Po rekordzie byłem roztrzęsiony
Inne sporty

Po rekordzie byłem roztrzęsiony

Miałem wiele momentów, kiedy chciałem się poddać. Brakowało kasy na treningi, suplementy, nawet na zwykłe życie, rachunki, opłacenie mieszkania. Bywało bardzo ciężko – opowiada Karol Zalewski, czyli jedna czwarta złotej sztafety 4×400, która w Birmingham sensacyjnie pobiła halowy rekord świata.

***

Co robiliście, kiedy po biegu wróciliście do hotelu? Bo chyba nie poszliście od razu grzecznie spać.

Szczerze mówiąc, to usiedliśmy i na spokojnie obejrzeliśmy nagranie. Chcieliśmy zobaczyć, jak ten bieg wyglądał z boku. Chociaż nie można powiedzieć, że analizowaliśmy błędy, bo takich po prostu nie było, wszystko od początku do końca wyszło nam idealnie. Zanim się ogarnęliśmy, wykąpaliśmy i wypiliśmy symboliczną lampkę szampana, była już 23. Przeszliśmy się jeszcze na bankiet przygotowany przez organizatorów, ale nie posiedzieliśmy tam długo, bo po 7 mieliśmy już wyjazd na lotnisko. Czyli świętowania jako takiego nawet nie było.

Kiedy wyświetlacz w hali pokazał rekord świata, byliście w szoku. Długo was trzymało?

Byliśmy otępiali nie tylko zaraz po biegu, ale jeszcze na bankiecie i w drodze do domu. Mnie trzymało chyba ze dwa-trzy dni. Przez ten czas byłem cały roztrzęsiony, nie wiedziałem do końca co tak naprawdę się stało i że było to tak ogromne osiągnięcie.

Mówiliście, że przed finałem nawet nie pamiętaliście, ile dokładnie wynosił aktualny rekord świata. No proszę…

To nie była żadna kurtuazja, my naprawdę nawet przez chwilę nie myśleliśmy, że możemy pobić rekord. Nastawialiśmy się na pokonanie Belgów, którzy zaskoczyli nas na mistrzostwach Europy w Pradze. Chcieliśmy odeprzeć ich atak, bo wiedzieliśmy, że żaden z nich nie biegał indywidualnie, szykując się wyłącznie na sztafetę. Tuż po biegu naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, że pobiliśmy rekord świata. Kiedy podbiegł do mnie Łukasz Krawczuk krzycząc, że mamy rekord, widząc wynik na tablicy nie wiedziałem, czy pobiliśmy go o jedną dziesiątą sekundy, czy więcej.

Jak wyglądały ostatnie godziny, minuty przed finałem? Jak się mobilizowaliście?

Niektórzy rozdawali medale jeszcze przed bieganiem, ale nam to się nie podobało. Po prostu nie chcieliśmy słyszeć takich rzeczy przed biegiem. Ja byłem przede wszystkim skupiony na tym, żeby na pierwszej zmianie nie popełnić błędu. Począwszy od startu z pałeczką, bo taki początek po wirażu nie jest łatwy. Pamiętajmy, że bieżnia w hali jest nachylona, przez co jeden bark jest niżej od drugiego i mając pecha, można niefortunnie zahaczyć kolanem o pałeczkę sztafetową. Druga sprawa – na którą sędziowie zawsze bardzo zwracają uwagę – to nieprzekraczanie linii. A to również było trudne, bo hala w Birmingham jest wyprofilowana w ten sposób, że rzeczywiście łatwo tam „spaść” z wirażu do wewnątrz. Reszta chłopaków też wiedziała, że to będzie trudny i bardzo mocny bieg, ale kiedy już zobaczyli, że po pierwszym okrążeniu jestem drugi i wykonałem swoją robotę w stu procentach, to wiedzieli, że będą musieli zrobić wszystko, żeby walczyć przynajmniej o srebrny medal.

W ogóle przeszło wam przez głowy, że biegnący na ostatniej zmianie Vernon Norwood może tak „umrzeć”? Na ostatnich metrach dosłownie gasł w oczach.

Nawet przed chwilą włączyłem raz jeszcze bieg oglądając zmianę Norwooda. Okazało się, że pobiegł najwolniej z całej naszej ósemki. Pierwsze 200 m pobiegł po pierwszym torze w czasie 21.10-21.15. To bardzo szybko i wcale się nie dziwię, że na koniec tak strasznie spuchł. Chociaż wizualnie wyglądało to tak, że całą śmietankę spija Jakub Krzewina, który go wyprzedził. Jest jednak takie fatum, pewna zależność, kiedy ucieka się czując rywala na plecach. Chcesz przyspieszyć i napinasz się, przez co mięśnie zamiast być rozluźnione na końcówce, jeszcze bardziej się spinają i tracisz prędkość. Tak pewnie stało się z Amerykaninem, a Jakub świetnie to wykorzystał.

Mniej zorientowani kibice pewnie tego nie wiedzą, ale Norwood ma rekord życiowa na 400 m lepszy od Krzewiny o ponad 1.7 s. W biegu indywidualnym to przepaść.

Przepaść, tyle że w niedzielę na swojej zmianie pobiegł 46.20, a Łukasz w granicach 45.80. Tak więc robota, którą wykonał Amerykanin była… no spieprzył sprawę zupełnie. Za szybko pobiegł pierwsze 200 m.

Rozmawialiście potem z Amerykanami?

Telewizja nie wszystko pokazała, a doszło do pewnej scenki zaraz po hymnie. Tak jak nakazuje tradycja, ustawiliśmy się wszyscy do grupowego zdjęcia. Tyle, że Amerykanie zaczęli schodzić z podium. Za chwilę wrócili, ale okazało się, że nie dlatego, że sobie przypomnieli o fotce i gratulacjach dla nas. Po prostu obsługa techniczna ich tam z powrotem wypchnęła. Tak to mniej więcej wyglądało. A po samym biegu byli oczywiście bardzo mocno zdziwieni, mieli wielkie oczy, nie rozumieli co się stało. Wiem jednak, że już odgrażają się w mediach społecznościowych. Twierdzą, że zrobią wszystko, żeby rekord świata wrócił „do domu”, jak to sami nazwali.

Jak wyglądały wasze relacje przed Birmingham? Jako faworyci na każdych zawodach trochę się panoszyli?

Tak, oczywiście, mentalność Amerykanów jest od wielu lat znana na całym świecie. Oni nawet w wywiadach wypowiadają się, że jesteśmy tylko my, tylko my możemy wygrać. Powiem ci szczerze, dla mnie jest to lekko śmieszne, bo każdy z nas jest człowiekiem. Ja szanuję swoich rywali, a oni tutaj w ogóle nie biorą pod uwagę, że mogą z kimkolwiek przegrać? Dlatego tak gorzko to smakowało, kiedy w końcu to się stało.

Jak to jest, że indywidualnie sporo wam brakuje do najlepszych, a w sztafecie jest taki ogień?

Amerykanie indywidualnie mieli około sekundy przewagi nad każdym z nas. Praktycznie każdy z nich ma życiówkę poniżej 44.50. Skąd więc ten ogień? Myślę, że wychodzi tutaj charakter typowego Polaka, to, że biegniemy z orzełkiem na piersi. Dostajemy takiego kopa, takiego powera, bo wiemy, że musimy zrobić coś nie tylko dla siebie, ale również dla innych. Naprawdę, tak działa na nas biało-czerwona flaga, która wyświetla się na telebimie podczas zawodów.

Jakie w ogóle łączą was relacje? Jesteście czwórką przyjaciół, kolegów, czy po prostu gości z pracy?

Na pewno nie można nas porównać do kadry skoczków narciarskich, bo w naszym przypadku zupełnie inaczej wygląda system szkoleniowy. Oni ciągle trenują razem na zgrupowaniach, a u nas jest to jednak sport mocno indywidualny. Każdy potrzebuje innego treningu, żeby jego organizm wskoczył na wyższy poziom. Dlatego każdy z nas ma na co dzień swojego trenera. Polski Związek Lekkiej Atletyki chciałby, żeby wszyscy zawodnicy jeździli z jednym trenerem na obozy i tak trenowali, ale moim zdaniem kłóci się to z ideą indywidualności. Spotykamy się więc tylko na zgrupowaniach. Poza tym ja pochodzę z północy Polski, chłopaki z południa, dlatego w ich przypadku ten kontakt na pewno jest bliższy, niż ze mną. Różnica kilometrów robi jednak swoje.

Jak spędzacie czas na zgrupowaniach?

Staramy się, żeby było jak najmniej monotonii, bo ta jest zwykle duża podczas zgrupowań. Jako przykład mogę podać obozy w Spale, gdzie trenując zimą można tam praktycznie przez cały tydzień nie wychodzić z pomieszczenia. Bo pod nosem jest i stołówka, i pokój hotelowy, i hala. W wolnych chwilach staramy się więc wyskoczyć na kręgle, czy usiąść wieczorem przy trzech-czterech komputerach i zagrać w gierkę w sieci.

Kręgle, gry komputerowe, ale wasz reprezentacyjny trener, słynny Józef Lisowski powiedział, że nie jesteście świętoszkami, ministrantami. Sam nie ukrywał, że współpraca z wami nie zawsze układała się idealnie.

Trenerowi nie chodziło pewnie o kłótnie między sobą, czy jakieś medialne afery. Bardziej o to, że każdy z nas ma coś za uszami. Ktoś kiedyś nie został wystawiony do sztafety, a powinien, ktoś inny nie pojechał na zgrupowanie i były pretensje.

To co ty masz za uszami?

W tamtym roku nie bez kozery musiałem sam organizować zbiórkę pieniędzy na zgrupowanie w Portugalii.

Bo?

Zaczęło się od tego, że w lutym ubiegłego roku skręciłem kostkę. A w kwietniu mieliśmy zaplanowany obóz w Portugalii, żeby później polecieć na sztafetowe mistrzostwa świata. Moja kostka była tak naprawdę sprawna, ale zapadła decyzja, że miałem na tych mistrzostwach nie startować. Ale to przecież nie oznaczało, że nie będę startował w dalszej części sezonu. Ale PZLA stwierdził jednak, że na obóz nie polecę. Zabrano mi więc zgrupowanie, chociaż nie powinno tak się stać. Całe szczęście, że udało mi się zebrać te pieniądze i polecieć. Sytuacja w pewnym sensie powtórzyła się w tym roku, ponieważ ministerstwo przekazało mniejsze pieniądze na szkolenie lekkoatletów. Związek miał mnie wysłać na zgrupowanie do RPA najpierw w styczniu, a następnie w marcu, ale żaden wyjazd nie wypalił. I dopiero teraz, po mistrzostwach świata, gdzie udało się zrobić tak wielki wynik, nagle stwierdzono, że obóz mi się jednak należy i lecę do Portugalii. Trenerowi Lisowskiemu bardziej chodziło o takie konszachty.

Z trenerem też jednak nie zawsze miałeś łatwo. Nie wystawił ciebie przecież w sztafecie na igrzyskach w Rio de Janeiro.

Do tej pory mnie to boli, ponieważ trener przed samym wylotem zorganizował jeszcze bieg, na który jechałem specjalnie z Sopotu – gdzie zrobiłem rekord życiowy na 200 m – aż do Jeleniej Góry. Z 600 kilometrów. Ja tamten bieg wygrałem, w Rio też pobiegłem nieźle na 200 m, ale trener i tak nie wystawił mnie w sztafecie 4×400 podczas eliminacji i finału. Mówię o tym, bo wystawienie w finale skutkowałoby dwuletnim stypendium, a jak wiadomo lekkoatleci nie zarabiają kokosów. Nieobecność w sztafecie bardzo dużo mnie kosztowała, bo moje konto z tygodnia na tydzień uszczuplało się. Niby byłem olimpijczykiem, ale moje stypendia się skończyły.

Było aż tak źle?

Miałem wiele momentów, kiedy zwyczajnie chciałem się poddać. Brakowało kasy na treningi, suplementy, nawet na zwykłe życie, rachunki, opłacenie mieszkania. Bywało bardzo ciężko. Mam do trenera Lisowskiego wiele pretensji za Rio, chociaż on tłumaczył to tym, że biegałem wtedy przede wszystkim 200 m. Do dzisiaj jednak nie rozumiem tej decyzji. A tak jak mówię, straciłem przez nią nie tylko w oczach kibiców, ale też finansowo. Mam nadzieję, że ministerstwo teraz troszeczkę doceni nasze ostatnie występy i znajdzie więcej pieniędzy na szkolenie. Bo my naprawdę nie zarabiamy kokosów. Mieszkam w Olsztynie. Niby jest to miasto, które wspiera sportowców, ale nie pierwszy raz wracając z imprezy z medalem jadę do pana prezydenta, który zaszczyca mnie uściskiem dłoni, ale na tym się kończy. I aż chwyta mnie za gardło, kiedy później widzę, jak inni zawodnicy wracają do swoich miast i dostają nagrody finansowe za uzyskane wyniki. To dla nas ważne, bo okres juniorski, kiedy robiło się to wyłącznie z pasji, już się skończył. Mam 24 lata, myślę już o domu, rodzinie, przyszłości, a tak naprawdę jest to moja praca pełnoetatowa. Nie ma mnie w domu ponad 250 dni w roku. Chciałbym na tym w końcu godnie zarabiać.

Zapytałem kiedyś Roberta Maćkowiaka, czy wielkie wyniki jego sztafety na mistrzostwach świata pozwoliły mu żyć na dobrym poziomie i powiedział tak: „Nigdy w życiu w tamtych czasach. Teraz jest lepiej. Będąc tak jak my przez 10 lat w sztosie, biegając w czubie światowym i mając takich sponsorów jak Orlen, byłoby inaczej. Problem w tym, że my wtedy jako grupa z jednej strony byliśmy bardzo rozpoznawalni, ale z drugiej strony wciąż mało ciekawi dla sponsorów. Po prostu za wcześnie zaczęliśmy wygrywać”. Ty czujesz, że przekroczyłeś teraz pewien próg sportowy i finansowy?

Jak na razie nic się nie zmieniło. Dzisiaj rano obudziłem się, odpaliłem Facebooka i znalazłem informację, że moi koledzy ze sztafety, którzy są w wojsku, dostaną nagrodę od Ministra Obrony Narodowej. A jak na razie nic nie słyszałem o podobnej decyzji ze strony ministerstwa sportu. Chociaż wszyscy doskonale wiedzą, że nasze zarobki często są wyłącznie na przetrwanie.

Do portfela nie zaglądam, ale Birmingham i tak było chyba twoim najlepszym strzałem.

To prawda. Ale pamiętajmy, że zarobione 90 tys. dolarów trzeba podzielić na wszystkich zawodników. A każdy z nich ma jeszcze swojego trenera, dlatego ta pula nagle się mocno uszczupli. Chociaż wiadomo, że i tak będzie to zastrzyk gotówki, który będziemy mogli wykorzystać na lepsze przygotowana i godniejsze życie.

Birmingham 2018-03-04 Lekkoatletyka 17. IAAF Halowe Mistrzostwa Swiata 17. IAAF World Indoor Championships NZ Karol Zalewski Foto Tomasz Kasjaniuk / PZLA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Ale wyboru między piłką a bieżnią chyba nie żałujesz?

Oczywiście, że nie. Chociaż są osoby, które często mówią „mogłeś grać dalej i zrobiłbyś karierę”. Lekkoatletyka to jednak sport indywidualny, kamery są skupione tylko na tobie i kibice mogą gratulować tylko tobie. To bardziej do mnie przemawiało.

Przez kilka lat trenowałeś w Orlętach Reszel. Czyli teoretycznie zamiast na mistrzostwach świata w Birmingham mógłbyś dziś biegać po czwartoligowych boiskach Pisy Barczewo, Unii Susz czy Błękitnych Pasym.

Nieee, to w ogóle nie wchodziłoby w grę. Podejrzewam, że gdybym był piłkarzem, grałbym być może nawet w ekstraklasie, bo miałem do tego dryg. Naprawdę. W ogóle od małego byłem bardzo sprawny. W podstawówce i gimnazjum spisywałem się bardzo dobrze praktycznie we wszystkich dyscyplinach. Uczęszczałem do klasy sportowej. Robiono nam przeróżne sprawdziany czy konkursy i zawsze wychodziło, że Zalewski dostawał same szóstki i nigdy nie było żadnych dyskusji. Kiedy jechaliśmy na zawody – obojętnie, czy lekkoatletycznie, koszykarskie lub siatkarskie – zawsze przywoziliśmy medale, a ja się wyróżniałem.

Widziałem kiedyś nagranie, na którym nawet chodziłeś po linie.

Zawsze byłem sprawny i obojętnie czego się nie chwyciłem, raczej wychodziło. Chodzenie na linie, stanie na rękach, chodzenie na rękach – wszystko. Zawsze byłem świadomy swojego organizmu, swojego ciała i procentuje to do teraz, bo wszystko można przełożyć na bieg, który będzie stabilniejszy. Dzięki odpowiedniemu wytrenowaniu mogę stracić mniej energii na pierwszych 200 metrach, żeby później na końcówce jeszcze przycisnąć.

Jak trafiłeś więc z małego Reszla do Olsztyna?

Pomogła mi Bronisława Ludwichowska (lekkoatletka specjalizująca się m.in. w biegach przełajowych, indywidualna wicemistrzyni świata z 1975 r., później trenerka – red.). Tak naprawdę z dnia na dzień załatwiła mi w Olsztynie szkołę i internat, pozwalając też trenować. Przez całe liceum od rana do wczesnego popołudnia byłem w szkole, a potem szedłem na trening. Lato jak lato, gorzej było zimą, bo mogliśmy korzystać z dwóch hal, ale bez tartanu, bo takiego obiektu w mieście po prostu nie było. Kiedy po pierwszym roku treningów pojawiły się jednak pierwsze sukcesy, przejął mnie Zbigniew Ludwichowski (mąż Bronisławy – red.) i zaczęliśmy wyjeżdżać do Spały, Karpacza, Szklarskiej Poręby. Tak się zaczęło.

Nocne życie w studenckim Olsztynie nie kusiło?

Szczerze? Moje życie internackie tak naprawdę kończyło się o 21, kiedy musieliśmy być w pokojach i szykować się do kolejnego dnia roboty. Później, kiedy przeprowadziłem się na stancję i nie mieszkałem już w akademiku, to słynne życie studenckie też mnie omijało. Ja nawet nie piję, jestem stuprocentowym abstynentem. Jedyną rzeczą, do której mam słabość, jest… czekolada. To mój żywioł. Czy gorzka, czy słodka – to jest to.

Dobre wyniki przyszły szybko, bo zostałeś dwukrotnym młodzieżowym mistrzem Europy na 200 m. W miarę płynnie przeskoczyłeś też do wieku seniora, ale później miałeś problem, żeby zaistnieć za granicą. Pewnie wygrywałeś mistrzostwa Polski, ale na międzynarodowych zawodach to ty oglądałeś plecy rywali. To musiało być frustrujące.

Od pięciu lat nie ma w Polsce zawodnika na 200 m, który stanąłby w bloki i mógł ze mną wygrać. Taka jest prawda. To trochę tak, jak długo było z amerykańską sztafetą: pozostali mogli liczyć tylko na srebrny medal. Ale niestety Europa w sprincie wygląda już dużo mocniej niż Polska i o ile na młodzieżowych mistrzostwach Europy udało mi się dwa razy zdobyć złoto, to na mistrzostwach Europy seniorów raz byłem w finale i zająłem ósme miejsce. Dlatego na zbliżających się mistrzostwach w Berlinie mam ambitne plany, żeby oprócz dobrego wyniku ze sztafetą, spróbować również sił indywidualnie. Tylko teraz zagadka, czy będzie to 200, czy 400 m.

Kiedy nie szło ci poza polskim podwórkiem, miałeś moment zawahania, co dalej?

Odkąd zacząłem robić dobre wyniki w sprincie, co roku jeździłem na imprezy międzynarodowe, czyli mistrzostwa Europy, świata i igrzyska. W ubiegłym roku pierwszy raz zdarzyło się, że nie wykonałem indywidualnego minimum na 200 m. I rzeczywiście było pewne zwątpienie, co dalej, czy zostać w sprincie, czy biegać 400 m. I tak naprawdę dzięki temu zapadła decyzja, że dojrzałem już do tych 400 i na tym się skupię. Licząc, że dzięki temu być może i 200 m pójdzie trochę do przodu. Ale muszę przyznać, że jeszcze wcześniej zastanawiałem się nawet nad bardziej drastyczną zmianą. Ponieważ jestem bardzo dobrze przygotowany gimnastycznie, pojawiła się myśl – może głupia, może nie – żeby przekwalifikować się na skok o tyczce.

Dzisiaj brzmi to trochę jak żart.

Ale tak było. Dostałem dwie propozycje od trenera z Bydgoszczy. Powiedział mi: „Karol, przyjedź na obóz, ja ci wszystko pokażę”. Ale jak widać nie skorzystałem, temat się rozmył.

Jak to się w ogóle stało, że zacząłeś biegać 400 m w sztafecie? Wcześniej tak naprawdę nie byłeś z nią łączony.

Niby nie byłem z nią łączony, ale kiedy trenerzy potrzebowali pomocy, to zawsze biegłem.

Trochę zapchajdziura?

Można tak powiedzieć. Często po prostu brakowało czwartego gościa. To wszystko zaczęło się jednak tak naprawdę już wiele lat temu. Swój pierwszy duży występ na 400 m zaliczyłem na mistrzostwach świata juniorów w Barcelonie w 2012 r. Byłem już po trzech biegach na 200 m i starcie w sztafecie 4×100. Ostatniego dnia mistrzostwa o 8.30 przychodzi do mnie trener od 400 m i pyta: „Karol, pobiegniesz?”. Mówię mu, że jestem już po tylu biegach, strasznie bolą mnie nogi, nie jestem zregenerowany i sam nie wiem. Poszliśmy jednak do fizjoterapeuty, ten obejrzał moje nogi, zrobił lekki masaż i powiedział: „Biegnij, nic się nie stanie”. I pobiegłem rewelacyjnie, pałeczkę oddałem jako drugi. Później biegałem 400 m w sztafecie na młodzieżowych mistrzostwach Europy, a dwa lata temu – zresztą w takim samym składzie jak w niedzielę – na HME w Pradze, gdzie zdobyliśmy srebro. Tych epizodów trochę więc było, chociaż prawda jest taka, że nigdy specjalnie do 400 m się nie przygotowywałem. Dopiero od września podeszliśmy do tego na poważnie.

Przed wami sierpniowe mistrzostwa Europy w Berlinie na stadionie. O rekord świata nie pytam, bo to jednak 2.54,29 ale Polski 2.58? Ma już prawie dwadzieścia lat. Stary już…

Tak, ale rekord Polski na stadionie jest bardzo mocno wyśrubowany. Żeby w ogóle o nim myśleć, musielibyśmy całą czwórką poprawić się przynajmniej o pół sekundy. Nie będzie to łatwe wyzwanie, aczkolwiek mamy mocną ekipę. Szansa na pobicie rekordu jest mała, ale myślę, że jest.

Po mistrzostwie i rekordzie globu oczekiwania wobec was będą jeszcze większe. Przede wszystkim w kontekście igrzysk w Tokio, które już za dwa lata. Poza tym trener Lisowski powiedział w „Przeglądzie Sportowym”, że po igrzyskach kończy karierę szkoleniową na międzynarodowym poziomie. Wiadomo, co byłoby dla niego najlepszym prezentem.

Z tego co wiem, to trener mówi tak nawet nie od czterech, ale może od ośmiu lat, dlatego nie wiem, czy można mu wierzyć.

Trzech z was, czyli Omelko, Krzewina i Krawczuk, posmakowało już olimpijskiego finału w Rio de Janeiro.

Wtedy skończyło się na siódmym miejscu, ale kto wie, może będzie wyższe, bo wciąż pozostają kwestie ewentualnych dyskwalifikacji za doping. Nie wiadomo jak będzie ze sztafetami z Rio, być może nasza ekipa wskoczy jeszcze oczko wyżej. Niby nie powinno się na to liczyć, ale można się tego spodziewać. Wierzę jednak, że lekkoatletyka w końcu pójdzie w kierunku uczciwości i poziom się wyrówna.

Podajesz rękę koksiarzom?

Miałem kiedyś okazję biegać z Justinem Gatlinem w Rabacie. Był to czas, gdy już wrócił po kilkuletniej dyskwalifikacji. Kiedy wchodził na stadion, kibice go wygwizdali, ale trudno się dziwić, skoro w przeszłości był na koksie i to nie jakimś lekkim. Oczywiście wygrał tamten bieg, ale po wszystkim podchodził do każdego z nas i dziękował, że w ogóle mógł z nami pobiec. Że przynajmniej my nie zachowywaliśmy się wobec niego negatywnie. Chociaż dla mnie to i tak było bolesne, bo bądźmy szczerzy, sport to także pieniądze, prestiż i każdy o to walczy. Dlatego moim zdaniem, zawodnik który chociaż raz wpadł na ciężkim „sprzęcie”, nie powinien już więcej startować. Nie i już.

*

Podczas mistrzostw NCAA w Teksasie zawodnicy sztafety Uniwersytetu Południowej Kalifornii zwyciężyli z czasem 3.00,77. Wynik nie został jednak jeszcze ratyfikowany, dlatego na oficjalnej stronie IAAF-u rekordzistami globu wciąż pozostają biało-czerwoni.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Baton

Ten „rekord” studenciaków na pewno nie zostanie ratyfikowany. W jakiej to hali biegali i na jakiej bieżni, to pewnie można się tylko domyślać ;).

wpDiscuz