Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Moda na Polaków taka, że pewnie nawet GKS Bełchatów musiał do ostatnich chwil okienka drżeć, by Celta, Hull czy inne Chievo nie wyrwało Adriana Klepczynskiego. Pewnie na swój samotny występ w reprezentacji Paweł Magdoń mógłby nakręcić tłusty kontrakt pod arabską rafinerią, a Marcin Klatt na hat-tricka w legijnym debiucie podbijać Azerbejdżan.

Wybierać ulubiony transfer Polaka w tym okienku jest niezwykle przyjemnie, dobrych kandydatur więcej niż podczas miss Polonia. Próba odebrania Maradonie monopolu na kapliczki w Neapolu, Lewczuk na stare lata piszący scenariusz serialu AMC „Breaking Good”, Teo rozpychający się łokciami w szeregach Fiołków. Ale jeśli chodzi o Ekstraklasę, to dla mnie hitem numer jeden, letnim blockbusterem, jest pozostanie Pazdana w Legii.

Niech Gruzin z Holandii zagra najpierw kilka meczów i udowodni, że bliżej mu do Arweładze niż do Dwaliszwiliego, niech Szopen z Martyniki choć raz zrobi show z dala od pianina, a najstarszy wonderkid świata przebiegnie chociaż trzy kilometry podczas meczu. Póki co wszystkich zjada na śniadanie Pazdan, na którego były oferty, oferty godne, a kuszące tym bardziej, że mówimy o dwudziestodziewięcioletnim zawodniku po turnieju życia – lepszej okazji na spieniężenie nie będzie. W Legii dobrze o tym wiedzą, już przerabiali to z Rogerem, żądając – na oko – pół królestwa i ręki księżniczki od poważnych europejskich marek, by ostatecznie oddać zakochanego w żurku Brazylijczyka za garść miedziaków do Salonik.

Ale Pazdan znaczy dziś dla Legii znacznie więcej niż spokój w tyłach czy walizka banknotów. Pazdan to gotowy, murowany materiał na twarz tej drużyny – twarz, której szukająca tożsamości drużyna potrzebuje na gwałt.

Z Michałem nie jeździmy razem wędkować, nie znam go osobiście, w szatni Legii też nie mam ukrytej kamery. Wróble – dobrze poinformowane wróble – ćwierkają jednak, że gdyby jutro do szatni Legii wszedł, powiedzmy, Zbigniew Mandziejewicz, to by uznał, że pomylił drogę i trafił do damskiej przymierzalni. Osławione torebki Luis Vitton aspirujące do miana symbolu piłkarzy naszych czasów, wody sodowej dość, by Legia z jej sprzedaży mogła solidnie dorobić, relacje w wielu przypadkach tak powierzchowne, że panowie ledwo pamiętają jak kto ma na imię.

To są wyolbrzymienia, ale pewne jest jedno: Pazdan nie należy do powyższej bajki. Pazdan to normalny, poukładany facet, twardo stąpający po ziemi. Żadne pstro w głowie, po prostu fajny gość. Ktoś taki na kapitanie w zespole, który tych wydawałoby się oczywistych wartości ma niedosyt, jest na wagę złota. Szczególnie w momencie, gdy ta drużyna mniej lub bardziej rozpaczliwie poszukuje swojego charakteru. Gdy jest w fazie przebudowy, taki pewnik, fundament, to konieczność.

Idźmy dalej. Pazdana po Euro zna każda gimnazjalistka w Polsce, ba, potrafi nawet zanucić discopolową piosenkę o nim. Pazdana zna każdy seniorka rodu, Pazdana zna każda ciotka i wuj, każdy ultras Anwilu Włocławek, każda zakochana na zabój w Mariusze Wlazłym fanka siatkówki. Mecze Legii w Lidze Mistrzów będą wychodzić poza zasięg środowiska piłkarskiego, bo Real w Polsce, bo Ronaldo, bo Borussia. Jeśli warszawski klub ma wycisnąć tę szansę jak cytrynę nie tylko finansowo, ale też marketingowo, to poza wielką sceną potrzebuję również – uwaga, zabrzmi nieco górnolotnie – ikon. „Znanych aktorów”, których glacę rozpozna bez trudu każdy janusz.

Pazdan to wymarzony kandydat na rozniecanie imprezy o nazwie Champions League w Polsce prosto z boiska. Potrzebny na nim ambasador, by ten spodziewany – dochodowy? – huk, jaki chcą w Warszawie wywołać, jeszcze nabrał decybeli.

***

Oczywiście, że zapytania o formę Miroslava Radovicia są na miejscu i oczywiste jest, że za formę kontraktu w Legii nie dostał. Wątpię jednak, by był piłkarsko tak skończony, żeby oddelegowano go etatowo do robienia atmosfery i chodzenia po Empikach na spotkania z kibicami.

A nawet jeśli miałby grać wyłącznie ogony, to jest przecież jedną z ważniejszych postaci Legii w XXI wieku. I właśnie zamiast tułać się po świecie, znajdzie się w szatni potrzebującej – z braku lepszego słowa – pasterzy. Ludzi, którzy będą umieli zaszczepić czym jest Legia, dlaczego jest ważna, dlaczego jak potraktujesz ten klub przygodnie, to przepadniesz z kretesem.

Radović zacznie proces spłacania się już w momencie, gdy usiądzie obok – strzelając – Moulina w szatni.

***

Gratuluję Lechowi zmiany trenera – w Poznaniu deadline day było nudziarstwem, odcinkiem „Barw nieszczęścia”, ale ta roszada brzmi obiecująco. Moim zdaniem, patrząc tylko na kartkę z CV, facet ma lepsze papiery niż Besnik Hasi. Po prostu. Oczywiście papier wszystko przyjmie, ale już bezsprzecznie dalsze brnięcie w rządy Urbana nie miało sensu.

Przy Bjelicy jest szansa, tylko i aż szansa, że okaże się on sternikiem z wizją, a także siłą przebicia, by autorską wizję móc wprowadzać w życie. To solidny startowy kapitał.

***

Cichy transfer Polaka, który sprawił mi sporą radość – Klich powraca do Holandii. Nareszcie tam, gdzie płacono mu za granie, gdzie sprawdzał się znakomicie, gdzie pokazywał walory. Jakoś co chwilę mówiło się, że już już, za moment Mateusz wyjdzie z zakrętu niemieckiej autobahn – tu wszyscy jeździli szybciej od niego – a ciągle się to odwlekało i grzęzł w marazmie. Teraz złapał oddech.

Najbardziej natomiast szkoda mi w tym oknie Krzysztofa Mączyńskiego. Piłkarz pierwszej jedenastki ćwierćfinalisty mistrzostw Europy, a na dnie Ekstraklasy, w klubie targanym zawieruchą ocierającą się o biblijną skalę – dosłownie brakuje tam tylko deszczu żab i plagi szarańczy. Dygresja, ale wczoraj zwolniono przykładowo magazyniera Jana Batko, i ja się pytam: facet miał komin płacowy? Piłek po siedemnastu latach nie umiał dopompować?

Mączyński na pewno marzył o fajnym transferze do zachodniego klubu, wydawało się wręcz, że taki czeka za rogiem po tylu meczach o wielką stawkę. Wiadomo, że nie do Barcelony, ale gdzieś do średniaka spokojnie aspirował. Teraz natomiast okno zatrzaśnięte, Krzysiek gra z blokadą w nodze, by pomóc Wiśle… Szanuję ambicję, ale pachnie to poważną kontuzją i kolejnymi kłopotami, a nie happy endem. Szkoda.

***

Uwierzylibiście mi, jakbym powiedział, że Inter wydał latem ponad sto milionów? Gdy napisałem na twitterze, że wydał stówkę po cichu, jeden mój kolega się obruszył. Problem w tym, że ów kolega zaczyna dzień od włączenia Rai Uno, otwarcia La Gazetta i zjedzenia spaghetti bolognese, natomiast z naszej perspektywy – i mam wrażenie ogólnie każdej poza włoską optyką – te pieniądze nie dyktowały prasowych czołówek.

Podczas gdy Milan przebiera w śmieciach, Inter faktycznie robi co może, by powrócić na szczyt – przecież niedawno rozbili też bank kupując Kondogbię. Jeśli jednak mimo tych nakładów Nerazzurri dalej będą raczej stepować niż biec do przodu, frustracja i rozczarowanie będzie o wiele większe.

Ja najbardziej jestem ciekaw Gabriela Barbosy, alias Gabigola. Dla niezorientowanych – to tysiącpięćsetczterdziestapierwsza inkarnacja Pele, chłopak za gołowąsa debiutujący w Santosie, szalony, błyskotliwy technik, uważany za w prostej linii następną perłę klubu, który w ostatnich latach dał futbolowi Robinho, Neymara. A raczej należy postawić pytanie: czy właśnie będzie następcą Robinho czy Neymara. Niemniej jestem pewien – gdyby Gabigol przechodził do Barcy lub Realu, dym wokół tego transferu przejąłby horyzont na parę dni. Ale że Inter jest dziś tam gdzie jest, rozeszło się po kościach.

Mimo to ten zakup, a nie czterdzieści baniek za Joao Mario, imponuje. Bo Gabigol ma papiery na zostanie światową gwiazdą. Czeka go daleka droga, wiele przeszkód – oczywiście. Ale tak jak wiedziałem, że Inter nie jest w stanie kupować światowych gwiazd, tak sądziłem również, że poza zasięgiem, szczególnie w dzisiejszym nastawionym na kupno młokosów futbolu, są goście tacy jak Gabigol, uważani za pewniaków do zrobienia światowej kariery, a z szansą, by wejść na sam szczyt. Warto śledzić uważnie jak to się rozwinie.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (0)