy, na trawie, czy piłka nożna – musieli odnosić sukcesy i przynieść ojczyźnie chlubę. Gordie Howe nienawidził Rosjan. Phil Esposito również ostro wypowiadał się na temat tego narodu. Ale kiedy pięć lat temu udaliśmy się do Rosji z drużynami z tamtych lat na imprezę charytatywną, dało się zauważyć więź, jaką Esposito, bramkarz Trietjak i Aleksandr Jakuszew wypracowali przez te 40 lat. To był wyjątkowy widok.

To zresztą bardzo ciekawa strona tamtej hokejowej rywalizacji. Mimo toczącej się zimnej wojny, gracze ZSRR, Kanady i USA nie zawsze jednak na siebie warczeli. W czasach odwilży, kiedy stosunki między Wschodem a Zachodem były mniej napięte, nawiązywane były nawet sportowe przyjaźnie. W pewnym momencie po prostu jedni zauważyli, że drudzy tak samo jak oni lubią wypić po meczu piwo i pogadać o dziewczynach. Nawet wspomniany Wayne Gretzky wspominał, że w latach 80. zdarzyło mu się żłopać browar na grillu wraz z graczami Związku Radzieckiego. A ci podczas imprezy wręcz prosili go, żeby opowiedział im o NHL i co muszą zrobić, żeby do niej trafić.

Na to trzeba było jednak trochę poczekać. Pierwszy poważniejszy zaciąg hokeistów ZSRR do NHL miał miejsce dopiero pod koniec lat 80., a więc już w okresie pieriestrojki. Radziecki sport musiał powoli zacząć utrzymywać się sam, dlatego Radziecka Federacja Hokejowa podjęła decyzję o sprzedaży graczy za kilka milionów dolarów.

*

Ale co ciekawe, w okresie zimnej wojny sport nie zawsze był dla komunistycznego Wschodu i demokratycznego Zachodu wyłącznie narzędziem do walki politycznej. Może trudno w to uwierzyć, ale były momenty, kiedy rywalizacja sportowa była sposobem na zbliżenie do siebie skonfliktowanych krajów i nawiązanie kontaktów dyplomatycznych. Taką hipotezę wysuwa Michał Korbecki, autor wspomnianej już książki „Sportowa wojna światowa”.

W okresie zimnej wojny sport służył nie tylko do przenoszenia na bezkrwawy grunt rywalizacji ideologicznej. Niejednokrotnie służył nawiązywaniu dialogu między państwami z pozoru sobie wrogimi – pisze Korbecki, przypominając, że na przykład amerykańsko-sowieckie spotkania sportowe organizowane w latach 1958-1966 naprzemiennie w ZSRR i USA, nie były elementem rywalizacji zimnowojennej. – Wręcz przeciwnie, można je uznać za element dialogu między Wschodem i Zachodem, a jedno z letnich spotkań sportowych w Filadelfii dało podwaliny pod wizytę Nikity Chruszczowa w USA jesienią 1959 r.

Tamten przyjazd sekretarza generalnego partii komunistycznej do Stanów był wielkim wydarzeniem. Nikita, oprócz spotkania z prezydentem Eisenhowerem, dyskusji o światowym bezpieczeństwie i spotkań ze związkami zawodowymi, znalazł też czas na wizytę w Hollywood, oglądanie komputerów w siedzibie IBM, a nawet skosztowanie słynnego amerykańskiego hamburgera.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
komentujacy

„Każde zwycięstwo Sowietów było oczywiście mocno „pompowane” przez propagandę, która krytykowała sport w krajach zachodnich, określając go mianem zepsutego i burżuazyjnego. Ten w ZSRR miał pełnić z kolei oczywiście rolę narodową, scalającą obywateli.” – zepsuty zachód i narodowa duma. Skądś znam takie chasła. Pewna partia mogłaby się pod nimi pod PiSać. Widać, ze sięgają do xródeł, na jakich się wychowali i jakie wspominaja z sentymentem.

JebediahKerman

Jak można nazywać ZSRR potęgą w hokeju skoro z artykułu wynika, że nawet głębokie rezerwy USA ograły ich 4:3. Czyli kadra NHL mogłaby ich tam rozjechać znacznie bardziej okazałym wynikiem.

wpDiscuz

INNE SPORTY