Casual Friday: I tylko rodzice mówią: ale wstyd przed znajomymi
Weszło Extra

Casual Friday: I tylko rodzice mówią: ale wstyd przed znajomymi

Najbardziej znany groundhopper w Polsce. Twórca kanału youtube’owego, który zrobił furorę. W tym momencie kojarzy go już każdy polski kibic. Radosław Rzeźnikiewicz, ojciec przedsięwzięcia Kartofliska.pl w długiej rozmowie z Weszło. Który stadion śmierdzi zielskiem? Gdzie wzięli go za nielegalnego imigranta? W czym wyprzedził Czesława Michniewicza? Jaka jest największa zaleta Barcelony? W jakim mieście wziął najdroższy hotel, a jaka wyprawa dałaby „Rzeźnikowi” największe spełnienie?

Włochy to mainstream jak na ciebie.

Co w tym takiego mainstreamowego?

Zwykle wybierasz mniej oczywiste kierunki.

Kiedy trwają rozgrywki w Polsce, koncentruję się na niższych ligach. W przerwie chcę skoczyć gdzieś dalej. Wczuć się w temat kibicowski i wykorzystać kibolskie atrakcje. Dopiero potem wrócą te piździawki z B-klasy. Słyszałem z wiarygodnych źródeł, że derby Genui są mocne, wszyscy mi polecali, więc pomyślałem, że trzeba sprawdzić. Działo się. Dużo bramek. 2:3 chyba, race na boisku. Wiele lepiej niż w Sewilli, którą też chciałem sprawdzić pod kątem kibicowskim. Podejście do piłki hiszpańskiej mam takie sobie, ale ile się nasłuchałem, że jak zobaczę Betis – Sevilla, to zmienię zdanie?! Nie zmieniłem. Nic się nie działo. Może gdyby były bramki, to kibice bardziej by się nakręcili.

Ale już na derbach Barcelony śmierdziało ostatnio szamotaniną.

Kiedy tam byłem – ale na Camp Nou – śmierdziało co najwyżej zielskiem. Główny zapach tego stadionu. Dziwne zwyczaje tam mają. Niby derby, a w sektorze gości 17 osób. Przecież daleko nie mieli. Ale będę tam za tydzień – Barcelona gra z Athletikiem Bilbao. Nie mogę tylko znaleźć alternatyw. Jeżeli trafię na coś w ósmej lidze, to skoczę tam. W przeciwnym razie od bidy polezę na to Camp Nou. Tylko zawsze mówiło się, że ta Barcelona taka tania – podróż i mecz – a teraz ceny skoczyły. Najtańszy bilet – 70 euro. Patrzyłem oczywiście tylko na te z samej góry, żeby nie widzieć piłkarzy. Oni mnie interesują najmniej. Pytam każdego dziennikarza, który rząd by wybrali, gdyby mogli – pierwszy czy ostatni. Wszyscy mówią, że pierwszy. A ja nigdy. Wolę siedzieć na górze, żeby złapać cały stadion i wszystkie grupy kibicowskie. W Sewilli nie było nic. Nuda.

Zagraniczni kibice często się podniecają swoimi kibicami. W Rio słyszałem, że muszę iść na mecz Vasco, bo na pewno nigdy wcześniej nie widziałem takiego dopingu. Poszedłem i był dramat. Potem pokazałem im oprawy z Legii czy Lecha i lekko odwrócił im się światopogląd.

Zawsze mam do tego dystans. Kręcę nosem na wszystko. Tak się przyzwyczaiłem do derbów Belgradu, że gdziekolwiek pojadę, jest gorzej. W Genui widziałem się z kolegami ze Szwajcarii i Szkocji. Szkot miał w planie zobaczyć 50 najważniejszych derbów europejskich, zaczął od Belgradu i teraz nigdzie mu się nie chce jeździć. Ale jeździ i odhacza. Genua akurat mu się spodobała i zajmuje u niego drugie miejsce. Ja pojechałem do Belgradu z nastawieniem, że trzeba to zobaczyć. Od tego momentu byłem na wszystkich derbach.

Czyli?

Sześciu? Siedmiu? To nie było tak dawno. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie pojechać na następne. No, chyba że w robocie nie pozwolą. I z nikim nie muszę się umawiać, bo z góry wiem, że będzie tam 15-20 znajomych.

Gdzie siadasz w takim Belgradzie?

Tam się nie siedzi.

Domyślam się, ale gdzie się umiejscawiasz?

Na neutralnej, żebym mógł oglądać, co się dzieje za bramkami. Ale ciężko przewidzieć. W kwietniu zachciałem innej perspektywy, poszliśmy do sektora rodzinnego, a tam największe napierdalanki. Akurat jak się usadowiliśmy, to trzeba było się szybko przemieszczać. Nigdy nie wiadomo. Innym razem siadłem na trybunie głównej na Partizanie, patrzę, a towarzystwo przerzedzone. Okazało się, że działo się coś pięć minut wcześniej.

Zdarzyło ci się kiedyś oberwać?

Ostatnio idziemy z kolegą po derbach Rzymu. Nagle leci policja. Ale na wszystkich, nie tylko na nas. Kolega zaczął uciekać, a ja zostałem, bo – że tak powiem – miałem spowolniony start. No i co? Mnie minęli, a za nim pobiegli i go spałowali. Lali po drodze wszystkich, a mnie oszczędzili. Albo przyjeżdżamy do Genui i kontrola policyjna. Tak nas przetrzepali, że nawet czytali moje notatki w zeszycie. Musieli założyć, że wyglądam jak jakaś hołota, bo jaki inny powód? Pytają o cel wizyty. Nie wiedziałem, jakie atrakcje turystyczne wymienić, więc bez ściemy: mecz. I to ich o dziwo uspokoiło. Chyba polowali na nielegalnych imigrantów, a my widocznie na takich wyglądaliśmy. Nawet nie założyli, że jesteśmy turystami. Zwykle jednak kiedy powiesz, że przyjechałeś na mecz, to z góry coś nie gra. Musi się dziać coś podejrzanego. Czasem kiedy lecę sam, lubię sobie zorganizować jakiś hardcore. Trzy państwa w trzy dni. Zaplanowałem, że w piątek będę w Atenach na koszykówce, w sobotę na hokeju w Mediolanie, a w niedzielę w Portugalii. Pojechałem na lotnisko i okazało się, że kupiłem bilet na dzień później. Pomyłka. Ale stwierdziłem, że skoro już jestem na lotnisku, to po co wracać do domu? Gdzieś polecę.

Kupiłeś nowy bilet na lotnisku?

Chciałem, ale okazało się, że… wcześniej kupiłem jeszcze inny bilet. Podchodzę kupić nowy, a tam: „ale zaraz, pan ma już bilet na dziś!”.

Zapomniałeś, że kupiłeś bilet?! To ile ty tego wszystkiego wykupujesz?

Jedna z głupszych rzeczy. Wpadła mi jakaś promocja za 20 złotych, to wziąłem i okazało się, że się przydały. No i poleciałem – a już wcześniej to planowałem – na derby Spakenburga w trzeciej lidze holenderskiej. Jedne z lepszych derbów Europy. Po Belgradzie obowiązkowy punkt. O, ale wiesz, co jest najlepsze przy tej trzydniowej wyprawie? Jestem w Mediolanie, a Michniewicz wrzuca tweeta o treści „ruszamy”. Wychodzę akurat na hokeja, potem na piwo, drugie piwo, wracam do hotelu, coś sobie robię na kompie, idę spać, rano wstaję, jadę na lotnisko w Bergamo, lecę do Porto, ląduję, jem śniadanie, wchodzę na Twittera, a Michniewicz: „dojechaliśmy”. Obejrzałem mecz hokeja i przeleciałem pół Europy, a ci się wlekli przez Polskę z Lublina do Szczecina.

Genialne. A ty organizujesz te wyprawy na spontanie? Otwierasz piwko przed kompem i sprawdzasz, jakie są loty?

Wręcz przeciwnie – najbardziej pasjonuje mnie planowanie. Codziennie spędzam godzinę-dwie na sprawdzaniu terminarzy. To jest w piłce najciekawsze – terminarze i połączenia lotnicze. Kalendarz mam zaklepany do końca maja.

Jak szef korporacji.

Tydzień po tygodniu wiem, gdzie będę. I mimo wszystko co wieczór sprawdzam, czy czegoś nie przegapiłem. Albo czy mogę coś dorzucić lub przebukować bilet na dzień wcześniej. Może to głupie, ale cały czas mam wrażenie, że coś przeoczyłem. Bezsensowne tracenie czasu, ale mnie to zwyczajnie kręci. Promocje lotnicze, terminarze, kalendarz ligi. Jeżeli trafia się Mołdawia za trzy stówy w dwie strony, to cisnę. W styczniu mam cztery wyjazdy. Ale ta Barcelona to nie mój pomysł. Jeden z moich ulubionych YouTuberów chciał jechać, więc się nagiąłem.

W końcu Barcelona jest blisko Andory.

To jej największa zaleta! Myślałem nawet, żeby skoczyć do tej Andory, ale akurat gra tylko pierwsza liga, a druga nie. Więc zostanie Barcelona.

Żarty żartami, ale tam masz masę drużyn w niższych ligach.

U nas w ósmej lidze na Mazowszu jest – powiedzmy – z dziesięć grup, a w Katalonii z trzydzieści. Liczę tylko, że coś się pokryje z tym meczem Barcelona – Athletic. A potem mam Ateny. Już tam byłem, ale napaliłem się na derby w kosza Olympiakos – Panathinaikos. Super atmosfera. Teraz się tylko okazało, że przesunęli mecz na poniedziałek, kiedy mnie już nie będzie, ale nie przejmuję się. Ateny zawsze są ciekawe. Zawsze syf, burdel jakieś strajki i inne napierdalanki. Nie ma nudy. A potem? Ty, faktycznie sam mainstream. Tak, jak mówiłeś na początku. Stwierdziłem, że dam szansę derbom Mediolanu.

„Dam szansę” (śmiech).

No dam szansę, bo słyszałem, że są chujowe. Byłem raz, ale kiedy poleciałem, żeby się upewnić, to jeszcze trafiłem na bojkot. Wchodzę na San Siro, patrzę, cisza. Sprawdzam w internecie i się okazuje, że rano kibice podjęli decyzję. Nie pozwolili wnieść oprawy Interu, więc Inter zbojkotował, a Milan solidarnie stwierdził, że nie będzie prowadził dopingu. To co mam robić? Oglądać derby? Padaka. Dobrze, że mają bary w tych charakterystycznych wieżach, więc przesiedziałem tam cały mecz i patrzyłem na murawę przez okienko. Może przez jedno nie było widać którejś z bramek, ale to bez znaczenia. Spodziewałem się dramatu, a dramat był totalny. Dlatego mówię, że dam szansę. Wykupiłem bilety, zarezerwowałem hotel, ale jeszcze sprawdzam terminarz na ten weekend.

Na który z wyjazdów najbardziej się nakręcasz?

Powiedziałem kiedyś, że chciałbym zmienić kontynent. Miałem sporo takich sugestii, ale przez najbliższe pół roku chyba nie wypali. Wszystko już zaplanowane. Na co się napalam? Na Belgrad i Luksemburg.

Nie byłeś w Luksemburgu?

Byłem, ale nie na trzeciej lidze hokeja.

To tam mają trzecią ligę hokeja?!

Nie, to trzecia liga francuska, ale gra tam ekipa „Tornado Luxembourg”.

Nie myślałeś, żeby zrobić z tego biznes? Skoro tak wiele osób do ciebie pisze, to mógłbyś jak Kuźniar odpalić inicjatywę pt. „podróżuj z Kartofliskami”. 

Coraz więcej osób mi pisze, że chciałoby gdzieś ze mną polecieć, ale nie chcę nikomu niczego planować.

Bo ktoś się może rozczarować?

Rzadko latam z kimś, kogo nie znam. Te wycieczki są mocno specyficzne. Nie chcę nikogo na siłę uszczęśliwiać. Oglądasz filmik, skrót, ale to tylko wycinek. Podróż pociągiem, która trwa cztery godziny, zajmuje w filmiku dwie sekundy. Nie chcę potem zarzutów, że „nic głupiego się nie wydarzyło”. Nie chcę się stresować, że wszyscy mają być zadowoleni.

Ale dużo masz takich próśb?

Ostatnio sporo. „Zbierzemy ekipę, pojedziemy”. Ludzie piszą: „jadę z tobą!”. Nawet nie pytania, tylko zdania twierdzące. A moim zdaniem wielu byłoby rozczarowanych. Nie wszyscy mają taki styl życia jak ja.

Czyli na przykład tańsze hotele? Czy chodzi o coś innego?

Raz mi się zdarzyło, że wziąłem prawie najdroższy w mieście, ale to było tak głupie, że nie wiem, czy o tym mówić.

Dawaj.

Leciałem do Oslo. Miała tam być grupa Niemców, a oni zwykle traktowali wszystkich z wyższością. Na zasadzie: co to nie my, jesteśmy najlepsi na świecie. Teraz nawet się zmienili i Ruscy tak mają, ale wtedy pomyślałem sobie, że skoro pojawią się takie cwaniaki, to trzeba im pokazać już na starcie. Oni wzięli pole namiotowe, a ja hotel w samym centrum, bo takie mamy teraz, kurwa, w Polsce standardy i nie ma wcale bidy. Pokazówka. Bez sensu. Oni w namiotach, to ja wziąłem gwiazdki. I to niejedną. Te wyjazdy są bardzo intensywne. Żeby zobaczyć kilka spotkań dziennie, musisz mieć wszystko perfekcyjnie zaplanowane. Jeżeli mecz w Bergamo jest o 20:45, a o 15 w Weronie, to zakładam, że dojadę, zostawię bagaż w hotelu i pod stadionem będę o 20:18. Czyli 25 minut na ogarnięcie biletów i wejdę na styk. Często też mecze są przekładane. W Premier League stacje dyktują warunki i planują transmisje z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, ale nie ósma liga. Ostatnio ktoś do mnie napisał w listopadzie, kiedy najbliższy mecz Coco Jambo Warszawa. Mówię, że chyba w kwietniu. Ale którego kwietnia i o której? Ludzie nie wiedzą, że to tak nie działa. Ostatnio byłem w Portugalii i miały grać kobitki na głównym stadionie Boavisty. Pasuje godzinowo, to jadę. Dupa. Nie ma meczu. I nawet nie ma jak sprawdzić dlaczego.

Ile ci zostało państw w Europie?

Siedem-osiem? Ukrainę zostawiłem na deser, bo blisko. Kazachstan na razie mnie nie kręci. Ale nie mam ciśnienia, że muszę coś skompletować. Gdyby mi zależało, to machnąłbym te osiem państw do czerwca. Za dużo się w tym wszystkim zrobiło punktów obowiązkowych, a rok ma tylko 52 tygodnie.

A derby Buenos Aires nie kręcą cię kibicowsko?

Dobra, ale załóżmy, że grają 12 kwietnia. Rezerwujesz lot, ale nie wiesz, czy nie przełożą na 10, 13 lub 14. Musisz jechać na dłużej, a ja wolę krótkie strzały. Cztery dni to już za dużo. Poza tym cholera wie, czy dostaniesz bilet. Pewnie nie. Za dużo niewiadomych. Ale w czerwcu jest to nieszczęsne Euro i nie wiem co z tym zrobić.

Chcesz jechać?

Co ty, gdzie ja na Euro?! Na pewno nie pojadę. Chodzi mi po głowie dłuższy wyjazd. Myślałem o Australii i sprawdzałem nawet bilety. Nie wiem, czy gra pierwsza liga, ale niższe na pewno. Jestem jeszcze tylko cienki Bolek w liniach lotniczych poza Europą. Ale kto wie – może uda się w siedem-dziesięć dni zobaczyć mecze w Australii, Azji i Ameryce Południowej.

Za jednym zamachem?

Chciałbym.

W tydzień tego nie zrobisz.

Jak pokombinuję, to zrobię. W Europie śledzę wszystkie linie lotnicze, wiem, gdzie co lata, ale jeżeli napiszą, że mecz w Wietnamie jest 11 czerwca, to muszę mieć stuprocentową pewność, że się odbędzie. Im zmiana nie zrobi różnicy, a mi gigantyczną. Lecisz do Azji, tam dwa dni, Australia dwa dni, Ameryka Południowa dwa dni i powrót. Do zrobienia. I gdybym to zaliczył, chyba byłbym już na maksa spełniony. To największa frajda, kiedy zaplanujesz trudną wycieczkę, gdzie wszędzie wyrabiasz się na styk, nawet wracasz zjebany i zgubiłeś 30 rzeczy, ale wszędzie zdążyłeś i zobaczyłeś to, co chciałeś. Świetne.

Co cię dziś bardziej kręci – B-klasa czy te wyjazdy?

I to, i to. B-Klasa jest świetna, ale czasem muszę od niej odpocząć. Przez presję, jaką narzuca mój program.

Nie chcesz zbyt dużej obowiązkowości, bo zabiłaby cię rutyna?

Nawet nie o to chodzi. Gdziekolwiek się tam pojawię – ktoś mnie skojarzy. Skoro gość od Kartoflisk przyjechał, to na pewno powstanie zajebisty materiał. A może po prostu chcę zobaczyć mecz? Jasne, że przy okazji trzymam kija i nagrywam, ale nie zakładam, że każdy mecz wykorzystam. A tam zaraz: „weź zapytaj tego, zapytaj tamtego”. Najgorsze, że ktoś się wypowie, sprzeda jakieś bzdury jak w Ekstraklasie i nic z tym nie zrobisz, potem wracasz do domu i na skrzynce: „kiedy będzie? Kiedy będzie?!”. Nie żalę się, bo te mecze są zajebiste, ale to moje hobby. Nie lubię ciśnienia i presji.

Dlatego odrzucasz oferty z telewizji?

Miałem propozycje od kilku, ale nie chcę łączyć pasji z biznesem czy kontraktem. To główne założenie. Trzymam się tego najdłużej, jak mogę i myślę, że się nie złamię. Choć ludzie tego nie rozumieją.

Mógłbyś zacząć na tym nieźle zarabiać.

Ale nie chcę! Nie chcę łączyć wyjazdu na mecz z zarabianiem. To ma być radocha. Mam propozycje sponsoringu, ale też odrzucam. Pracuję w branży telewizyjnej i wiem, jak to wygląda. Póki się dogadasz na gębę, to wszystko fajnie. Ale kiedy podpiszesz kontrakt, to jesteś zobowiązany i jeżeli przestaniesz realizować go bardzo skrupulatnie, to zaczną mi się wtrącać. Nie chcę sytuacji, że muszę wypowiedzieć w materiale siedem razy nazwę jakiejś firmy. Albo, że „gdyby nie te trampki, nie doszedłbym na mecz”. Ludzie pisali w komentarzach, że jeszcze chwila i zaczną się zgłaszać browary. No i zaczęły! Proponują, że zaczną mi dostarczać piwo. Okej, ale dostanę skrzynkę, wezmę ją pod pachę i będę z tym zapierdalał z meczu na mecz? Wolę kupić na miejscu. Jest Żubr, niech będzie Żubr. Jest Żywiec, niech będzie Żywiec. Jest coś lokalnego, to chętnie skosztuję. A nie, że „mam takie i takie piwo, bo bez niego nie da się obejrzeć meczu”.

A ubrania? Mógłbyś zakładać bluzę jakiejś firmy i nikt by nie zauważył.

Ale po cholerę? Takie opcje też były. Chcę mieć pełną swobodę, a nie czytać, że logo miało mieć 15 milimetrów, a ma 13. Albo że logo było błękitne, ale nie do końca, bo nie odpowiadało współrzędnym RGB z kontraktu.

Na samym YouTube nie zarobisz?

Chyba nie.

Oglądalność masz świetną.

Niesamowicie przerosła moje oczekiwania, ale porównując do Wardęgi to nic. Zresztą Wardęga to podobno mój syn. Tak wygląda.

Ale masz świadomość, że internet wyprzedził już telewizję i mając tak mocny kanał już teraz, kiedyś będziesz mógł na nim grubo zarobić?

Na samych wyświetleniach nie.

Wrzucisz 10-sekundową reklamę przed filmikiem.

To nieduże pieniądze.

Kiedyś może będą duże.

Czy ja wiem? Musiałbym robić masówę, a mimo wszystko mam ograniczoną oglądalność i burdel na kanale, ale lubię się poruszać w takiej stylistyce. Wrzucam „Ósmą Ligę Mistrzów”, sporo osób polubi i zaraz pyta kiedy następny odcinek. Ale ktoś z zagranicy polubi filmik kibicowski, a potem pyta co to za gówno z B-Klasy. Wiesz, taki bajzel. Jeden filmik dobił do miliona wyświetleń. Cieszynka, jak zawodnicy wskakują do wody. Poszło po całym świecie i wtedy jedyny raz sprawdziłem, ile można zarobić. Mechanizm jest taki: wrzucasz filmik, on zaczyna żreć i dostajesz masę wiadomości: „Cześć, jesteśmy przedstawicielem YouTube, możemy się zająć promocją, tylko daj nam wyłączność i się podzielimy”. Zdecydowałem się dla eksperymentu. Oni pewnie swoje podziałali, filmik wykręcił milion i zarobiłem 600 złotych. Dla kogoś może dużo, ale przecież nie zaplanujesz: zrobię biznes na YouTube i będę miał regularnie miliony wyświetleń. Ile możesz mieć takich strzałów dookoła sportu? Śmieszy mnie tylko, że do pewnego momentu miałem zbliżoną liczbę subskrybentów do PZPN-u. Oni mają całą tę machinę i kontakt z Lewandowskimi, a ja robię jakieś gówno i wykręcam podobne liczby. Potem mi odjechali, ale to oczywiste – awansowali na Euro, doszła magia nazwiska „Lewandowski” i dziś są poza zasięgiem. Tak powinno być, ale do 50 tysięcy szliśmy łeb w łeb.

Kiedy w ogóle wymyśliłeś ten kanał?

Jeździłem na te piździawkowate mecze, żeby robić zdjęcia, ale zawsze interesowałem się tematyką kibicowską. Liczyli się tylko kibice, wszystko inne miałem w dupie. Przychodzę, odpalili sześć rac, pstryk, widziałem, spadam. Potem jednak – już po zrobieniu programu „Fanatyk” – pomyślałem, że może ta piłka jest jednak fajna i warto byłoby coś z niej wyjąć. W końcu pracuję w telewizorni i wiem, jak powstaje najprostszy materiał. Nagrałem coś na próbę, wrzuciłem jakąś bramkę, zobaczyło ją z 20 osób, napisał nawet jej strzelec i pomyślałem: ale to fajne! Nagrywałem kolejne i w końcu stwierdziłem, że skoro mam tyle materiału, to głupio byłoby tego nie połączyć. Tak powstała „Miesiączka”. Ale ktoś musi przy tym pokazać mordę, tylko kto? Przecież ja się nie nadaję. Skoro jednak w telewizji specjalizuję się w doprowadzeniu tzw. gówna do jakości antenowej, czyli sprawianiu, że żenujący prowadzący, który nie potrafi nic powiedzieć, zaczyna jakoś wyglądać, to może spróbuję to przenieść do piłki. No i zacząłem nagrywać Go-Pro wszystko poza twarzą. Celowy zabieg.

A „Miesiączka” trafiła do nietypowej kategorii.

Jedyny program o charakterze sportowym, który wylądował w kategorii „Menstruation”. Poradniki o okresach dla dziewczyn, a gdzieś pomiędzy moja „Miesiączka”. A „Ósma Liga Mistrzów”… Cóż, pomyślałem, że spróbuję to połączyć w podsumowanie a’la Liga+ Extra. Chciałem to robić na poważnie! Nie wyszło i pomyślałem: co tam, wrzucam. Zobaczy to z 500 osob i jeżeli uznają za chujowe, to przeżyję. I to był ten skok oglądalności. Stopniowo przekonywałem się do wrzucania kolejnych obciachów i żenad. Dziś nie mam problemu, żeby wrzucić coś obciachowego z moją twarzą, a wiesz, kto najczęściej pisze po meczach? Sędziowie. Żebym udostępnił materiał do celów szkoleniowych.

Udostępniasz?

Nie. Po pierwsze – czas. Po drugie – wyobraź sobie, że oglądasz mecz z czterema kumplami. Przez cały czas gadacie głupoty. Co się działo na imprezie, problemy sercowe. Potem sędzia ma to analizować z takimi głosami w tle? Albo gość – zawodnik danej drużyny – jedzie przez cały mecz po kolegach i trenerze, a potem trener prosi o wideo. I co? Facet robi odprawę, analizę taktyczną, a z ekranu: „mogłem ją wyruchać!”.

Ale sama narracja w „Ósmej Lidze Mistrzów” jest genialna.

Gruby prowadzący nie mieści się w kadrze, nie potrafi nic sensownego powiedzieć i ma beznadziejny głos. Ani barwy, ani dykcji. To co zrobić? Trzeba się drzeć. Mówię teraz kobicie: „idź na zakupy, bo będę nagrywał”. Koty się boją, cały pion w bloku słyszy, a ja wrzeszczę.

Pamiętam, jak z dwa-trzy lata temu wyszliśmy na miasto i ktoś cię rozpoznał. Wtedy byłeś tym zszokowany, ale widać było, że cię to cieszy. Dziś chyba masz to na co dzień.

Ale jestem na takie sytuacje tak samo przygotowany jak wtedy! Ja jestem smutna cipa. Ktoś mnie ogląda na YouTube, widzi moją mordę i zakłada, że jestem super śmieszny. Nie, nie jestem. Potem zdarzają się sytuacje, że ktoś mnie rozpozna i pierwsze, co myśli, to: „ale smutas”. A ja nie wiem, jak się zachować! Najczęściej rozpoznają mnie ok. pierwszej w nocy po tzw. dwóch piwach. Wtedy integracja jest łatwiejsza. Raz siedzimy w Ulubionej na Nowym Świecie, a gość do mnie: „o kurwa, to ty jesteś tym grubasem z JoeMonster?!”. I ja wiedziałem, że mam oglądalność, ale chodziło o to, że te głupkowate filmiki wylądowały na serwisach typu Wiocha.pl. Na szczęście nikt mi nie powiedział, że zna mnie z Wiochy! O, albo inny: „zajebisty masz ten kanał Futbolove”, gdzie ja do Dominika Szarka jestem tak podobny, że ja pierdolę. Najlepiej i tak mnie skasowali ostatnio rodzice. Nie mieli pojęcia, co robię, bo przecież im nie mówiłem, a kiedy obejrzeli przewodnik jak nie zwiedzać Rzymu, to było tylko: „ale wstyd przed znajomymi…”.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

KOMENTARZE (0)