Image and video hosting by TinyPic
Rodzinny gość, który nie musi już boksować. Fonfara Team idzie po tytuł
Inne sporty

Rodzinny gość, który nie musi już boksować. Fonfara Team idzie po tytuł

W nocy z soboty na niedzielę Andrzej Fonfara po raz drugi w swojej karierze stanie przed szansą wywalczenia mistrzowskiego pasa. Naprzeciw niego pojawi się człowiek z mroczną przeszłością. Adonis Stevenson bił, znęcał się i zmuszał do prostytucji. Na ulicy i w ringu zwykle dyktował warunki. W ostatnich siedmiu latach posłał go na deski tylko jeden zawodnik. I był nim właśnie Polak. 

To było w maju 2014 r. Skracający dystans Fonfara zaskoczył „Supermena” krótkim lewym sierpowym. Stevenson był tak oszołomiony, że nie zauważył prawego prostego pretendenta i – ku gigantycznemu zdziwieniu widzów w Bell Centre – musiał zapoznać się z podłożem.

Mimo wysokiej porażki na punkty, Polak zdał wówczas egzamin pięściarskiej dojrzałości. Przerwał serię dziesięciu nokautów z rzędu Kanadyjczyka, co nie mogło umknąć uwadze bokserskich ekspertów. Nagle poważnym graczem stał się ten, którego długo traktowano z przymrużeniem oka. Można napisać nawet, że z którego kpiono. Najgłośniej po porażce z Derrickiem Findleyem. Pięściarzem, który dziś walczy co miesiąc i dostaje regularny oklep  od obiecujących prospektów.

–  Byłem po tej walce załamany. Chicago, fajna gala, walczy Tomek Adamek, pierwszy raz w ESPN, debiut w Polsacie, a tu druga runda i dechy… –  wspomina „Polski Książe”.

Po laniu od ciemnoskórego boksera, skądinąd także o pseudonimie „Supermen”, Fonfara wyleciał na długie wakacje. Na Florydzie zresetował zajętą myślami o końcu kariery głowę. Wrócił do Chicago i usiadł do stołu z bratem. Ustalili, że Andrzej musi zmienić kategorię wagową. Gdy przylatywał do Stanów, ważył 66 kilogramów. Z chłopca zmieniał się jednak w mężczyznę. Każdorazowe zrzucanie kilkunastu kilogramów przed walką bardzo go osłabiało.

 fonnnn

Za Atlantyk wyleciał przed jedenastoma laty, na skutek namowy polonijnego biznesmena Jacka Galary. Galara wpadł na pomysł stworzenia w Chicago grupy bokserskiej, składającej się z utalentowanych polskich pięściarzy. Na występy Masternaka, Wacha i Fonfary walić miała tłumnie miejscowa Polonia. Selekcjonerem zawodników był Andrzej Gmitruk, który wypatrzył urodzonego w Radomiu pięściarza podczas jego zawodowego debiutu.

W Ostrołęce Fonfara rozprawił się gładko z Miroslavem Kubikiem. Miał wówczas osiemnaście lat. – Po tej walce trener Gmitruk zaprosił mnie na testy. Zaliczyłem dobre sparingi, więc uznał, że warto podpisać ze mną kontrakt – opowiada. – Galara razem ze wspólnikami zorganizował galę w Villa Park. Niestety nie sprzedała się i grupa się zwinęła. Wtedy Jacek zapytał mnie, czy mimo to nie zechciałbym zostać w Stanach. Powiedział, że mnie oprowadzi, pokaże co i jak. Zostanie moim menadżerem i zaopiekuje się moją karierą. Tak trafiłem pod skrzydła eksperta od polskich pięści – Sama Colonny.

Wylot Fonfary zbiegł się w czasie z bankructwem firmy jego rodziców. Państwo Fonfarowie produkowali plastikowe okna. Ich biznes stał się nieopłacalny na skutek gwałtownego skoku kursu euro. Przejściowe problemy sprawiły, że pierwsze osiem miesięcy w Stanach Andrzej spędził samotnie. – Z czasem dołączył do mnie brat i doleciała reszta rodziny. Jesteśmy bardzo zżyci i nie potrafimy żyć na odległość. „Zaczynamy nowe życie” – padło hasło, i znów byliśmy wszyscy razem.

Fonfara miał wsparcie bliskich, które okazało się bardzo ważne, gdy finansowo zaczął kuleć jego menadżer. Stypendium nie przychodziło na czas lub nie przychodziło wcale. – Brat przywiózł do Stanów parę złotych. Wynajęliśmy mieszkanie, kupiliśmy meble i kasa się rozeszła, więc poszedł do pracy. Rodzice starali się nam pomagać, ale sami nie za bardzo mieli z czego. Miesiąc-dwa było naprawdę ciężko. Pamiętam jak odkładałem centy na benzynę. Musieliśmy ostro zaciskać pasa.

Kiedy zapytałem Andrzeja, czy sam szukał dorywczej pracy w Stanach, odpowiedział: – Pracowałem fizycznie może z pół dnia. Menadżer wrzucił mnie do swojego sklepu, mieszałem tam farby. Brałem jedną puszkę, drugą, coś dolewałem i wszystko wkładałem w maszynkę. Gdy Jacek przyleciał do Stanów, ciężko pracował, żeby spełnić swój amerykański sen. Chciał mi chyba pokazać, że ja też muszę tak zapierdalać.

Fonfara chciał jednak przede wszystkim boksować.

– Po kilku godzinach zrezygnowałem. „Słuchaj Jacek, nie będę u ciebie pracował, znajdź sobie innego chłopaka. To nie dla mnie. Albo we mnie wierzysz, inwestujesz, a ja trenuję sobie 2-3 razy dziennie i mam spokojną głowę, albo to wszystko nie ma sensu – nakreśliłem jasno.

Prawda jest taka, że poważne pieniądze zainwestowano w „Polskiego Księcia” dopiero po jego przełomowej walce ze Stevensonem. Przed tą potyczką Dariusz Michalczewski dawał mu 25% szans na sukces. Nawet współpromujący wówczas zawodnika Andrzej Wasilewski i Piotr Werner byli zszokowani dobrą postawą Polaka.

W najtrudniejszych momentach w karierze każdorazowo mógł liczyć tylko na rodzinę. I… wspierającego „Polskiego Księcia” od samego początku kariery, jego imiennika, Andrzeja Gołotę.

Mówiąc o swoich osiągnięciach zawsze używa liczby mnogiej. Przykłady? „Team Fonfara znów zwycięski”, „team Fonfara będzie szedł do przodu i nadal wygrywał”. Brat Max jest menadżerem Andrzeja, kuzyn Maciej odpowiada w jego zespole za public relations, tata regularnie dogląda treningów.

***

Kontraktując na początku 2011 roku walkę z Rayem Smithem zaryzykowali. Nie dlatego, że Smith to nie wiadomo jaki pięściarz, powód był inny – oczko w głowie rodziny boksowało za… dolara. Chodziło o pokazanie się na dużej gali. Imprezie, na której zmierzający po mistrzowski pojedynek Tomasz Adamek zastopował Kevina McBride’a. Fonfara przypomniał o słynnej gaży organizującej wydarzenie Kathy Duvie trzy i pół roku później, gdy „Żelazna dama boksu” oceniła, że bardziej niż na konfrontacji z Sergiejem Kowaliowem Polakowi zależy na pieniądzach.

Dzisiaj Fonfara to, bez dwóch zdań, najlepiej zarabiający polski bokser. 29-latek był pierwszym urodzonym nad Wisłą pięsciarzem pięściarzem, który związał się kontraktem z wszechwładnym Alem Haymonem. Były menadżer Whitney Houston gwarantuje mu nie mniej niż 600 tys. dolarów za walkę.

Polak zarobione pieniądze inwestuje od kilku lat w kamienie kwarcowe. W granicie i obróbce siedzi już prawie od ośmiu. Zajął się tym, gdy wspólnie z bliskimi zamknął rodzinną pierogarnię. – Quartz zyskuje na popularności w Stanach. Ludzie, którzy obecnie budują domy chętnie sięgają po ten materiał. Oferuje im on większą gamę kolorów niż granit. To syntetyczny kamień, choć niemal identyczny jak te wykopywane z ziemi. Biznes się zwraca, zarabiamy. To dość prosta robota. Na zasadzie hurtowni – taniej kupić, drożej sprzedać.

Fonfarowie mają jeszcze dwa inne biznesy. Hurtownię towarów z Chin i firmę transportową.

fonfaraaaaa

A nie wolno zapominać, że sam Andrzej to świetnie prowadzony brand. Na walkach pięściarskiego reprezentanta rodziny jest więcej stanowisk z okolicznościowymi koszulkami niż budek z piwem. Nie zabraknie ich także pewnie podczas konfrontacji ze Stevensonem. Choć ta, jak poprzednie starcie obu panów, odbędzie się na dobrze znanym przez „Supermena” gruncie – w Kanadzie.

Do rewanżu z jednym z lepszych pięściarzy bez podziału na kategorie wagowe mogło dojść zdecydowanie wcześniej. Niestety, po znakomitych występach Fonfary przeciwko Julio Chavezowi Juniorowi i Nathanowi Cleverly’emu, przyszła wpadka z Joe Smithem Jr. Z porażki cenionego Polaka z pracującym jako robotnik budowlany pięściarzem śmiano się równo sześć miesięcy. Do czasu aż Smith brutalnie ściął „Kata”, czyli zakończył karierę Bernarda Hopkinsa, który aż do porażki z rzeźnikiem z Nowego Jorku nie przegrywał przez nokaut.

Niespodziewaną klęskę z Amerykaninem osłodziły Fonfarze narodziny dziecka. Andrzej to zdecydowanie tradycjonalista. Kończy budowę domu, a na działce posadził już niejedno drzewo. Teraz przyszedł czas na mistrzostwo świata.

Jeżeli mam sam oceniać, teraz jestem faworytem – mówi pewny siebie. Deklaruje, że pozostanie w boksie dopóki będzie widział szanse na zwycięstwa z zawodnikami z czołówki. Daje sobie jeszcze cztery lata.

Co potem? Ciężko stwierdzić. Jedno jest pewne. On akurat poradzi sobie bez pięściarstwa. I to niezależnie od tego, czy zostanie w niedzielę kolejnym polskim mistrzem świata.

HUBERT KĘSKA

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
SLUMS_ATTACK

Polak przegra jak zwykle

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY