Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

„Łodzianie mogą być czarnym koniem Ligi Mistrzów” pisała podobno niemiecka prasa po pierwszym meczu Widzewa z Borussią Dortmund. Legia z sezonu 95/96 wyszła z grupy, co tu dodawać. Nawet Wisła w szczytowym okresie Cupiała, choć do elity się nie dostała, to byłaby zaporą nie do przejścia dla dzisiejszej Legii. Ale w porównaniu do tych trzech drużyn, bez porównania mocniejszych boiskowo, aktualny mistrz Polski ma asa w rękawie: nie jest budowany w oparciu o „nikt nie da ci tyle, ile obieca ci Widzew”, „wypić za swoje to nie sztuka”. Nie jest budowany przez jednego faceta z wypchaną walizką forsy, którą dziś przeznacza na piłkę, a jutro postanowi, że jednak bardziej kręci go budowanie czterogwiazdkowego resortu na Seszelach.

Długofalowe myślenie. Tak jak piłkarzy należy chwalić, gdy mówią, że skupiają się tylko na najbliższym meczu, tak działacz legitymujący się taką maksymą jest do zwolnienia. Dlatego mam nadzieję, że w Legii nie zachłysną się czekającą ich jesienią w elicie. Bo o to bardzo łatwo, a to byłaby skrajnie nieodpowiedzialna postawa.

O zachłyśnięcie się jest łatwo, sam bardzo jestem ciekaw już losowania. Paweł Mogielnicki z 90minut.pl powiedział kiedyś pół żartem, że bardziej kręcą go losowania niż same mecze, a i ja jak myślę o tym to działa mi na wyobraźnię. Po dwudziestu latach banicji niemal nie mieści się to w głowie. A przecież potem będzie Bernabeu, Camp Nou, Juventus Stadium, wizyta w Anglii czy jeszcze gdzieś, gdzie wstępu przez lata nie mieliśmy. A przecież bankowo dostaniemy taki zestaw, że każdy na papierze zacznie szacować: nie no, awansu to nie będzie, ale o trzecie miejsce przy sprzyjających wiatrach można powalczyć.

Może i będzie można, kto wie, niejedna dobra drużyna rodziła się w bólach. Niejedna na początku prezentowała się jak zbieranina bez charakteru, bez jaj, bez zgrania, bez wyraźnych oznak, że tworzy wspólnotę, jeden organizm. W dzisiejszej Legii nikt nie wygląda jakby miał umierać za kolegę – prędzej za swoją torebkę Louis Vuitton. Ale też Liga Mistrzów postawi do pionu, bo każdego w tej szatni będzie szczerze elektryzować. Kogoś, bo liczy na wybicie się do silniejszej ligi, kogoś, bo to obrosła w Polsce mitami niedostępna kraina – tak czy inaczej każdy znajdzie tutaj poczwórną motywację na mecz.

Poza tym wyjdą zarazem – paradoksalnie – na luzie. Skompromitować się już nie mogą, to groziło wyłącznie wczoraj. Czy Legia w ogóle może się ośmieszyć w fazie grupowej Champions League? Czy kompromitacją byłoby sześć porażek? Nie, choćby i wszystko przerżnęli po 0:3, najważniejsze już udało się zrobić i koniec pieśni. Zresztą, wątpię by szykował nam się horror: przyjedzie ktoś patrzący z góry, dla którego mecze w Polsce będą starciami czwartej kategorii – w takich warunkach o honorową porażkę, na którą patrzyło się bez bólu, nie jest trudno. Zaryzykuję i powiem: nawet o punkty będzie łatwiej, niż o wyraźne słowa krytyki.

Ale żyć tymi meczami mogą sobie kibice, mogą piłkarze. Szefostwo już dziś, w czwartek osiemnastego sierpnia 2016 roku, dzień po meczu z Dundalk, gdy jeszcze w Warszawie nie dogasły wszystkie miętowe malborasy, musi zrozumieć, że od zaraz celem numer jeden, któremu trzeba podporządkować wszystko, jest awans do przyszłorocznej Champions League. Kolejny skok na kasę, który może dać szansę w nadciągających czasach, gdy elita będzie w wielkim stopniu zabetonowana. Gdy trzeba będzie rozegrać nawet pięć rund o raptem pięć pozostałych miejsc, można nie być pariasem. Nie być petentem w starciu z Ajaksem Amsterdam, z Olympiakosem, z mistrzem Belgii, z mistrzem Szwajcarii, Chorwacji. Dziś Legia jest w strzępach, rok to dość, by zbudować fundamenty pod mocną ekipę, która da radę w NA PEWNO trudniejszej drabince, a potem ponownie się obłowi i będzie kontynuować postęp. Będzie szykować się na ciężkie czasy, które już za rogiem. Wydaje nam się, że futbol jest niesłychanie rozwarstwiony, a najlepszych dzieli od reszty przepaść – no to za chwilę może zrobić się nie przepaść, a cały kanion. Legia ma szansę nie zostać po drugiej stronie, a przynajmniej gdzieś bić się na prowizorycznym moście.

Pieniądze same się właściwie nie zagospodarują, co doskonale pokazuje los wielu klubów z naszego regionu, które przewinęły się przez Ligę Mistrzów i zniknęły z mapy. Ale w wielu przypadkach były to właśnie dawne Widzewy, Legie, Wisły Kraków – świetne drużyny, ale też zarazem podmioty nie mające szans na konsekwentne działanie. Legia jest dziś jednak firmą, u której jest możliwość konsekwencji. I jest ona nad wyraz potrzebna, jeśli ten klub ma za parę lat nie zostać przez możnych odstawiony na boczne boisko.

Pieniądze jakie otrzyma Legia są gigantyczne w warunkach Ekstraklasy, ale na poziomie, do jakiego aspiruje Legia, już niekoniecznie – futbol tu jest cholernie drogi, to parę nietrafionych transferów i koniec, przeżarte. Test przed szefostwem Legii niebywały. Właśnie osiągają to, czego od początku chcieli, ale co zarazem dla nich jest – na swój sposób – najtrudniejszym momentem.

Jak to szło? „With great power comes great responsibility?”. Zachowując proporcje, a więc „great power” tylko do naszych warunków i porównań ze starymi Legiami, to może być kluczowe zdanie.

***

Kibice innych klubów mają pełne prawo martwić się awansem Legii, to jasne. W całym zamieszaniu, o którym pisał wczoraj między innymi Kuba Olkiewicz, najbardziej nie rozumiem kibiców z Warszawy oburzonych, że ktoś w Polsce może nie być za Legią w pucharach. Natomiast czytałem też wiele rozsądnych opinii legionistów, którzy mówili: a dlaczego ma mnie to w ogóle ruszać, że w Poznaniu nie założą szalika Legii? Do czego mi to potrzebne?

O inne kluby zresztą aż tak bym się nie martwił w perspektywie ligowej. Tu, po zniesieniu reformy, która teraz bardzo sprzyja Legii, kiedy będzie trzeba punktować w każdym meczu na maksa, szczerze wątpię, by Legia już za chwilę była tak mocna aby móc żonglować mocno składem, a mimo to regularnie golić rywali. Nie, aż takiej przepaści nie będzie, by obskakiwać dwa fronty – ligowy na drugim planie – i w obu być równie kompetentnym. Rozsądnie zarządzanych ekip coraz więcej, a spinkę na Legię będzie miał każdy – pieniądze autostrady do mistrzostwa Polski nie otworzą. Może będzie to droga szybkiego ruchu, ale ostrych zakrętów na trasie wiele.

***

Siłą rzeczy, trudno obecnie nie pisać o Legii. Ostatnie felietony poświęcone między innymi jej. Kto ma ochotę poczytać więcej, łapcie:

O TYM DLACZEGO SKORŻA BARDZIEJ PRZYCZYNIŁ SIĘ DO AWANSU NIŻ HASI

O TYM DLACZEGO LEGIA HASIEGO TO DLA MNIE ZBIÓR ZNAKÓW ZAPYTANIA

O TYM DLACZEGO LEGIA NIE MUSI GRAĆ NIC WIELKIEGO BY OSIĄGNĄĆ COŚ WIELKIEGO, A WIĘC AWANS

***

PS: Wybaczcie zdawkowość dzisiejszego felietonu – mam urlop, urlop szczególny, bo weselny. Od września wracam do pracy pełną parą, ciekawych pomysłów sporo, obiecuję.