Liverpool rządzi na dzielni, Everton po gangbangu
Anglia

Liverpool rządzi na dzielni, Everton po gangbangu

Gdyby w Evertonie grał Tomasz Wróbel, to dziś w pomeczowym wywiadzie usłyszelibyśmy wiadomy komentarz. Gdyby gdzieś obok biegał Grzegorz Skwara, wreszcie doczekalibyśmy się części drugiej słynnej, wręcz kultowej wypowiedzi. Liverpool brutalnie zabawił się z rywalami zza miedzy, postanawiając w końcówce sprawdzić jeszcze, ile sztuk uda się na drogę zapakować Evertonowi do bagażnika.

O grze „The Toffees” najlepiej niech świadczy fakt, że najlepszym zawodnikiem gości zbierających 0:4 był… bramkarz. Joel Robles robił co mógł, by nie doszło do dwucyfrówki, ale momentami był po prostu bezradny. Jeśli obrońcy rozjeżdżają się jak dziecko, któremu pierwszy raz zakłada się łyżwy na nogi, a dopieszczone otwierające podanie jest w stanie zagrać Lucas Leiva, a bramkę zdobywa strzelający od wielkiego dzwonu Sakho, to jest bardzo, bardzo źle.

Porównanie przez Przemysława Pełkę tego meczu do starcia hokejowego dawnego Związku Radzieckiego z dowolnym europejskim rywalem – absolutnie nieprzypadkowe.

Image and video hosting by TinyPic

To było jedno, wielkie, nie ustające ani na moment bombardowanie. Nad Evertonem nie zlitował się nawet sędzia, który przedłużył spotkanie o siedem minut. Choć to właśnie The Toffees, a właściwie głupota Funesa Moriego spowodowała takie wydłużenie dzisiejszych męczarni. Jakby cierpkich słów wobec gości było mało, on swoim bezmózgim, bandyckim atakiem na nogi Origiego załatwił kolegom trzy kwadranse gry w dziesiątkę. A sobie – wcześniejsze wakacje. Nie wyobrażamy sobie bowiem, że tak chamski atak, wymierzony w złamanie nogi przeciwnika, miał nie skończyć się wielomeczowym wykluczeniem.

Zrzut ekranu 2016-04-20 o 23.23.26

Jakby tego było mało, schodząc z boiska, Funes Mori łapał się jeszcze dumnie za herb Evertonu. Już sam ten gest powinien wskazywać na to, że gość kompletnie nie wyraża skruchy i wypada mieć tylko nadzieję, że bez żadnych skrupułów zostanie teraz dyscyplinarnie potraktowany.

Roberto Martinezowi autentycznie nie zazdrościmy. Jakim cudem gość, nad którym od jakiegoś czasu wisi cień Manuela Pellegriniego, w trzy dni poskłada do kupy morale zespołu przed półfinałem FA Cup przeciwko Manchesterowi United?

***

Manchester tymczasem konsekwentnie wygrywa, notując piąte zwycięstwo w szóstym kolejnym meczu. Louis van Gaal nie pozostawił wątpliwości, po co dziś jego zespół wychodzi na murawę  nieco opustoszałego Teatru Marzeń. Trzech nominalnych napastników – Rashford, Martial i Rooney – miało załatwić Crystal Palace na cacy.

A że w tym sezonie nie wszystko wychodzi Holendrowi tak, jakby tego chciał, to i dziś wszystko było na opak. Wystawia niezwykle ofensywne trio? No to bramkę strzeli Matteo Darmian, a drugą dołoży również obrońca, tylko że gości. Damian Delaney skompletował tym samym dość osobliwego hat-tricka. Od kiedy Orły z Selhurst Park awansowały do Premier League, strzelił już trzeciego samobója.

***

Komplet dzisiejszych wygranych gospodarzy to również sprawka West Hamu, który nie dał szans ekipie Watfordu, wygrywając z nią pojedynek na rzuty karne. Sędzia Mike Dean postanowił hojnie obdzielić nimi obydwa zespoły, trzy razy wskazując wyprostowaną ręką na jedenasty metr. Bilans: 2:0 dla West Hamu.

Po raz kolejny Royowi Hodgsonowi przypomniał się też Andy Carroll, któremu selekcjoner miał  ostatnio powiedzieć, że jeden hat-trick z Arsenalem to za mało, żeby załapać się do kadry na Euro we Francji. Tak? No to sprawdźmy, czy seria trzech meczów z pięcioma golami wystarczy.

***

Zrzut ekranu 2016-04-20 o 23.20.35

KOMENTARZE (0)