Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Dobiegły końca Igrzyska Olimpijskie w Korei Południowej. Jak to zwykle bywa – niestety nie podjęliśmy walki medalowej z reprezentacjami USA, Norwegii czy Holandii. Jak to zwykle bywa – okazało się, że choć przez cztery lata pies ze złamaną nogą nie interesował się panczenistami czy biathlonistkami, teraz ich słabe wyniki to problem całego narodu. Jak to zwykle bywa – ukazała się sterta apeli o to, by „coś zrobić”. Musimy porozmawiać o szkoleniu. Musimy porozmawiać o infrastrukturze. Musimy porozmawiać o systemowych rozwiązaniach.

Na szczęście to zamieszanie zazwyczaj trwa maksymalnie tydzień, po czym wszyscy grzecznie wracają do piłki nożnej i zajmują się nią aż do igrzysk letnich. Na letnich igrzyskach – co za niespodzianka – nie podejmiemy walki medalowej z reprezentacjami USA, Jamajki i Rosji, co oczywiście rozbudzi na nowo trwającą jakieś 18 dni dyskusję na temat stanu polskiego sportu. Będą apele o budowę bieżni, o budowę piaskownic do skoku w dal oraz akcję „oszczep w każdej gminie”. A potem wszyscy znów włączą sobie Lecha z Jagiellonią.

Część praw telewizyjnych do Premier League dla dwóch brytyjskich stacji TV została sprzedana za 4,5 miliarda funtów, deal dotyczył trzech sezonów ligi angielskiej. W podobnym okresie prawa do transmitowania czterech kolejnych igrzysk olimpijskich amerykańska telewizja NBC kupiła za 4,4 miliarda dolarów. Jedna z dziesiątek lig na trzy lata versus wszystkie dyscypliny przez cztery kolejne najważniejsze turnieje. Jasne, nie da się tego zestawiać jeden do jednego, ale przepaść jest ogromna.

Podczas igrzysk spojrzałem głęboko we własną duszę i zadałem sobie bardzo niełatwe pytanie: czy bardziej ucieszy mnie medal którejś z naszych biathlonistek, czy jednak gol Kamila Glika dla AS Monaco? Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć. Ale zakładam, że w dyskusji na temat „słabości polskiego sportu” przez pryzmat występów Polaków na zimowych igrzyskach, warto przede wszystkim zadawać pytania, najlepiej właśnie te niełatwe.

Podstawowe brzmi: jaki miałby być cel zwiększenia środków na uprawianie pchnięcia kulą? Można w tym miejscu podstawić sobie dowolną dyscyplinę sportu spośród tych niszowych – rzut oszczepem, może skok o tyczce albo kombinację norweską. Jeśli przy okazji igrzysk narzekamy, że nasi kulomioci (oszczepnicy, tyczkarze, narciarze) nie mają gdzie trenować i państwo powinno „coś z tym zrobić”, to apelujemy tym samym, o zwiększenie środków na te dyscypliny. Czyli wprost: chcemy, by Polska wydała pieniądze na kulomiotów.

Dlaczego tego chcemy? Zakładam, że instynktowna i najbliższa prawdy byłaby odpowiedź: bo chcemy usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego na kolejnych igrzyskach, bo chcemy, by polski sportowiec zdobył medal. Ale wtedy pojawia się pytanie – czy na pewno warto wydać kilkadziesiąt albo i kilkaset tysięcy złotych, by posłuchać hymnu przez półtorej minuty raz na cztery lata? W tym momencie pewnie czoła się zmarszczą – nie chodzi o to. Chodzi o to, żeby młodzież uprawiała sport! Tutaj zapala mi się czerwona lampka – czy na pewno sukces Pawła Fajdka sprawi, że dzieciak zamiast na Counter-Strike’a postawi na sumienne treningi rzucania młotem? Okej, może podczas igrzysk faktycznie ze dwa razy rzuci patykiem, krzycząc „i rekord świata Pawła Fajdka!”, jednak mam dziwne wrażenie, że tydzień później będzie już biegał po podwórku jako Robert Lewandowski.

Nie, chcę się za wszelką cenę ustrzec przed futbolocentryzmem, który zniechęca do środowiska piłkarskiego setki ludzi zainteresowanych innymi sportami. Studiowałem pedagogikę kultury fizycznej i zdrowotnej, widziałem na własne oczy i słyszałem na własne uszy te dogryzki. „A wy zarabiacie setki tysięcy, chociaż nie umiecie nawet biegać”. „A waszego sportu nawet na TVP Sport nie puszczają”. „A wy dostajecie wpierdy od piłkarzy z Azerbejdżanu”. I tak dalej. Nie, to droga donikąd. Ale jeśli rozmawiamy o wielomilionowych inwestycjach publicznych, to choć na chwilę postarajmy się przeanalizować koszta kolejnych programów na chłodno.

Moim zdaniem, jeśli za coś ma się brać państwo, to musi to przynieść możliwie największe korzyści, możliwie najszerszej grupie osób w możliwie najdłuższym ujęciu czasowym. Z tej perspektywy uważam na przykład, że o wiele rozsądniejszą inwestycją jest budowa i utrzymanie pływalni, niż profesjonalnego toru dla kajakarzy. Że o wiele lepiej jest dotować szkolenie młodzieży w klubach piłki ręcznej, może fundować udział trenerów tego sportu w szkolnych zajęciach ponadprogramowych, niż budować miejsce dla kulomiotów. Nie tylko dlatego, że wolałbym, by mój syn wyglądał jak Lijewski niż Fajdek, ale dlatego, że Lijewskiego może obejrzeć w ligowych meczach co tydzień, a Fajdka raz na kilka czy kilkanaście tygodni.

Ogólnie mamy chyba problem z wyznaczaniem strategii. Holendrzy nie płaczą, że w skokach narciarskich im nie poszło, tylko jarają się swoim łyżwiarstwem. U nas z kolei chcielibyśmy już, teraz. natychmiast szkolić setki kulomiotów, tysiące skoczków narciarskich, dziesiątki tysięcy piłkarzy oraz przynajmniej pięciu Gortatów w każdym sezonie. Rozumiem, że 40-milionowy kraj nie powinien się zamykać na jedną dyscyplinę sportu, ale z doświadczenia wiem też, że lepiej w życiu radzą sobie ci, którzy postawić na trzy, zamiast trzydziestu dziedzin, szczególnie w państwie, które niemal w każdej dyscyplinie ma spore braki.

Ministra Witolda Bańkę będą przez najbliższe tygodnie męczyć wszyscy – panczeniści o tory do panczenowania, bobsleiści o tory do bobsjelowania i nowe maski, łyżwiarze figurowi o lepsze gramofony i nowe winyle. Chciałbym, by potrafił mówić nie. Nie, nie wybudujemy za 5 milionów hali do rzucania żelazkiem, poświęcimy to na piłkę ręczną, bardziej medialną, popularniejszą, wszechstronnie rozwijającą dzieci. Nie, nie dołożymy ci do nart, bo musimy zatrudnić na Podkarpaciu pięciu trenerów do prowadzenia SKS-ów. Nie, nie jesteśmy zainteresowani ufundowaniem karabinków biathlonowych szkołom, bo na razie w wielu z nich nie ma nawet porządnego kozła.

Igrzyska to tylko igrzyska. I tak jadą tam przede wszystkim pasjonaci, którzy większość przygotowań odbywają na własny koszt. I choć nie jestem pewny, czy oddałbym medal w biathlonie za hat-trick Glika, to na pewno oddałbym wszystkie medale z Pjongczang za tysiąc regularnie trenujących licealistów.

*

W ogóle zauważyłem dość irytującą tendencję do próby systemowego rozwiązania dość niecodziennych sytuacji. Szczególnie widać to po Ekstraklasie. Jest koniec lutego. Spadł śnieg, rozpoczęły się mrozy, temperatura odczuwalna dojechała do -20 stopni. Wiadomo, nie jest lekko w takich warunkach grać w piłkę.

W moim idealnym świecie, władze ligi i środowisko futbolowe robią tak: kurczę, jest zimno. Przełóżmy te najbardziej ekstremalne mecze na cieplejsze terminy.

I tyle. Finał. Za rok zimno będzie w marcu, to przełożymy te marcowe. Albo będzie zimno w grudniu, to przełożymy grudniowe.

Ale nie, nie u nas. U nas jest „potrzeba zmian systemowych”. Co z tego, że dwa tygodnie temu też był luty i normalnie grano, ba, na niektórych meczach pogoda była lepsza niż w niektórych dniach października. Co z tego, że rok temu w lutym nie było takich ekstremalnych warunków. Musimy przeprowadzić reformę. Nie grać w lutym, tylko w czerwcu. Albo nie w lutym, tylko w końcówce grudnia. Albo w ogóle skrócić ligę! Albo wydłużyć ligę! Grać wiosna-jesień! Kupić cieplejsze kalesony wszystkim kibicom! Wprowadzić kartki na herbatę! Wprowadzić limit kartek na herbatę! Wyrzucić z ligi Sandecję! Wrzucić do ligi Szombierki! I tak dalej, i tak dalej.

U nas nie da się przełożyć meczu, bo jest zimno, u nas z powodu zimna trzeba od razu zaproponować trzy warianty gruntownej reformy całych rozgrywek wraz ze zmianą systemu wyłaniania drużyn, które zagrają w europejskich pucharach. Jeden mroźniejszy tydzień lutego raz na pięć lat, wystarczy by wywrócić nogami cały system ligowy, który zresztą wywracany do góry nogami jest co dwa lata.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jest patologiczny kierunek. Jak idę ulicą i poślizgnę się na skórce od banana, to przeklinam pod nosem zły los i tyle. Nie piszę petycji o delegalizację bananów, utworzenie specjalnego zespołu ds. kontroli jakości skórek od banana oraz miejską spółkę zajmującą się czyszczeniem chodników ze skórek od bananów. Czasem po prostu nie wszystko zależy od nas – i poślizgniemy się na skórce, zgubimy dziesięć złotych, albo wyznaczymy mecz na dzień, który okaże się wyjątkowo mroźny.

Wtedy reagujemy na tę nieprzyjemną sytuację i idziemy dalej. Takie proste.

*

Zauważyłem dość irytujące zjawisko polegające na niesłychanie szybkiej ewolucji znaczeń w Internecie. Po raz pierwszy ze zjawiskiem zetknąłem się w przypadku „hejtu”. Początkowo tym mianem tytułowano nieuzasadnioną, opartą na czystej nienawiści krytykę w wulgarnym i agresywnym stylu. „Hejtem” było na przykład nazwanie sprzedajną zdzirą koleżanki z klasy, która wrzuciła zdjęcie nowej bluzki na Instagrama, podczas gdy stwierdzenie, że bluzka ma dwie dziury pozostawało nazywane krytyką.

Dziś już nie jest. Dziś wszystko, z czym się nie zgadzamy w Internecie to hejt, a każdy, z kim się nie zgadzamy, to hejter. Ale trzeba przyznać – te pojęcia stają się już trochę przestarzałe. Mamy dwa nowe: fake news oraz clickbait. Kiedyś fake newsem były informacje, które podawały nieprawdę, fałsz, zmanipulowany obraz rzeczywistości. Dziś to po prostu informacje, z którymi się nie zgadzamy. Clickbait – kiedyś wyłudzanie klików krzykliwym i nieukazującym prawdy tytułem, dziś… informacje, z którymi się nie zgadzamy.

Nie wiem, w którym kierunku to pójdzie, ale najwygodniej mają politycy. Wszyscy ich krytycy to trolle i hejterzy podający fake newsy oraz oczywiście clickbaity. I już. Niczego nie trzeba tłumaczyć, z niczego nie trzeba się spowiadać. Bo kto by się tłumaczył hejterem z fake newsów?

KOMENTARZE (40)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

MisKrzys

Dokładnie. Budować boiska/baseny/korty/lodowiska do użytku AMATORSKIEGO? Proszę bardzo, ale ani złamanego grosza tym psuedozawodowcom i związkowcom (na czele z PZPN).

m1025

akurat pzpn nie jest przyssany

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Benis Jądro
K S K 1953

Rzadko zgadzam się z Panem Redaktorem w dziwnej koszulce tak jak dzisiaj. Pomoc państwa na tzw. dyscypliny niszowe powinna być minimalna, jeśli nie zerowa. Nie ma sponsorów? Trudno. Trenuj za swoje.

Z drugiej śmieszna jest presja społeczna, w dyscyplinach, w których sportowcy trenują za swoje. Tacy tenisiści na przykład. Radwańska czy Janowicz to gdzie sa zawdzięczają przede wszystkim swojej ciężkiej pracy i determinacji (czyt. kasie) rodziców. Jak wygrywają jest super, jak przegrywają jest: „nie nazywaj się więcej Polakiem, chuju”. To jest strasznie głupie, bo skoro Państwo (prawie) w ogóle nie pomogło im w uprawianiu dyscypliny, to teraz jako społeczeństwo nie mamy moralnego prawa, aby wymagać od nich sukcesów.

pazdzioch55
Kamil Stoch, Adam Ksczot, Anita Włodarczyk

Trzeba być kompletnym ignorantem żeby obrażać inne dyscypliny sportu z powodu ich popularności. To że niewiele osób rzuca młotem nie wynika z tego że jest to mało popularna dyscyplina tylko dlatego że niewiele da się na tym zarobić. Gdyby było jak w piłce że każda najgorsza łamaga polska i szrot z zagranicy z naszej ligi byliby mlociarzami, niedorzucali do 50 metrów. Ale zarabiają nieporównywalne więcej. Sam wyjazd na Igrzyska był wielkim sukcesem dla tych ludzi. Wydali wszystkie swoje pieniądze by się zakwalifikować na nie. A potem tacy jak ty nazywają bezczelnie ich turystami.
Zgodnie z tą logiką piłkarze jeśli nie dojdą do ćwierćfinału będą turystami.
Bo biatlonustki były siódme.

Jakub Olkiewicz
ŁKS Łódź

No niewiele można zarobić bo jest mało popularna:) Nikogo turystą nigdzie nie nazwałem. Miarą sukcesów jest nie tylko które miejsce zajmujesz, ale też jaką masz konkurencję. Piłkarze nawet w Ekstraklasie musieli najpierw być lepszymi od dziesiątek tysięcy piłkarzy w Polsce. Konkurencja w biathlonie jest sto razy mniejsza.

Pawel_Jumper

Sportowcy niszowi często kierują się mylnym wrażeniem, że skoro robią coś, co robi mało ludzi, to są wybrańcami i zasługują na laury, bo „są najlepsi w kraju i dużo poświęcili pracy”.
No ok, też mogę poświęcać dużo czasu uczeniu się języka fińskiego, ale nie oczekuję, że ktoś mi da tyle samo, skoro na rynku pracy głównie wymaga się angielskiego i niemieckiego, bo tego potrzebują klienci. A klientem w sporcie jest widz i jego trzeba zainteresować. 40 miejsca na świecie w dyscyplinach indywidualnych nie dają „fejmu”.

Jeśli najlepsi piłkarze w lidze polskiej mają po 100 tysięcy to oni też chcą 100 tysięcy, jak mawiał Bukowiecki, obrażając przy okazji piłkarzy.

Piłkarz rywalizuje w rozgrywkach, na które ludzie kupują bilety co tydzień i płacą jakby nie patrzeć niemało za pakiet telewizyjny, a 99% widzów lekkiej i sportów zimowych to wyłącznie widownia sezonowa i praktycznie tylko telewizyjna.

Filip Piotr Skóra

Zdjęcie profilowe Pawel_Jumper
Funfact: Znajomość języka fińskiego daje nieporównywalnie lepszą pozycję na rynku pracy, niż znajomość angielskiego i niemieckiego (nawet obu naraz), a różnica warta jest dobrych parę tysięcy.

Pawel_Jumper

Znajomość fińskiego w Polsce daje taką pozycję, bo zna go mało ludzi.
Ale od tego, że mam samą znajomość fińskiego (a inne cenione umiejętności niekoniecznie) nie mam prawa wymagać, że będę dostawał tyle co najlepsi specjaliści władający innymi językami.

Sportowiec, który nie ma osobowości, charyzmy i przede wszystkim wyników nikogo nie zainteresuje w dyscyplinie indywidualnej, niemasowej.
On nie może wymagać zarobków piłkarza, który jest beneficjentem tego, że jego dyscyplina jest najpopularniejsza na świecie. Może wymagać od siebie zdobywania medali, kryształowych kul (cokolwiek) i lepszego budowania swojej marki i rozpoznawalności dyscypliny, bo taki sposób na życie sobie wybrał.
Piotr Żyła zarabia lepiej od 98% zawodowych piłkarzy, mimo że nie osiąga zbytnio sukcesów. Ale robi swoje specyficzne show i zna go każdy.
Daniel Łukasik nie musi z kolei być królem social media żeby zarabiać tyle co powiedzmy ten Żyła, ale może podziękować bogom futbolu za rozpropagowanie dyscypliny i przyciągnięcie do niej sponsorów.

Słaby biathlonista zarobi więcej niż słaby piłkarz, ale czołowy piłkarz bije na głowę najlepszego biathlonistę.
Słaby specjalista znający język fiński zarobi więcej niż słaby z angielskim, ale najlepszy z angielskim bije na głowę tego z samym fińskim, bo angielski jest futbolem języków w tym wypadku.
Najlepsi zawsze czerpią tym większą korzyść z tego, ilu musieli więcej pokonać.

pazdzioch55
Kamil Stoch, Adam Ksczot, Anita Włodarczyk

Proszę nie nazywać tych gości z polskiej ligi piłkarzami bo ich jest tam co najwyżej kilkunastu.
Zarabiają nieproporcjonalnie do swoich umiejętności.

Pawel_Jumper

Zarabiają, ale dlatego, że ktoś za to płaci. Prostytutki też zarabiają dużo.
Futbol i sex to dwie rzeczy, które przeważnie faceci w życiu lubią najbardziej.
Nie ma wśród nich biatlonu i rzutu dyskiem.

Zlosliwy

Popularny fake news to „Najlepsze radio sportowe”.

BTW. Jutro święto gestapo, czy tam innych morderców polskich dzieci. Race naszykowane?

16997694_222232724917459_97252653726620001_n.jpg
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Staszek Anioł

Nie rozumiem i nie chcę nawet zrozumieć „fenomenu” popularności jakże światłego (bo angielskiego!) terminu „fake news” w naszym nieszczęśliwym kraju. Przez lata to była po prostu fałszywka, teraz to nie wypada przecież…

Voitcus

Nie do końca się z Panem zgadzam o tych oszczepnikach – pokłosiem p. Małysza jest dziś jedna z najlepszych reprezentacyj w skokach na świecie. Sport niszowy, ale impuls przyszedł po Małyszu. W skokach kariera trwa szybciej (wcześniej się zaczyna, ale i wcześniej kończy [*-nie dotyczy Noriakiego Kasai]). Tak samo po p. Fajdku może (z podkreśleniem: może) ktoś by zaczął rzucać oszczepem, dyskiem czy młotkiem w telewizor – czymkolwiek on rzuca.

Jednak jako stary korwinista ma Pan rację, że państwo (miasto czy gmina) nie powinno tego dotować, a jeśli – to przynajmniej dla dzieci i młodzieży. Obecnie np. z orlikami jest tak, że niby są za darmo i sprzęt też jest za darmo (i rzeczywiście jest, można wypożyczyć piłkę), to jak chłopcy przychodzą na boisko, to się okazuje, że wynajął jakiś klub na treningi, a to dorośli faceci sobie zaklepali itp. Ok, taki orlik może dzięki temu jakoś na siebie zarabia, ale coś, co postawił rząd/gmina/miasto jest wykorzystywane nie przez wszystkich. Tak samo też będzie z oszczepem czy skokami o tyczce – niby do każdej szkoły pieniądze trafią, ale tak naprawdę kupi się za to wyposażenie sali multimedialnej, papier do ksero czy domestos dla sprzątaczki – pani Jadzi.

Kcramsib

Mnie jednak bardziej ucieszyłby medal biatlonistek… gol Glika dla Monaco byłby jednak golem dla Monaco, sukcesem kibiców prywatnego klubu leżącego het daleko, w Monaco. Biatlonistki zaś (albo inni saneczkarze, whatever) reprezentują jednak Polskę, mają orzełki na piersiach, w razie wygranej słyszą polski hymn… radość po niespodziewanych medalach łyżwiarek z 2010 i 2014 pamiętam do dziś, gierek Glika (poza kadrą) dawno już nawet nie śledzę.

Inna sprawa to oczywiście podział funduszy. Mądrzejsi od nas dawno już zdali sobie sprawę, że nie da się (nie będąc USA, Rosją na dopingu albo innymi Chinami) rywalizować we wszystkich możliwych konkurencjach, wybrali więc sobie swoje specjalizacje i w nich szukają swoich szans… Koreańczycy mają łyżwiarstwo i łucznictwo, Holendrzy i Brytyjczycy kolarstwo, Japończycy judo… i z każdej Olimpiady przywożą worki medali. My mamy (powiedzmy, bo za 4 lata może być różnie) skoki narciarskie i pewne podwaliny w lekkoatletycznych konkurencjach rzutowych, na tym powinniśmy się więc skupić, a nie co imprezę bić rekordy w liczebności turystów w kadrze…

FC Bazuka Bolencin

Holendrzy mają jeszcze łyżwiarstwo szybkie.

StaszekPrawy

Gratki Kubie za fuchę naczelnego.
Robienie laski Leśnemu i PZPNowi wkońcu się opłaciło.

Pasta

Hehe ale sie usmialem,

Vooyek_Zbooyek

Co do meritum – zgadzam się. Nawet za bardzo nie śledziłem tych igrzysk że względu na niszowość tych dyscyplin. Ale od Gortata to się panie felietonisto ODŚWiERGOL. Facet gra w najlepszej lidze świata, przy której Eklapa to parodia sportu. Tak – jestem za tym, żeby wyszkolić 5, 15 a nawet 20 Gortatów. A pan ma zwykły kompleks – dwutaktu nie umiem, osobistego nie trafię, nie mówiąc o trójce – no to z koszykarzy sobie przeleję, co nie?

FC Bazuka Bolencin

Porównywanie koszykówki, którą uprawiają miliony ludzi na świecie do np. skoków narciarskich, sportu w 95% kuli ziemskiej całkowicie niszowego jest nie na miejscu.
Nie można traktować danego sportu za globalny lub niszowy, tylko i wyłącznie ze względu na fakt czy są czy nie ma sukcesów w tym sporcie w danym kraju (u nas poza Gortatem jest raczej cienko). Aha, kosza sam nie uprawiam nawet amatorsko i pewnie z prawidłowym dwutaktem albo „trójkami” też miałbym problemy 😉
Trzeba jednak realnie oceniać potencjał danego sportu. Stąd zimowe IO nie mogą cieszyć się realnym zainteresowaniem – przynajmniej w takim kraju jak nasz.

PeachFace
Pogoń Banie Mazurskie

Widzę, że znowu zimowe Igrzyska Olimpijskie to odpuszczam. Turniej ślizgania się po śniegu na 1000 sposobów.

Kierowniku
Za swoje się huśtam!

1. Wydaje mi się, ze problemem nie jest brak środków na jakies niszowe dyscypliny, ale sposób ich dystrybucji. Ostatnio tutaj opisano jak działa zwiazek od rzucania czajnikiem. Z innych dyscyplin tez przebijają sie głosy o patologii i kolesiostwie.
2. Kamyczek do ogródka olimpijczyków. Z eurowpier.doli wszyscy cisną beke, ale z 7 miejscem na 8 startujacych mamy sie zachwycać? W imie jakiej idei? A skoro ktos cos robi dla idei, to po co te placze o pieniadze, to sie ze sobą nie kłóci?
3. Najważniejszą role w masowosci uprawiania sportu ma ministerstwo edukacji, jak się dzieci tego nie nauczy, to potem zadne srodki tego nie nadrobia.
4. To nie definicja hejtu jest problemem, ale poprawnosc polityczna. Po prostu krytyka jest be. Trzeba wszystkich kochać, akceptować, dawac sobie wejść na głowę, bo tak. Jak ktos tego nie rozumie, to jest faszystą.

dude
RVM

Nonono, bello felietono!

Koval

Kuba przypomniał sobie, że jednak potrafi pisać świetne felietony. W końcu.

Dodam tylko, że piłka nożna jest sportem w którym najtrudniej się przebić. Uprawia ją jak podejrzewam największa ilość ludzi w porównaniu do innych dyscyplin. I tak naprawdę będąc solidnym, ale bez wielkich sukcesów w skali światowej w mało popularnym sporcie nie możesz stwierdzić że jesteś lepszy w swojej dziedzinie niż solidny piłkarz grający w ekstraklasie w swojej profesji. To raczej będzie podobny poziom wytrenowania.

Ekstraklasa stan umysłu
Kartofliska

Mega text!

wojsal
Arka Gdynia

Jak ktoś chce zarabiać tyle co piłkarz, to niech zostanie piłkarzem. Proste?

Arystoteles Papas

Trochę chyba nie rozumiem. Mówisz że dotowanie szkolenia w klubach piłki ręcznej jest okej. Ale właściwie dlaczego? Co jesst w tym sporcie lepszego od wspominanego tu ciągle biathlonu? Bo jeśli chodzi o medialność to okej. Ale w takiej sytuacji to dyscypliny chyba powinny „same się finansować”. Trochę brakuje konsekwencji w twoim wywodzie. Albo wybieramy dyscypliny które można masowo uprawiać, albo te które są najpopularniejsze (wtedy niech wszyscy sobie radzą sami) albo nie zmieniamy nic i dajemy wszystkim po trochu.

Tak przy okazji, Kamila Żuk zdobyła dzisiaj złoto MŚ juniorów z ponad trzema minutami przewagi nad drugą zawodniczką. Nie umiem tego uzasadnić ale miałbym pretensje do działaczy i polityków związanych Ministerstwem Sportu gdyby przez brak kasy czy infrastruktury ten talent miał się zmarnować. Trochę to chyba absurdalne ale niestety, nie umiałbym.

Pawel_Jumper

Chodziło o to, że do piłki ręcznej już masz infrastrukturę i sport jest w top5 i ludzie pokochali złote pokolenie ze Szmalem i Bieleckim, możesz na tej podstawie uczyć dzieciaki koordynacji ruchowej i je rozwijać także do innych sportów albo żeby te bez zbytniego talentu fizycznego nie były po prostu łamagami. A biatlon to sport sezonowy i elitarny (nie dla jasia z 3c, który nie umie łapać piłki) bez większego związku z innymi dyscyplinami.

Ludzie coś gadają, że nie mamy sukcesów w biatlonie, bo nie mamy warunków do trenowania, mody i tradycji i że koniecznie trzeba zainwestować, włożyć pieniądze, opracować szkolenie, bo pani Weronika powiedziała, że w dupie byliśmy.
Może lepiej inwestować w to, w czym mamy te warunki i choćby częściową modę, zamiast musieć przechodzić drogę od zera by budować sukcesy w niszowych sportach, które większości publiki nie ruszają.
Bo cały program szkolenia może być finansowany z tego, ile kosztowałaby jedna hala do rzucania młotem w zimę.

ps. Nie wiedziałem, kto to Kamila Żuk, ale po sprawdzeniu nie widzę obowiązku, żeby państwo musiało inwestować miliony w niszowy sport dla jednej, kilku osób. Możesz mieć co najwyżej pretensje do działaczy PZN, bo to ich zadaniem jest walka o budżet swoich dyscyplin.

Arystoteles Papas

Jeśli chodziło o istniejącą infrastrukturę to okej. Ale Kuba pisze chociażby o budowaniu pływalni. Więc chyba jednak nie to miał na myśli. Skoro budowanie infrastruktury biathlonowej nie jest rozsądne (z tą elitarnością chyba masz trochę racji) to dlaczego akurat mamy postawić na pływalnie? Jasne, świetny sport do masowego uprawiania i sprawiania że Jasiu będzie względnie sprawny fizycznie. Ale nie tylko pływanie tym się charakteryzuje, inne sporty także. Ktoś podczas takich wyborów zawsze będzie pokrzywdzony. Poza tym nie jesteśmy Holandią żeby stawiać tylko na 5 dyscyplin sportowych w których mamy sukcesy a resztę olać. Mamy góry i grzechem jest z tego nie skorzystać.
A Kamilę Żuk przywołałem trochę po to żeby pokazać że zwykły kibic jak ja nie zawsze potrafi kierować się logiką. Ty „nie widzisz obowiązku” i pewnie masz rację. Ja byłbym wściekły gdyby przez brak warunków taki talent się zmarnował, mimo że na chłodno pewnie musiałbym przyznać temu co napisałeś.

Pawel_Jumper

No mamy te góry, ale nadal przez średnią infrastrukturę i logikę górali (vide Gubałówka) jesteśmy lata świetlne za posiadającymi Alpy m.in. Austriakami, Szwajcarią, Włochami i Francją, a nawet Słowacją. Nigdy nie byliśmy nawet średniakiem w narciarstwie klasycznym, nadal pomimo rosnącej popularności i zamożności sporty zimowe nie są w naszym kraju w połowie tak popularne jak na zachodzie. I góry bezpośrednio dotyczą może 5% populacji. Nie mamy skoczków/biatlonistów etc. z Gdańska, Łodzi, Warszawy, Wrocławia, Krakowa, czy Poznania.

Baseny to w większości placówki komercyjne, chociaż są budowane z państwowej kasy. Potrafią często zarabiać na swoje utrzymanie, choć użyczają po obniżonych cenach tory szkołom i klubom sportowym.
Tor kajakowy raczej generuje same koszty przez brak użytkowników.

Sam uczęszczam regularnie na basen i na Warszawiance pomimo wysokich cen raczej ciężko o luz :)
No pewnie, każdy ma swoje koniki wśród sportów, ale romantyzm nie może nas pchać w jakiś moralny hazard, że skoro aktualnie (raz na 4 lata przez 2 tygodnie) krajowa ekspozycja medialna na olimpijskie sporty zimowe jest wysoka, to jest to dobry czas na obietnice budowania szkolenia i infrastruktury, bo ktoś zdobył(by) medal w bobslejach. (Oczywiście wyłączając skoki, one się jakoś bronią osiągnięciami i medialnością.)
Brutalna prawda jest taka, że jedno gran derbi grane co kilka miesięcy angażuje 3-4 razy większą widownię niż zimowe IO sumarycznie.

Arystoteles Papas

O tym właśnie mówimy przecież. Mamy średnią infrastrukturę. I zastanawiamy się czy warto to zmienić. Sporty zimowe nie są u nas popularne właśnie chyba przez brak infrastruktury i brak dużych sukcesów. To sukcesy sportowe generują zainteresowanie mediów i potencjalnych sportowców (zawodowców i amatorów) daną dyscypliną.

A wyjaśnisz dlaczego bronisz skoków? Jeśli rozumiejąc elitarność jako możliwość uprawiania danej dyscypliny przez garstkę osób, to skoki narciarskie biją elitarnością na głowę biathlon. Bronią się osiągnięciami bo jakiś czas temu zbudowaliśmy skocznie. Ile osób może z tych skoczni korzystać? Sto? Dwieście?

Czy generuje 3-4 razy większą widownię mam wątpliwości. Nawet Kuba zdał sobie sprawę jak toporne jest jego porównanie sprzedaży praw telewizyjnych Premier League i IO pisząc „Jasne, nie da się tego zestawiać jeden do jednego (…)”

Pawel_Jumper

Ja ogólnie uważam, że większość sportów zimowych nie jest popularnych, bo są niezbyt ciekawe. Bobsleje, saneczki, curling, łyżwiarstwo figurowe itp. to dla mnie dyscypliny tylko dla koneserów, których 99% ludzi nigdy nie spróbuje i raczej ciężko nimi zainteresować.
Na hokeja nie puszczono zawodników NHL, co zmniejszyło atrakcyjność najciekawszej w moich oczach dyscypliny na ZIO. Więc sam obejrzałem tylko 2 konkursy skoków i 1 mecz hokeja.
Mimo że jeżdżę na snowboardzie, to nie jestem jakimś fanem oglądania zmagań zawodowców.

Skoków bronię dlatego, że kontrakty sponsorskie znacznie przewyższają kwoty otrzymywane od państwa. Sam uważam je za dosyć dziwny sport dla szalonych kaskaderów, który nie ma nic wspólnego z narciarstwem „popularnym” i uprawia go pewnie z 3000 ludzi na ziemi, no ale małyszomania zrobiła swoje. Skoki najpierw broniły się osiągnięciami, a dopiero potem zbudowano/zmodernizowano skocznie. W latach 90-tych z infrastrukturą był dramat.

Tym samym skoki niejako po części utrzymują inne dyscypliny zimowe przez budżet PZN. Nawet te dwa konkursy rocznie na obu skoczniach w Polsce są w stanie generować kilku- kilkunastomilionowy dochód. Nie mamy zawodów PŚ w innych dyscyplinach, bo gdzie i na czym?

Przechodząc do wniosków, to uważam, że rola ZIO jest przeceniana i sportowcy sami wpadają w pułapkę krótkoterminowego bycia na świeczniku i chcą dla siebie ugrać jak najwięcej, żądając od państwa poprawy infrastruktury, a od kibiców braku oceniania braku osiągnięć :) Bo przecież, parafrazując Macieja Dąbrowskiego: gdybyśmy tu wygrali, to byście nas nie krytykowali.

A potem zawsze po igrzyskach, brzydko mówiąc, zdecydowana większość widowni znowu ma te wszystkie zimowe dyscypliny poza skokami w d*pie.

Teksty dziennikarzy i sportowców krytykujące ludzi mówiących o „jeżdżeniu na wycieczkę”, wręcz wyzywające ich od januszy/zawistników/buraków po słabych wynikach uważam za lekko żenujące. Sportowcy chcą być na świeczniku i mieć to, co za tym idzie- czyli kasę i sławę, to niestety dla siebie będą mocno oceniani.
Nikt nie dodaje punktów za trudniejsze warunki do trenowania w kraju, z którego jesteś, liczy się wynik. A oni uważają to za całkowite usprawiedliwienie. Rozumiem, że mają ambicje i się temu poświęcają, ale rolą państwa nie jest dopingowanie zawodowych sportowców bez osiągnięć, tylko raczej propagowanie zdrowego, sportowego stylu życia wśród młodych, bo zdrowy obywatel to większe korzyści.

Adam777

i znowu wszystko o ŁKS…

wpDiscuz