Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Uwaga, szykujcie amunicję, uwaga, ostrzcie topory, zakładajcie kastety, dociążajcie glany. Uwaga, obwieszczam co następuje: absolutnie nie przekonują mnie ruchy transferowe Legii. Ostatnio tyle znaków zapytania nosił moim zdaniem Jim Carrey w „Batman Forever”.

O co te pytajniki? A chociażby o spójność filozofii kadrowej. Wydawało mi się, że klub taki jak Legia całkiem rozsądnie od jakiegoś czasu podążał ścieżką Pazdanes y Dudas, względnie Nikolics y Bereszyński’s.

Ekstraklasa to dla niego przystępny, dobrze zaopatrzony sklepik pod blokiem, w którym sklepowa rzadko się targuje – dominację Legia potwierdziła Pazdanem, jeszcze bardziej Hamalainenem, a teraz Dąbrowskim.

Ligi okoliczne też potrafiła coraz lepiej penetrować – wyrwanie Nikolicsa z Węgier było transferem imponującym na skalę regionalną. Duda, jaki się na koniec nie okazał, tak był jednym z najgorętszych talentów Słowacji i wygranie walki o niego to sukces, a inwestycja zwróciła się z nawiązką.

Dziś gracze o takim profilu jak Nikolics czy Duda – najlepsi bądź najbardziej utalentowani w ligach Europy Środkowej – jeszcze chętniej powinni spoglądać na warszawski kierunek, widząc, że to się opłaca. Legia, naturalnie, ma też już większe możliwości finansowe.

Ale koniec z filozofią Pazdanes y Dudas, choć była szansa na jej harmonijny rozwój – czas na Jugadores, któros znajos treneiros Hasis.

Patrzę na Ofoe, Langila, Moulina i zastanawiam się jak te nabytki mają się do polityki transferowej uprawianej przez Legię w ostatnich latach? Dlaczego nie ma żadnych punktów stycznych? Czy naprawdę w Legii doszli do wniosku, że ostatnio robiono wszystko źle i trzeba wcisnąć reset?

Który z tej trójki jest jeszcze na wznoszącej, który jest autentyczną inwestycją?

Czy można zaryzykować tezę, że piłkarze sprowadzani w ostatnich latach niemal zawsze byli takimi, dla których Legia była największym klubem, w jakim przyszło im grać?

Co wyzwalało naturalną motywację? Bo już trafienie do Legii było dla nich sukcesem, względnie – kolejnym krokiem do przodu, podczas gdy dla dla takiego Ofoe to raczej zesłanie?

Czy sytuacja, w której sięgamy po zachodniego legionera ostatnio kroczącego wyboistą ścieżką, a dla którego Warszawa i Legia jest – siłą doświadczeń – prowincją, nie skompromitowała się za czasów Novo i Blanco?

Jak duże jest ryzyko, że ci goście stworzą swoją zamkniętą grupkę i ni cholery nie zintegrują się z resztą?

Czy oni na pewno świetnie odnajdą się w naszym kręgu kulturowym?

Czy ktokolwiek w Legii będzie mógł powiedzieć: „tak, oglądaliśmy Ofoe od dawna, mamy szczegółowe raporty jego gry z ostatnich dwóch sezonów, jesteśmy pewni, że to gracz, jakiego nam trzeba”? A może jedyne co mogą powiedzieć to „no dobra, Besnik, przekonałeś nas, że on coś tam umie, niech będzie. Nie spierdol tego”.

Czy ten Ofoe, który ostatniego gola strzelił za króla Kraka, regularnie grywał za Poniatowskiego, w Premier League zaistniał jak Czerkas w Championship, natomiast w szczytowym okresie z jego Brugią jak równy z równym rywalizował Lech Poznań, to naprawdę jest oczywisty kandydat na najlepiej zarabiającego piłkarza w historii Ekstraklasy?

Czy reszta szatni nie będzie trochę się czuć na zasadzie: kurwa, my zrobiliśmy mistrza, a tu treneiro sprowadza swoich kolesi, którzy – skoro tyle zarabiają – mają być z miejsca liderami drużyny? NASZYMI liderami? I czy trudno podejrzewać, że mogą tego nie kupić?

Jeden „swój” Moulin nikogo nie razi, naturalna sprawa. Ale gdy sprowadza się trzech, w tym jednego, który będzie najlepiej zarabiającym w szatni, to już ściąga się na plecy poważny bagaż odpowiedzialności. Jak oni nie wypalą, nie zaczną ciągnąć zespołu, to pociągną trenera na dno – z ich przydatności też będzie rozliczany. Czy skrajnie nieprawdopodobne z tego względu jest myślenie, że dostaną nieco więcej kredytu zaufania, więcej szans, co zarazem może wkurwić wszystkich innych?

Czy jak powinie się Hasiemu noga nie będą chcieli spieprzyć czym prędzej gdziekolwiek na zachód?

Być może będą grać zajebiście, być może wszystko pójdzie pięknie – to naturalnie więcej niż możliwe. Niemniej na razie Legia jest dla mnie mozaiką znaków zapytania, z jakiej dumny byłby nawet krawiec wspomnianego Człowieka-Zagadki.

***

Czy w Wiśle Kraków odbywa się jakaś szekspirowska sztuka, której nie znam, bo przecież wielu nie znam? Czy to jest jakiś performance? Jak można przejmować tak zasłużony dla polskiej piłki klub, a przy tym być tak transparentnym, jakby się prowadziło stoisko z piratami do Pegasusa, względnie próbowało wcisnąć podróbkę piły spalinowej na parkingu pod Praktikerem?

Ja serio chciałbym uwierzyć, że wszystko będzie poukładane, że wszystko się ułoży. Ekstraklasa potrzebuje silnej Wisły, chciałbym, by Biała Gwiazda rok w rok biła się o mistrzostwo. Ale na czym mam oprzeć swój optymizm? No na czym?! Włodarze proszą o zaufanie – okej, jasne, ale dajcie nam COKOLWIEK. Rzućcie przynajmniej ochłap, na którym chociaż szczątki tego zaufania dałoby się zbudować.

Jak nie chcą zadbać o własny wizerunek, to człowiek sam zaczyna szukać. I tego wizerunku nie budują facebookowe wpisy Meresińskiego o lewarowaniu finansowym, nie budują hasła „życie jest jak rower, nie kręcisz, nie jedziesz!”, nie buduje go ewidentny brak znajomości zasad rządzących językiem polskim. Nie ma nic budującego w raportach KRS, nie ma nic budującego w historii niektórych sygnowanych nazwiskiem firemek… Nawet to hasełko „zrobimy pięć transferów!” rzucone kibicom dla mnie brzmi dziwacznie, nieco desperacko, jak gaszenie pożaru, którego jeszcze nie widać.

Panowie, wasze milczenie w oczywisty sposób działa na waszą niekorzyść. Każdy dzień zwłoki sprawia, że wszyscy postrzegają was coraz bardziej jako ściemniaczy. Ja w tym momencie postrzegam Reymonta jako bastion surrealizmu, bo nie daliście mi niczego, na czym mógłbym oprzeć chociaż błache „a może jednak?”.

***

Nikt tak cię nie doceni, jak rywal z niższych lig. KKS Włokniarz Kalisz wylosował Pogoń w Pucharze Polski. Mecz, który nie będzie interesował prawie nikogo poza samymi zainteresowanymi, ale który w Kaliszu urasta do rangi wielkiego święta.

Przyjeżdża Pogoń, po której pokładzie szaleją kryzysy, gdzie szefostwo uważa drużynę za godną Champions League, tylko wstrętni trenerzy szkodą, gdzie trener z miejsca wsadzany jest na minę. Moim zdaniem w tym momencie mało który klub Ekstraklasy ma więcej problemów do rozwiązania.

Ale w Kaliszu zostaną podjęci jak Barcelona. „Historia pisze się na naszych oczach…” – to jest dla nich najważniejsze, najgłośniejsze starcie od wielu, wielu lat.

A potem śmiejecie się z trenera Rybarskiego, gdy mówi, że Szatałow wciągnął go do wielkiej piłki. Ekstraklasa to jest wielka piłka, kto uważa inaczej, za dużo ogląda Premier League i La Liga w kapciach przed telewizorem.

***

Tytułowanie newsów na niektórych portalach przekracza granice obłędu. Ja rozumiem, że trzeba zaciekawić, ale zrezygnowałem z wchodzenia na wiele stron tylko przez te tytuły. Czuję się tam jakbym był płotką w stawie, nad którego brzegiem siedzi stu wędkarzy. Czuję się jakby na mnie polowano, osaczano.

Zrażam się i znajduję miejsca, w których jest normalnie. W których być może tytuł nie zawsze mówi wszystko, ale w których – wybaczcie – strona główna nie wygląda tak, chciała cię w ciemnym zaułku wydymać.

Ja wiem, że w tych redakcjach jest wielkie ciśnienie na klik, z tego są rozliczani, na tym opierają się sponsorskie deale. Ale widziałem za dużo świetnych materiałów kolegów po fachu, gdzie dali błyskotliwy tytuł nierozerwalnie związany z treścią, a nawet prowadzący z nią w wyszukaną grę, a który to tekst był zabijany przez jakiegoś rzeźnika od żebroklików.

Specjalistą nie jestem, ale uważam, że przekroczyło to już wszelkie dopuszczalne granice. Przecież nawet jak dasz się skusić i klikniesz, to w 99% jesteś nie tylko rozczarowany, ale zrobiony w konia – czy to jest budowanie więzi w czytelnikiem? Czy to jest budowanie w nim zaufania? Moim zdaniem to nie ma przyszłości, pewnego dnia pieprznie i wrócimy do normalności. Normalności, a więc gdy dobry tytuł, to tytuł błyskotliwy, a nie robiący z użytkownika idiotę.

Leszek Milewski