W Niecieczy nie ma miejsca na przeciętność. Puchary albo śmierć!
Weszło

W Niecieczy nie ma miejsca na przeciętność. Puchary albo śmierć!

W Europie istnieje wąskie grono drużyn, które niezależnie od wyników, kadry czy aktualnej formy zawsze pozostają faworytami do mistrzostwa swojej ligi. Real Madryt. Juventus. FC Barcelona. Bayern Monachium. Bruk-Bet Termalica Nieciecza. W takich gigantach nie ma miejsca na bylejakość, na błąkanie się w środku tabeli. Albo grasz o pełną pulę, każdego tygodnia masakrując rywali, albo znikasz. Boleśnie przekonał się o tym dziś Czesław Michniewicz, który właśnie opuścił siódmy zespół Ekstraklasy.

Zaznaczmy od razu – nie można się decyzji działaczy Bruk-Betu dziwić. Spójrzmy w kadrę tego zespołu – Dalibor Pleva, Sebastian Ziajka czy Patryk Fryc to ścisły ligowy top ocierający się o reprezentacje swoich krajów. Napad złożony z Dawida Nowaka i Vladislavsa Gutkovskisa to poziom nie tyle czołówki Ekstraklasy, co gwarant twardej walki w fazie grupowej europejskich pucharów. Do tego te zimowe transfery, wzmocnienia, dzięki którym atak na podium, a może nawet i pozycję lidera był czymś tak oczywistym jak krótkie spódniczki u kobiet w kwietniu. Martin Miković czy Krystian Peda, którzy trafili do Niecieczy w ostatnich tygodniach to w zestawieniu z ówczesnymi sąsiadami w tabeli wymiatacze gwarantujący walkę o najwyższe cele.

Tymczasem Bruk-Bet słabo zaczął rundę i spadł na marne siódme miejsce w tabeli. Okej, kluby o niewielkich budżetach z nieszczególnie potężnych ośrodków, które dopiero rozpoczynają swoją wielką przygodę z Ekstraklasą mogłyby sobie pozwolić na taki sezon. Ale nie Bruk-Bet Termalica Nieciecza KS, klub, którego ambicje sięgają dużo wyżej, niż walka o czołową ósemkę.

Przecież Michniewicz w Niecieczy miał absolutnie wszystko. Nieograniczony budżet na wzmocnienia. Stabilna i szeroka kadra. Potężna baza, zaplecze, komfort pracy (chyba że ktoś mu akurat wciskał do kadry nowego zawodnika, o którym i on, i dyrektor sportowy dowiadywali się na treningu).

Słowem: wszystkie narzędzia, by opędzlować na miękko zespoły Lecha Poznań, Legii Warszawa czy Lechii Gdańsk. Dobijający się do drzwi pierwszego składu młodzicy z niecieczańskiego odpowiednika La Masii za moment wyruszą na podbój Mistrzostw Europy do lat 21. Wyjadacze ze Słowacji już ostrzą sobie kołki w butach na rosyjski mundial. Tymczasem w tabeli lichuteńkie siódme miejsce, po przezimowaniu tuż za ligowym podium.

Co tu dużo pisać, Michniewicz właściwie zwolnił się sam marnotrawiąc ten fantastyczny potencjał. Wystarczy spojrzeć, gdzie Nieciecza była bez niego – sezon 2015/16 kończyła na trzynastym miejscu z trzema punktami przewagi nad spadkowiczem z Zabrza. Regres był widoczny gołym okiem.

Nie no, dobra, wystarczy. Kilka słów serio. Jak w tej polskiej piłce ma być normalnie, jeśli wykręcenie jakichkolwiek wyników ponad stan (podium Niecieczy jesienią) skutkuje natychmiastowym zwolnieniem, gdy drużyna wraca do gry na poziomie odpowiadającym potencjałowi? Myśleliśmy, że przykład Podbeskidzia, które zwalniało trenerów niewalczących z tą potęgą o Ligę Europy czegoś polskich działaczy nauczył. Nie podobała im się gra w środku Ekstraklasy, grają w środku I ligi. Ale nie, Bielsko-Biała to za mało, teraz przerost ambicji nad możliwościami musiał dotknąć także Niecieczę. Sami zastanawiamy się – w co wierzyli ludzie odpowiedzialni za tę decyzję? Jak ich zdaniem miał wyglądać ten sezon? Nieciecza, czwarta w tabeli, wzmocniona jakimś anonimem ze Słowacji miała dalej twardo rywalizować z ligowym topem ściągającym na potęgę zawodników z przeszłością w solidnych europejskich klubach?

Przecież zestawienie kadry Bruk-Betu z dowolną drużyną pierwszej ósemki wypada jak porównywanie architektury miejskiej Niecieczy z ośrodkami z TOP 8. Gdzie Misakowi do Starzyńskiego. Gdzie Osyrze do Jędrzejczyka. Gdzie Gubie do Kownackiego, gdzie Kupczakowi do Vadisa i tak dalej, i tak dalej. A jednak, na murawie bardzo długo różnic nie bylo. Ba, udało się wyszarpać Lechii Gdańsk punkt, na długie minuty stawiając ówczesnego lidera pod ścianą. Udało się wywieźć punkt z Łazienkowskiej. Co jeszcze miała ta drużyna zrobić? Ograć Cleveland Cavaliers? Wyprzedzić Niemców w drużynowym konkursie skoków narciarskich? Znaleźć lekarstwo na raka? Porwać zespół PSG i zamiast paryżan zagrać na Camp Nou utrzymując korzystny wynik dwumeczu? OK, ostatni mecz ze Śląskiem był fatalny, ale tak naprawdę to pierwszy fatalny mecz w 2017. W poprzednich albo starcia z czołówką (dwa remisy), albo nieskuteczność (Ruch, Wisła Płock), ew. nieuznana prawidłowa bramka (Wisła Płock).

Szkoda strzępić ryja, naprawdę. Bruk-Betowi naturalnie życzymy zrealizowania ambicji, czyli miejsca pośród czterech najlepszych polskich drużyn. Taki samograj powinien sobie poradzić z tym wyzwaniem nawet bez trenera.