Najlepszy Lech za kadencji Bjelicy? Zdecydowanie tak!
Weszło

Najlepszy Lech za kadencji Bjelicy? Zdecydowanie tak!

W imponującym stylu rozprawił się dziś Lech z rozpędzoną na wiosnę Jagiellonią. Wejście w mecz może i nie zwiastowało niczego dobrego, a goście przez pierwsze dwadzieścia minut mogli się wyszaleć, ale potem na boisku istniała już tylko jedna drużyna. Lechowi gra kleiła się w każdym jej aspekcie. Obrona – nie do sforsowania. Pomoc – waleczna i kreatywna. Atak – nieustępliwy. Każdy element nakreślonego przez Bjelicę planu działał właściwie idealnie. Do tego stopnia, że zasadne jest pytanie, czy Kolejorz pod wodzą chorwackiego szkoleniowca rozegrał lepszy mecz. Naszym zdaniem na pewno nie.

Do tej pory Lech Bjelicy kojarzony był raczej jako zespół, który zawodzi w kluczowych spotkaniach. Gdy presja była mniejsza – okej, Poznaniacy potrafili zdominować przeciwnika, zagrać efektownie i strzelić dużo goli. Ale kiedy stawka rosła, a na szali pojawiało się coś więcej niż tylko trzy punkty, prezentowali się, jakby ktoś związał im nogi niewidzialną liną.

Dziś, grając o swoje być albo nie być w wyścigu o mistrzostwo, Lech był jednak zupełnie inny. Zdecydowany, pewny siebie, potrafiący wyeksponować niemal wszystkie walory swoich zawodników. Inny wydawał się być także Bjelica, który nawet na chwilę nie stracił rezonu i konsekwentnie trzymał się swojego planu. Jego drużyna, mimo początkowych problemów, była bardzo dobrze poukładana. Jasny podział ról, duża odpowiedzialność, ciąg na bramkę, szybka i kombinacyjna gra – właśnie tak wyglądał Lech w dzisiejszym meczu, a ręce same składały się do oklasków.

Nie wiemy, co takiego zrobił Bjelica, żeby wreszcie dotrzeć do poszczególnych zawodników, ale to akurat jest najmniej istotne. Grunt, że zadziałało. I to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, bo na tle większości innych spotkań Kolejorza mecz z Jagą prezentuje się jak „Dama z gronostajem” przy obrazku skleconym w Paincie na lekcji informatyki.

Oczywiście nie jest też tak, że wcześniej zespół prowadzony przez Chorwata nie grał dobrze czy nawet bardzo dobrze. Wystarczy choćby wspomnieć mecz z Legią z poprzedniej rundy. Tam też prawie wszystko trybiło jak należy, były składne akcje i sporo goli. Tyle tylko, że ówczesna Legia a dzisiejsza Jagiellonia to dwa różne systemy walutowe. Efektowane były też zwycięstwa z Piastem (4:1 w trzeciej kolejce obecnego sezonu) czy wyjazdowe 0:3 z Pogonią w poprzednich rozgrywkach. Do tego, co stało się dzisiaj, nic nie ma jednak podjazdu. Po prostu inny piłkarski świat.

Ciężko też oprzeć się wrażeniu, że największy wkład w tak rewelacyjny występ Lecha, wniósł właśnie trener Bjelica. Chorwat w tym sezonie wielokrotnie irytował, jego kłótnie z VAR-em i resztą świata wzbudzały politowanie, ale dziś autentycznie nam zaimponował. Jego Lech wreszcie wyglądał jak drużyna, o budowie której tyle razy wspominał. I wreszcie zaprezentował się jak kandydat do tytułu mistrz kraju.

Czy Bjelica poszedł po rozum do głowy i zamiast węszyć spiski na prawo i lewo skupił się wreszcie wyłącznie na sobie oraz swoim zespole – tego nie przesądzamy. Chorwat na początku przygody w ekstraklasie wydawał się być naprawdę łebskim i logicznie myślącym gościem. Z czasem jednak okazało się, że w głowie rodzą mu się różne dziwne rzeczy, a on sam nie potrafi zapanować nad swoimi fobiami. Z kogoś naprawdę fajnego stał się kimś zwyczajnie ciężkim do zniesienia. Dzisiaj znów pokazał się z tej dobrej strony, o której kibice „Kolejorza” zdążyli już chyba zapomnieć.

Chcielibyśmy, aby Bjelica i Lech w następnych meczach prezentowali się tak jak z Jagą. Żeby swoją dzisiejszą postawę przekuli coś w trwałego. Jednorazowe wyskoki już zaliczali, więc najwyższa pora zrobić ze świetnej gry stałą tendencję. A łatwo na pewno nie będzie, bo takiego Lecha za czasów Bjelicy jeszcze nie było. Nie mamy jednak nic przeciwko, żeby zaczynając od dziś, był już taki zawsze.

Fot. 400mm.pl