Dwa koła, szesnaście lat, dwieście na godzinę. Daniel Blin szaleje na motocyklu
Inne sporty

Dwa koła, szesnaście lat, dwieście na godzinę. Daniel Blin szaleje na motocyklu

Rok 2006. Robert Kubica debiutuje w Formule 1, a cała Polska masowo rzuca się przed telewizory w każdą niedzielę, w którą odbywały się wyścigi z ówczesnym kierowcą BMW Sauber. F1 naturalnie zapełnia letnie weekendy, gdy w telewizji brak skoków, które nakręcają nasz kraj zimą. Możliwe, że za sprawą Daniela Blina za kilka lat będziemy tak oglądać MotoGP.

Wyścigi motocykli – choć równie widowiskowe – w naszym kraju są zdecydowanie mniej popularne niż te, w których rolę główną odgrywają bolidy. Jasne, pewnie każdy słyszał o Valentino Rossim, Jorge Lorenzo czy Marcu Márquezie, ale ile osób zadeklarowałoby, że regularnie śledzi ich zmagania? Zapewne stosunkowo niewiele. Tym bardziej zaskakuje, że trafił nam się w Polsce taki talent.

Gdzie zerkać?

W tym sezonie Daniel wystartuje w mistrzostwach Włoch i mistrzostwach świata. Do udziału w tych drugich został zaproszony – dostał dziką kartę na dwa pierwsze wyścigi, zresztą nie po raz pierwszy. A ma zaledwie 16 lat i stosunkowo niewielkie – w porównaniu do rywali – doświadczenie. Tu musimy się zatrzymać i wytłumaczyć: MŚ o których piszemy, to nie te z serii MotoGP, a World Supersport 300. Jaka jest różnica?

Dawid Kulig, „Przegląd Sportowy”:

– MotoGP i wszystkie trzy klasy tej serii  to kompletnie inna bajka. Zawodnicy ścigają się tam na prototypach konstruowanych w fabrykach tylko pod kątem wyścigów. W przypadku całej serii World Superbike, w skład której wchodzą wyścigi „trzysetek” –  są motocykle produkcyjne, drogowe. Takie jest założenie ze względu na minimalizację budżetu i ułatwienie dostępu młodym do świata wyścigów. Żeby nie wdawać się w zbędne szczegóły techniczne: można to uprościć do ścigania się na motocyklu o określonych parametrach, dostępnym do kupienia w sklepie.

Nie oznacza to jednak, że stawka w Supersport jest słaba, wręcz przeciwnie. Aktualnie to seria, która z jednej strony stanowi pomost dla młodych – takich jak Daniel – mogący „przenieść” ich wyżej, a z drugiej miejsce dla tych, którym brakowało środków, by jeździć w Moto3 (najniższej klasie z przyległych do MotoGP) i swoich sił będą próbować właśnie tam, przynosząc ze sobą doświadczenie z jazdy z naprawdę dobrymi rywalami.

Jeśli chodzi o mistrzostwa Włoch, to warto zwrócić uwagę na ich „zagęszczenie”. W tym roku stawka będzie wyjątkowo napakowana – zgłoszonych jest ok. 50 zawodników, co powoduje, że miejsca na torze jest mało i trzeba naprawdę się postarać, by dojechać na wysokiej pozycji. Tu liczy się spryt, technika i umiejętności. Choć tam Daniel rywalizować będzie głównie z równymi sobie, większość ze zgłoszonych to młodzieżowcy.

Adam Badziak, komentator Polsatu Sport, były motocyklowy mistrz Polski:

Plany były takie, by Daniel jeździł w mistrzostwach świata, ale miejsca tam były zarezerwowane już pod koniec zeszłego roku. Coś trzeba było zrobić, padło na te mistrzostwa Włoch, które są naprawdę konkurencyjne, jest wysoki poziom. W teorii Daniel cały sezon ma jeździć we Włoszech, ale na pewno będzie walka o te dzikie karty. Na razie dostał dwie i, przyznam szczerze, jestem bardzo optymistycznie nastawiony, bo nie sądziłem, że otrzyma dzikie karty na tak trudne wyścigi, jak ten w Hiszpanii, gdzie gospodarzy jest mnóstwo i każdy chciałby tam wystąpić z dziką kartą, a miejsc jest mało. Podobnie w Holandii. To znaczy, że jego zeszłoroczny wynik został dostrzeżony.

Niespodzianka!

Jeśli do tej pory nie słyszeliście o Danielu, to nie martwcie się, nie jesteście wyjątkami. Po prostu kariera młodego Polaka trwa naprawdę krótko. Wszystko zaczęło się w roku 2015, zresztą na początku od amatorskiej jazdy na pit bike’ach. To takie małe, zwrotne motocykle, które zwykle wykorzystuje się to jazdy w terenie.

Daniel Blin:

Dopiero po jakimś czasie spróbowałem założyć do swojego pit bike’a koła na asfalt i po nim pojeździć. Wpadliśmy na pomysł, by pojechać do hiszpańskiej szkoły KSB, jednej z najlepszych na świecie, która uczy techniki jazdy [chodzi o jazdę na kolanie – przyp. red.]. Byłem tam dwa tygodnie, od tego się tak naprawdę wszystko zaczęło. Tam nauczyłem się tej techniki, której używam teraz. Gdyby nie ten wyjazd, prawdopodobnie nie jeździłbym w ogóle.

Przesiadka z pit bike’a na większą maszynę nie stanowiła problemu. Wszystko, co wypracowane na malutkim crossie, okazało się bardzo przydatne czy to na „seryjniaku”, czy też na prototypie, bo i na takim Blin miał już okazję pojeździć. Co ciekawe, w to wszystko nie wtrącali się rodzice – jak mówi sam Daniel, nie mieli zbyt wielkiego wpływu na jego decyzję o spróbowaniu swych sił na torze. My taką postawę niezmiennie szanujemy.

Tyle razy na tych pit bike’ach się przewracałem, tyle trenowałem, że, gdy przesiadłem się na motocykl sportowy, nie miałem problemów z przystosowaniem się do warunków jazdy. Wystarczy kilka dni, by przyzwyczaić się do troszkę innej pozycji. Poza tym czułem się jak ryba w wodzie. Oczywiście prędkości były większe, ale i tory się takie zrobiły. Na dużym, szerokim torze ta prędkość odczuwana jest nieco inaczej.

Zresztą, kto jak kto, ale to sam zawodnik wie, jak najlepiej zadbać o swoje bezpieczeństwo, bo, jak się zapewne domyślacie, to z tym rodzice mają zwykle największy problem. Daniel nie jest tu wyjątkiem, mimo młodego wieku zdaje sobie sprawę z zagrożeń. Zresztą, pochodzi z Torunia i mimo propozycji zrezygnował z możliwości trenowania żużla. Niech to mówi samo za siebie.

Miałem kilka ofert, żeby spróbować pojeździć na takim motocyklu, ale zawsze wolałem asfalt. Sądzę, że to dużo bezpieczniejsze. W żużlu bandy są bardzo blisko i każdy błąd może skutkować zderzeniem. Na torach wyścigowych są specjalne strefy bezpieczeństwa, gdzie ma się kilkadziesiąt metrów żwiru, który wszystko wyhamowuje.

Z naszej perspektywy jazda niemal 200 kilometrów na godzinę też nie jest specjalnie bezpieczna. Ale chyba Daniel wie jednak lepiej.

Rookies Cup

Każdego października, od 2007 roku, odbywają się eliminacje do Red Bull Rookies Cup. To przepustka dla młodych, zdolnych zawodników, mających maksymalnie szesnaście lat, do serii wyścigów spod tego szyldu, a później – do świata Moto3. Trafiają tam najlepsi z każdego roku, a już kilku z nich wygrywało nie tylko wyścigi, ale i klasyfikację generalną. Johann Zarco, zwycięzca pierwszej edycji, zadebiutował też w MotoGP.

I tam właśnie, w eliminacjach, dwukrotnie stawił się Daniel. Za pierwszym razem pojechał – jak sam przyznaje – tylko po doświadczenie. Samo zaproszenie dostał m.in. za dobre wyniki w jeździe na pit bike’ach. Na prototypowy motocykl (pamiętacie jeszcze, co to oznacza, prawda?) wsiadł po raz pierwszy w życiu, na większa maszynę po raz drugi. Oczywistym było, że na awans do dalszej fazy nie ma co liczyć. Tym bardziej, że natknął się jeszcze na jeden problem – odwróconą skrzynię biegów.

Biegi wbijało się w drugą stronę. W wyścigach, np. na zakręcie, dużo łatwiej jest wbić wyższy bieg, ruszając dźwignią na dół, nie wkładając stopy pod dźwignię, bo mogłoby się to skończyć kolizją. W pit bike’u, na którym jeździłem, biegi zawsze były wbijane do góry. Kiedy pojechałem na Rookies Cup, to dopiero przed samą sesją uświadomiłem sobie, że skrzynia jest odwrócona. To był spory problem. Jeśli codziennie jeździ się inaczej, trudno w piętnaście minut przyzwyczaić się do innych ustawień.

Niezależnie od wyniku, sam przyjazd do Hiszpanii był dla niego dużym wydarzeniem, bo po prostu nie spodziewał się, że może zostać zaproszony. Procedura w skrócie wygląda tak, że setki dzieciaków z całego świata wysyłają zgłoszenia, które bardzo szczegółowo opisują ich osiągnięcia, styl jazdy i inne takie, a organizatorzy wybierają nieco ponad stu, którzy będą mogli się tam zjawić. W 2017 Daniel zrobił to po raz drugi i wszystko poszło już znacznie lepiej.

Dostałem się do finałowego dnia, gdzie kwalifikuje się 40 zawodników. Tam, w ostatniej sesji, trafiłem na pechowy motocykl. Po trzech dniach te motocykle są dosyć „zmęczone” i mój miał małą awarię – nie było w nim tylnego hamulca, który jest bardzo ważny w wykręceniu dobrego czasu, gdy próbuje się urywać setne sekundy. To spowodowało, że nadużywałem przedniego, w końcu się zresztą wywróciłem. Choć i tak nie przez to się nie dostałem, po prostu czasy nie były wystarczająco dobre.

2017

Poza ponownym udziałem w Rookies Cup, Daniel w roku 2017 pojeździł na naprawdę wysokim poziomie. I nie ma w tym żadnej przesady czy kurtuazji. Gdybyśmy mieli to opisać najkrócej jak się da, napisalibyśmy: wygrał wszystko. Jeśli wolicie dłuższą wersję, to znajdziecie ją w kolejnych akapitach.

W Pucharze Polski wyraźnie odstawał od reszty stawki. W pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo większość rywali po prostu dublował. Równie dobrze szło mu w Pucharze Europy Alpe Adria. Debiut, zresztą w naszym kraju, niespodziewanie wygrał. Później poszedł za ciosem. Dosłownie, bo na osiem wyścigów, siedem padło jego łupem. W tym jednym, w którym nie stanął na najwyższym stopniu podium, nie miał na to szans – został wykluczony za kolizję z innym zawodnikiem.

Jechaliśmy wtedy dosyć dużą grupą zawodników. Wychodziliśmy właśnie na prostą startowa, miałem większą prędkość wychodząc z zakrętu i wyprzedzając zawodników. Gdy już to praktycznie zrobiłem, nieco za szybko zmieniłem pas jazdy i moim tylnym kołem zahaczyłem o przednie koło motocykla Petera Kacaby. Niestety doszło do kolizji, a ja zostałem wykluczony z wyścigu.

Tak znakomite wyniki pozwoliły mu na start w mistrzostwach świata. Na tej samej zasadzie, co w tym sezonie – dzięki dzikiej karcie. Tam zajął miejsca w środku stawki, co było naprawdę dobrym osiągnięciem, zważywszy na jego wiek i doświadczenie.

Jest duża różnica w poziomie, w Pucharze Europy było trzech-czterech zawodników, z którymi można było porywalizować. W mistrzostwach świata takich zawodników jest… w sumie cała stawka. To już poziom najwyższy z najwyższych. Zupełnie inna atmosfera jest też w padoku. W grę wchodzą inne pieniądze, na każdym rogu stoją piętrowe ciężarówki, bardziej przypominające ekskluzywne domy, więc robi to wrażenie.

Adam Badziak:

Jeśli chodzi o mistrzostwa świata, to przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że tam są zawodnicy w podobnym wieku jak on, ale to są chłopcy i dziewczęta, którzy mają za sobą przynajmniej pięć lat ścigania się w konkurencyjnych zawodach. To jest ich przewaga nad Danielem. Chociaż to chyba rzecz, która najbardziej mnie zaskoczyła w Danielu w zeszłym roku – on nieprawdopodobnie szybko uczy się dostosowywania do trudnych sytuacji. Gdy na mistrzostwach wrzucono go w stawkę ponad trzydziestu zawodników, był w stanie dojechać w środku. Co znaczy, że zostawił za sobą piętnastu chłopaków, którzy jeździli tam na co dzień przez cały sezon. Natomiast niektórzy mogą być pobudzeni tym dobrym wynikiem i teraz będą oczekiwali wysokich lokat. To będzie bardzo trudna sprawa. W tej klasie jest nieprawdopodobna rywalizacja, zawodnik potrafi wygrać wyścig, a w kolejnym nie zdobyć punktów. Niewielkie różnice, dużo chaosu i walki, bo to młodzi chłopcy. Punkty będą absolutnym sukcesem.

A sam Daniel? Może i jest zaskoczony tym, jak wysoko zaszedł, w tak krótkim czasie, ale mówi wprost:

To wszystko bardzo szybko się potoczyło i momentami trudno mi to ogarnąć, ale zawsze skupiałem się głównie na tym, by jak najlepiej pojechać i dojeżdżać na pierwszym miejscu. Tak wyszło, że jestem tu gdzie jestem i zobaczymy, jak to dalej pójdzie. Jeśli chodzi o oczekiwania, to mam tylko nadzieję, że będzie po prostu bardzo dobra zabawa.

Polska

To wszystko brzmi naprawdę cukierkowo i słodko, prawda? No to teraz będzie nieco inaczej, bo napiszemy o tym, co może przeszkodzić Danielowi w karierze. Wiemy, że to zabrzmi źle, ale po pierwsze – fakt, że jest Polakiem.

Gdybyśmy mieli wymieniać polskie sukcesy w międzynarodowych wyścigach motocyklowych, to nie byłaby to specjalnie długa lista. Jasne, mieliśmy kilku niezłych zawodników, ale żaden z nich nie zdołał osiągnąć niczego naprawdę znaczącego w tej dyscyplinie. Podobnie jest z imprezami organizowanymi w naszym kraju – trudno wskazać takie, które naprawdę by się w świecie liczyły. Zresztą jeszcze trudniej oczekiwać, że jakieś się w naszym kraju zjawią, skoro na wyścigi rangi mistrzostw kraju przychodzą głównie… rodziny zawodników.

Daniel Blin:

Myślę, że można mówić, że nie jest to sport popularny, bo tak to po prostu wygląda. To też kwestia tego, że pieniądze potrzebne do jazdy na takim motocyklu są naprawdę duże. Opony, paliwo, to wszystko czyni ten sport mało przystępnym, a sponsorów naprawdę trudno znaleźć. Gdyby podejść do kogoś na ulicy i spytać go o wyścigi motocyklowe w Polsce – gdzie to się odbywa i o co w tym chodzi – to pewnie nikt by nie wiedział. Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni.

Tak naprawdę jedyny tor nadający się do jazdy na „pełnoprawnych” maszynach – takich, na jakich startuje Daniel, znajduje się w Poznaniu. Google Maps informują, że jazda na trasie Toruń-Poznań to ponad dwie godziny. W jedną stronę. A to wersja bez korków i remontów, które w naszym kraju – nie ukrywajmy – są częste. Dodajmy do tego warunki atmosferyczne, czyli po prostu zimę. Mróz, lód i śnieg powodują, że jeździć się nie da. Jeśli kiedykolwiek dziwiła was włosko-hiszpańska dominacja w ostatnich dwóch dekadach MotoGP, to może przestać. To jeden z głównych powodów. O drugim niech odpowie sam Daniel:

Warunki w Polsce są trudne. Trzeba długo czekać, żeby pierwszy raz wyjechać na tor. Nie ma też wielu torów, jest kilka kartingowych, ale jeśli chodzi o duże, na których jeżdżę na co dzień moją Yamahą, to jest tylko ten poznański. Często trzeba wyjeżdżać, szczególnie zimą. Niedawno wróciłem z dziesięciodniowych treningów w Hiszpanii, na trzech torach. Tam są warunki, można trenować cały rok. Tam tak naprawdę tor nadający się do jazdy większym motocyklem znajdziemy w każdej wsi.

Finanse

Druga sprawa, najważniejsza: pieniążki. Mimochodem wspomniane kilkukrotnie, ale trzeba to zaznaczyć jasno: bez kasy w tym sporcie wiele się nie osiągnie. To sytuacja podobna jak w Formule 1 – może i Robert Kubica jest dużo lepszym kierowcą, ale to Siergiej Sirotkin ma za sobą sponsorów, którzy wykładają dolary, funty czy inne euro. I to on jeździ w wyścigach. Choć w MotoGP i tak wygląda to lepiej, bo biedny, ale utalentowany chłopak z Hiszpanii pewnie i tak się przebije. Gorzej ma za to – jak już wspominaliśmy – chłopak z Polski.

Daniela ratuje to, że jest naprawdę utalentowany, więc trafiają się sponsorzy, którzy liczą, że inwestycja w takiego zawodnika im się opłaci. Ale na dłuższą metę trudno oczekiwać, że to zadziała, jeśli nie zacznie osiągać jeszcze większych sukcesów, a jego rozwój się zahamuje, to brak pieniędzy może okazać się poważnym problemem. Liczymy, że będzie inaczej, ale musimy zakładać i taki scenariusz.

Adam Badziak:

– To jest po prostu bardzo drogi sport, niektórzy mówią, że wręcz elitarny. Trudno liczyć na wsparcie ze strony Polskiego Związku Motorowego czy państwa. W latach 90. był prywatny promotor, firma Polonia Cup, która wyłożyła środki, zrobiła fajną robotę i dała podłoże dla klas amatorskich. Przez to znalazło się wielu zawodników takich jak Paweł Szkopek, który do dziś jeździ w mistrzostwach świata. Jeśli coś takiego się nie zepnie, to ja nie widzę wielkich szans na rozwój sportów motocyklowych. Oczywiście, powstają małe tory, to też ważna kwestia. Jak w skokach narciarskich, gdzie potrzeba wielu małych skoczni, a nie jednej wielkiej, żeby znalazły się talenty. Może z nich się coś urodzi, ale to też należałoby raczej przeprowadzić systemowo, a to jest bardzo trudne do zrobienia. Jednak trzeba być optymistycznie nastawionym, że coś się uda.

Kto wie, może to właśnie występy Daniela Blina będą pierwszym impulsem dla sponsorów, by poważniej zainwestować w motocykle?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube.com

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz