#BłądSędziego. Wczoraj gimnazjum, dzisiaj Janusz Paterman
Weszło

#BłądSędziego. Wczoraj gimnazjum, dzisiaj Janusz Paterman

Wiadomo, jakimi zasadami rządzi się świat piłki nożnej. Jednym z najpilniej strzeżonych dogmatów, czasem za cenę irracjonalnych posunięć (brak możliwości ukarania czerwoną kartką bandytów, jeśli sędzia dał im tylko „żółtko”), jest niepodważalność decyzji arbitra głównego. Jeśli czegoś nie zauważył – okej, możemy zareagować karami od organów dyscyplinarnych. Ale jeśli podjął już jakąś decyzję, nie ma zmiłuj. Z końcowym gwizdkiem, z wyjęciem kartonika, z uznaniem bądź nieuznaniem gola kończą się ścieżki odwoławcze. Koniec. Kropka.

Oczywiście, historia zna przypadki, gdy próbowano te nienaruszalne zasady zmienić. Najgłośniejszy taki przykład to powtórzony mecz Bayernu z Nurnberg po tym, gdy sędzia uznał gola mimo że Thomas Helmer z dosłownie kilkunastu centymetrów uderzył obok bramki. W 1994 roku cała sprawa wstrząsnęła Bundesligą – Niemcy mimo świadomości, że europejskie i światowe przepisy surowo zabraniają takich zagrywek, zdecydowali się na powtórzenie meczu. Nieomal wylatując zresztą przy okazji ze struktur FIFA i UEFA, które stanowczo potępiły samowolę naszych sąsiadów i jasno wytyczyły granice – jeszcze jedna taka komedia i wylot z organizacji.

Od tej pory większą ingerencję w pracę sędziego stanowi odwołanie się od kartek. W powtarzanie meczów w wyniku sędziowskiego błędu wierzą już właściwie jedynie gimnazjaliści, albo raczej gimnazjalistki. Widać to było szczególnie po meczu Polski z Portugalią na Euro 2016, gdy przy rzucie karnym Jakuba Błaszczykowskiego Rui Patricio wyszedł przed linię bramkową. Zgodnie z regulaminami i przepisami, nastąpił wówczas „błąd sędziego”, który szybko zmienił się w hashtag #BłądSędziego. Pod tym hasłem wszystkie polskie gimnazja i szkoły podstawowe zjednoczyły się w proteście przeciw europejskiej federacji, która ograbiła Polaków z awansu. Nie brakowało nieporadnie napisanych petycji z prośbą o powtórzenie rzutów karnych, nie brakowało bombardowania Piotrka Koźmińskiego, dziennikarza współpracującego z UEFA, setką wiadomości dotyczących tej „skandalicznej kradzieży”. Dzieciaki czuły, że robią coś wielkiego. Że naprawdę da się złamać tego wielogłowego bezdusznego potwora, że my, młodzież znad Wisły, pokażemy potęgę sprawiedliwości.

Było to na swój sposób urocze – doskonale pokazywało jak szczery i jednocześnie ślepo naiwny jest dziecięcy entuzjazm.

Gdyby ktoś wtedy powiedział nam, że identycznym szczerym i ślepo naiwnym entuzjazmem wykaże się już wkrótce prezes ekstraklasowego klubu, prawdopodobnie zalecilibyśmy wizytę u tych samych lekarzy, do których co bardziej wyrywne internautki wysyłały sędziego Feliksa Brycha. Tymczasem Leszek Błażyński z Przeglądu Sportowego poinformował na Twitterze, że w krótkiej rozmowie z Januszem Patermanem dowiedział się o sprytnym planie Ruchu Chorzów na odwrócenie złej karty. Protest do PZPN-u z prośbą o powtórzenie meczu.

???

No tak. Tak, wygląda na to, że faktycznie. Prezes ekstraklasowego klubu uznał, że PZPN, zapewne do spółki z Ekstraklasą, złamią wszelkie możliwe zasady i międzynarodowe regulaminy, by drużyna, która nie wygrała żadnego z 10 ostatnich meczów spróbowała po raz jedenasty odmienić swój parszywy los i wywalczyć szansę na pozostanie w Ekstraklasie (sportowe, bo niewykluczone, że Ruch spadłby nawet z 14. miejsca). Z jednej strony troszeczkę się dziwimy, że prezesem Ruchu został gimnazjalista, z drugiej strony – był czas przywyknąć, że w Chorzowie wszystko wygląda trochę inaczej niż w pozostałych miejscach w Polsce. Pamiętajmy, że to klub, w którym przez długie miesiące wierzono Dariuszowi Smagarowiczowi, w którym z otwartymi rękoma powitano Jacka Bednarza, w którym wielką ufność wzbudzały decyzje o oddaniu bez gotówki choćby Filipa Starzyńskiego czy Grzegorza Kuświka. Wreszcie to unikalne miejsce, w którym do dziś głównych winowajców zapaści piłkarsko-organizacyjnej szuka się w redakcjach portali internetowych oraz osobie Patryka Lipskiego.

Można więc uznać, że żądanie Patermana to logiczna kontynuacja absolutnie nielogicznej polityki dopatrywania się międzynarodowego spisku wymierzonego 14-krotnego, powtarzamy, 14-KROTNEGO mistrza Polski.

Na wszelki wypadek wklejamy jeszcze wycinek regulaminu, na który chce się prawdopodobnie powołać Ruch Chorzów.

Art. 17. Naruszenie etyki sportowej

17.1. Wszelka działalność na boisku lub poza boiskiem, sprzeczna z etyką sportową i rzucająca cień na dobre imię sportu piłkarskiego stwierdzona w czasie Rozgrywek Ekstraklasy, udowodnione przypadki braku sportowej postawy i woli walki o uzyskanie jak najlepszego wyniku – może spowodować, w oparciu o sprawozdanie obserwatora lub delegata meczowego podjęcie przez Komisję Ligi Ekstraklasy S.A. decyzji o pozbawieniu Klubu zdobytych punktów i bramek w konkretnym meczu mistrzowskim lub o powtórzeniu meczu mistrzowskiego lub jego rozegraniu na neutralnym boisku.

Mamy nadzieję, że w Ruchu zdają sobie sprawę, jak bardzo etyczne jest unikanie realizacji płatności czy kiwanie Komisji Licencyjnej. Bo jeśli nie, to nawet powtórzenie wszystkich meczów rundy wiosennej może nie uratować im Ekstraklasy. Aha, trzeba oddać – Ruch w niewydrukowanej tabeli jest jednym z najczęściej krzywdzonych klubów. Nie ma jednak w Polsce takiego sędziego, czy nawet takiej grupy sędziów, która skrzywdziłaby ten klub równie mocno, co niekompetentni działacze na przestrzeni ostatnich lat. I naprawdę, dopóki w Chorzowie nie zrozumieją, że gwizdek po ręce Siemaszki byłby co najwyżej przedłużeniem agonii, nie wróżymy szybkiej odbudowy.