Najbardziej ludzki z bogów (2)
Blogi i felietony

Najbardziej ludzki z bogów (2)

Kodżiro Hyuga, główny wróg cukierkowego Tsubasy Ozory, bardzo długo jest opierającym swoją grę na czystej sile, antypatycznym i sadystycznym brutalem. Dopiero potem poznajemy jego smutną historię, jego sytuację rodzinną, jego braterskie przywiązanie do Takeshiego i całe tło, które stawia postać w zupełnie innym świetle. Darth Vader to też początkowo jedynie uosobienie zła, bezlitosny bandyta i zagrożenie dla całej galaktyki. Później dowiadujemy się, że wszystkie niegodziwości, które popełnił, wynikały wyłącznie z jego szaleńczej miłości do matki i żony. A gdy zdejmuje swą słynną maskę, znów widzimy naiwnego małego chłopca, który zawsze szedł za głosem serca, czasem pchającym go po prostu w ślepe uliczki. Już pominę Snape’a czy tego strasznego dziadka z filmu „Kevin sam w domu” oraz setki komiksowych postaci z Dżokerem na czele.

Tak to już jest, że jako istoty dość ułomne, słabe, często brzydkie, niezbyt mądre, mściwe, pełne zazdrości, lenistwa i gniewu, w kinach czy książkach spotykamy się z przekazem sformatowanym właśnie pod nas. Dostajemy bohatera białego, w którym możemy zakochać się od pierwszej chwili. Dostajemy dotkniętego iskrą bożą geniusza, samorodny talent, sprytnego, uroczego i wygadanego gościa, którego chcielibyśmy mieć za syna, ojca, ewentualnie szwagra. Ale dla równowagi, dostajemy też kogoś bardziej ludzkiego. Zagubionego. Słabego. Irytującego specyficznymi nawykami, albo zaniedbanego, albo wręcz odwrotnie, przesadnie dbającego o swój wizerunek. Obok słodziutkiej jak uśmieszki Putina i Infantino postaci głównej, dostajemy jej błądzącego rywala.

Rywala, który często z czasem zyskuje więcej fanów niż jednowymiarowy i oczywisty główny bohater.

Nie, nie mam zamiaru wpadać w narrację o tym, że Cristiano Ronaldo zaczyna udowadniać swoją wyższość nad Leo Messim. Nie, to nie ma być tekst przypominający o triumfie w Mistrzostwach Europy, o tym jak pod jego wodzą Portugalia przeszła kolejne eliminacje, o tym jak ciągnie wózek przez kolejny wielki turniej, raz jeszcze odgrywając główną rolę. Nie, to nie ma być porównanie otoczonego Di Marią, Higuainem, Dybalą i całą stertą innych gwiazd Leo Messiego do reprezentacyjnie dość samotnego Cristiano Ronaldo. Nie, nie padną w tym tekście żadne argumenty za przyznaniem kolejnej Złotej Piłki portugalskiemu fenomenowi, nie będę też nikogo przekonywał, że CR7 w którymkolwiek momencie swojej kariery był mocniejszy od Messiego.

Jako wierny nienawistnik argentyńskiego boga futbolu i wierny fan Cristiano Ronaldo muszę przyznać, że porównania w tak wielkiej dla CR chwili mogą jednie zepsuć atmosferę wielkiego święta, zmącić nastrój wątpliwościami, czy za moment Messi znów nie przebije wyczynu Portugalczyka, tak jak wielokrotnie czynił to w lidze hiszpańskiej.

Nie warto dziś debatować, dziś warto wyłącznie się zachwycać.

Cristiano Ronaldo raz jeszcze zaprezentował poziom zarezerwowany wyłącznie dla piłkarskich bogów. Wrzucenie na swoje barki całej reprezentacji Portugalii podczas najbardziej prestiżowego turnieju świata, w pierwszym rozgrywanym meczu i to w dodatku przeciw jednemu z faworytów całej imprezy. Trzy gole, każdy po zaprezentowaniu innego zagrania z całego wachlarza umiejętności. Drybling? Proszę bardzo, to dzięki niemu udało się wywalczyć rzut karny. Pewność siebie, spokój, konsekwencja? Wszystko potwierdzone jakością uderzenia z jedenastu metrów. Szybkość reakcji, siła, refleks? Uderzenie z dystansu w momencie, gdy niejeden piłkarz zastanawiałby się nad podaniem, dryblingiem, szukaniem kwadratowych jaj i świecących grzybów. Zatwierdzone. No i wreszcie ten ostatni gol. Rzut wolny. Stały fragment gry, który Ronaldo marnował tysiąc razy, często wpadając wręcz w katastrofalne serie kolejnych uderzeń prosto w mur bądź wysoko nad bramką.

To w tym okresie, w okresie regularnego zawalania strzałów z wolnych, jego wszystkie rytuały wyglądały najbardziej groteskowo. Wyliczony rozbieg. Głębokie oddechy. Rozstawione nogi, wyprostowane ręce. Niemal religijna dokładność w obrządku, pełne skupienie, budowanie napięcia, jebudu w mur.

Trudno było się nie uśmiechnąć, nawet będąc wyznawcą talentu czarodzieja z Funchal.

Ale dzisiaj znowu odprawił te wszystkie rytuały, znowu podciągnął gacie w iście parodystyczny sposób, po czym uciszył jednym strzałem całą Hiszpanię i pewnie gdzieś z połowę piłkarskiego świata, bo mniej więcej tyle ma go za przereklamowanego i metroseksualnego symulanta z przerośniętym ego.

Może stąd ta sympatia właśnie do Ronaldo? Inni członkowie tego panteonu największych gwiazd, do którego w porywach można zaliczyć ze czterech sportowców w historii, wydają się być chodzącymi pomnikami. Messi, ale i Jordan, albo inny LeBron? To trochę jak kibicowanie Strusiowi Pędziwiatrowi w kolejnych starciach z Kojotem. Okej, ich się prawdopodobnie nie da nie lubić, chodzące ideały, zarówno na boisku, jak i poza nim. W miejscach, gdzie mają mniejsze czy większe niedostatki, doskonale maskuje ich sztab wizerunkowców. Szukasz wad, jakichkolwiek punktów zaczepienia, ale ich nie znajdujesz. Pomnik z brązu nawet nie drgnie, pozłacana powłoka jest wyjątkowo szczelna.

Z jednej strony więc nie sposób im nie kibicować, z drugiej… Nie wiem, mnie nie sposób się z nimi identyfikować.

Z Cristiano Ronaldo jest zupełnie inaczej. Z całej tej plejady gwiazd, z całego topu sportowych bogów, ten wydaje się najbardziej ludzki. Pośród wszystkich Zeusów i Posejdonów, on jest jakimś fikuśnym bożkiem, który często kompromituje się czysto ludzkimi zagrywkami. Gimnastykuje się na wszystkie sposoby ze stawaniem na palcach włącznie, byle lepiej wypaść na fotce. W przezabawny sposób wścieka się po błędach partnerów. Opowiada w filmach dokumentalnych o swojej fortunie i flocie samochodowej, irytuje przerysowanymi kreacjami, nadmierną dbałością o stan swojej fryzury, nawet poziomem wybielenia zębów czy kolorem opalenizny.

Tak jak każdy z nas wydaje się dość nieporadnie walczyć z pychą. Tak jak każdy z nas wydaje się dość nieporadnie walczyć z zazdrością. Z gniewem. Z kompleksami, których można dostać śledząc kolejne ruchy Messiego. Czasem pewnie przegrywa, to wtedy w wieczór trzeciego zwycięstwa w Lidze Mistrzów z rzędu zaczyna kampanię pod tytułem: „podwyżka”. Czasem pewnie przez te porażki zyskuje nowe rzesze nieprzejednanych wrogów.

Ale czy przez to nie jest nam bliższy? Cristiano Ronaldo, jedyny pomnik z brązu, który bywa równie głupi jak my. Równie nieporadny jak my. Równie pierdołowaty jak my.

Cristiano Ronaldo, jedyny z panteonu gwiazd, który przejmuje się tym, jak zaprezentują się jego zęby na przypadkowym selfiku z fanem.

Cristiano Ronaldo.

Najbardziej ludzki z piłkarskich bogów.

Fajnie jest żyć w jego czasach, przegrywać z nim, czasem taśmowo i boleśnie. Ale potem znów razem z nim wygrywać, w tak wyczesanym stylu jak wczoraj.

JAKUB OLKIEWICZ

Pierwszy odcinek mundialowego bloga JO – w tym miejscu.