Image and video hosting by TinyPic
Właśnie dlatego Liverpool zatrzymał u siebie Coutinho. Show Brazylijczyka z Leicester
Anglia

Właśnie dlatego Liverpool zatrzymał u siebie Coutinho. Show Brazylijczyka z Leicester

Gol, podwyższenie prowadzenia, bramka kontaktowa, ponowne podwyższenie, znów gol kontaktowy, karny obroniony przez bramkarza, później ręka w polu karnym, ale gwizdka nie słychać. Tak w skrócie wyglądał mecz Leicester z Liverpoolem. Jeśli chcielibyśmy wytłumaczyć laikowi, czym jest Premier League, puścilibyśmy mu mecz Leicester-Liverpool.

Swój styl gry od początku próbowało narzucić Leicester. Niby grali nieźle, starali się utrzymywać przy piłce. Postraszyli szczególnie Vardy’m, który nie wykorzystał dobrej okazji. A szkoda, bo problemem Leicester było szczególnie to, że nie potrafili stworzyć sobie klarownych sytuacji. W przeciwieństwie do Liverpoolu. Jak wiemy, ekipa Kloppa to nie lamusy do bicia, dlatego oni nie pozostali dłużni gospodarzom. Emre Can trafił w słupek, a dobić piłki z kilku metrów nie potrafił Salah. I choć kibice Liverpoolu mogli narzekać na brak skuteczności, to tylko przez chwilę. Salah zrehabilitował się strzelając gola po świetnym dośrodkowaniu Philippe Coutinho.

Można powiedzieć, że Brazylijczyk pozostał w Anglii własnie dla takich meczów, bo jego dzisiejszy występ to prawdziwy majstersztyk. Coutinho ciągnął grę swojego zespołu i po asyście dołożył bramkę. Liverpool wyszedł z kontrą, która została przerwana w kulminacyjnym momencie, faulem na Moreno. Coutinho ustawił sobie piłkę przed polem karnym i strzelił tak, że mucha nie siada.

Jednak jeszcze przed przerwą, Leicester zdołało zdobyć bramkę kontaktową. Przy rzucie rożnym Okazaki przepychał się z Mignoletem, który niepewnie wychodził z bramki, minął się z piłką, piłka odbiła się od Maguire’a i zmierzała do bramki, a czubkiem buta dotknął ją jeszcze Okazaki i to jemu została zapisana bramka.

Druga połowa to chaos, ale taki, jaki tygryski lubią najbardziej. Zaczęło się, jak można się było spodziewać, czyli od ataków Leicester, które wyczuło krew po golu przed przerwą. Jednak znów brakowało kropki nad „i”, a tej coraz bliżej był Liverpool, dla którego na 3:1 po kontrataku trafił Henderson. I wtedy zaczęło się to, co najlepsze! Minutę później wyrównał Jamie Vardy, a za kilka chwil sędzia odgwizdał rzut karny dla Leicester. Rzut karny zmarnowany przez… Vardy’ego. Ten uderzył mocno, ale zbyt blisko środka bramki, dlatego obronił go Mignolet. I dobrze, dzięki temu się zrehabilitował, bo sam tego karnego sprokurował.

A na jednej „jedenastce” mogło się nie skończyć, bo gdy Gray wrzucał piłkę w pole karne Liverpoolu, Emre Can nie trafił głową w piłkę, a ta trafiła go w rękę. Pewnie 7 na 10 sędziów wskazałoby na „wapno”, ale tym razem skończyło się na protestach piłkarzy Leicester. Ci próbowali odwrócić losy spotkania i atakowali do samego końca, ale Liverpool przetrwał ostatnie minuty i wywiózł komplet punktów z King Power Stadium.

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
xrue213

Kurwa czemu ten Liverpool zjebal sprawe z VVD….

muchywnosie

Ten faul na Moreno to nie przypadkowy

Grimmy

Druga połowa to chaos – chaos to macie w tekstach, gdy opisujecie spotkania…

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY