Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Co zrobić z bezpieczeństwem na stadionach piłkarskich? W którą stronę iść? Jeszcze bardziej wszystkich kontrolować, wprowadzać technologię znaną nam z lotnisk, dokładnie przeglądać każdemu wszystkie kieszenie, nakazywać zdejmowanie butów, prześwietlać obcasy? Można. Doprowadzić do tego, że na stadion będzie się przychodziło nie dwadzieścia minut przed meczem, ale minimum sto dwadzieścia – z uwagi na bezpieczeństwo i zachowanie procedur? Też można.

Pytanie brzmi – jak bardzo chcemy poświęcić swój czas, swój komfort życia, swoje poczucie swobody? Gdzie jest granica pomiędzy faktyczną troską o bezpieczeństwo a paranoją?

To trudne pytanie i nie ma nie jednej dobrej odpowiedzi. Przez całe życie zwiedziłem kilkaset stadionów. Przechodziłem przez takie bramki, jakie stosowane są na lotniskach, albo też zupełnie nikt się mną nie zainteresował i mogłem wnieść worek granatów. Widziałem obiekty niezwykle rygorystycznie podchodzące do kwestii kontroli, ale też takie – jak na przykład Camp Nou – gdzie jest to kompletna prowizorka. Po ostatnich zdarzeniach Barcelona ma uszczelnić system, ale wierzcie mi: dalibyście radę tam wnieść rakietę balistyczną albo wyładowaną pralkami naczepę od TIR-a.

Terrorysta w Paryżu na stadion nie zdołał się dostać – czyli system zadziałał. Gdyby jednak wszedł, mielibyśmy transmisję live z jednego z najbardziej spektakularnych zamachów terrorystycznych w dziejach świata. Jak sprawić, by następnym razem znowu nie wszedł, a najlepiej – aby nawet nie próbował? I czy naprawdę możemy w tej kwestii liczyć na coś więcej niż… łut szczęścia? Niestety, moim zdaniem w Paryżu to było tylko szczęście, nic więcej. Przy czym przez szczęście rozumiem na przykład to, że terrorysta jest debilem. Debil źle wybiera środki, źle wybiera lokalizację, ma zły plan. To by się nawet zgadzało, bo ostatnio czytałem interesujący tekst o tym, że ci wysadzający się kolesie to z reguły są debile, których rodzina sprzedaje „na zamach” za kilkadziesiąt dolarów.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że kontrole stadionowe to… pic na wodę, fotomontaż. Rzadko sprawdzają się, gdy chodzi o jakichś podrzędnych rzezimieszków (kto będzie chciał wnieść mały nóż, ten wniesie – jak kiedyś „Misiek”), a na dłuższą metę nie stanowią zapory dla terrorystów. Skoro najsłynniejszy zamach został przeprowadzony z użyciem samolotów pasażerskich, to nie ma najmniejszego problemu, by ktoś kiedyś na stadion w czasie meczu posłał drona z materiałami wybuchowymi – który nawet mógłby podlecieć w okolice loży prezydenckiej. I wtedy wszyscy zrozumieją, że kontrola przy wejściu może nas uchronić przed tym, żeby nerwowy kibic nie rzucił tłuczkiem do mięsa w sędziego, ale nie uchronią przed prawdziwymi tragediami. Tutaj zdani jesteśmy wyłącznie na szczęście, na… dobrą wolę terrorystów – i trzeba przyznać, że ta „dobra wola” do tej pory była, ponieważ z jakichś powodów terroryści wybierali inne cele.

No to co – iść w prawo i dokręcać śrubę czy w lewo i poluzować? Za przeproszeniem – położyć lachę i pogodzić się z tym, że bezpiecznie nie będzie nigdy? Postawić na komfort widza, na swobodę?

Na razie jesteśmy na etapie oszukiwania – oszukujemy samych siebie. Wydajemy mnóstwo pieniędzy i wszędzie wszystkich niby kontrolujemy, ale – no właśnie – niby. Jeśli wjeżdżam samochodem na Stadion Narodowy, to ochrona zagląda pod podwozie, a także każe otwierać bagażnik. Nigdy jednak nikt nie kazał mi wysiąść i pokazać, czy czegoś nie mam pod siedzeniem albo w schowku. Torbę przeszukują ci, jeśli wchodzisz „normalnie”, natomiast jeśli wjeżdżasz samochodem to już nikt do niej nie zagląda. Nikt nigdy. A przecież wjechać może każdy, to tylko kwestia ceny biletu. Na Legii bywalcy Żylety są przeszukiwani, ale jak kupisz droższy bilet – np. na lożę Silver – to wchodzisz bez najmniejszego problemu. Wykonywanych jest więc masa czynności, które mają pokazać, że mysz się nie przeciśnie, a tak naprawdę widać tylko wielką wyrwę. Mógłbym napisać całą książkę pt. „w jaki sposób ominąć kontrolę”, bo luk jest więcej niż w obronie Górnika Zabrze.

O tym, jakie to wszystko jest śmieszne, świadczy paniczna reakcja zarządcy stadionu we Wrocławiu, Roberta Pietryszyna, oraz kogoś, kto na Twitterze odpowiada za oficjalny profil tego obiektu. Kiedy przeczytali o propozycji, by na trybuny na mecz z Czechami wnieść jakieś niedorzeczne rzeczy – aby sprawdzić czy ochrona funkcjonuje prawidłowo – zapanował popłoch. Najpierw Pietryszyn zapowiedział, że w takim razie będą przeszukiwali dokładnie, a Weszło będzie odpowiedzialne za kolejki, a potem do ataku ruszył @StadionWrocław (należy czytać od dołu, pierwszy wpis jest najniżej):

Zrzut ekranu 2015-11-16 o 23.17.51

Okazało się więc, że generalnie to ta ochrona jest gówno warta, ale skoro ktoś rzucił wyzwanie, to tym razem popracują. Przy czym uznano, że wywiązanie się ze swoich obowiązków przez ochronę to w zasadzie skandaliczne utrudnienie życia fanom. Wiadomo, że do zaproponowanej akcji nie dołączyłoby się tysiąc osób, tylko może pięćdziesiąt, więc przy ponad 40 000 kibiców nie może być mowy o jakichś znaczących utrudnieniach.

Eksperyment jest w zasadzie już zupełnie zbędny, można go odwołać. Ludzie odpowiedzialni za stadion sami się wygadali, że kontrole są pozorowane – ot, odbębnić ustawowy obowiązek i zapomnieć. Dopiero perspektywa wykazania tego w poczytnym medium sprawiła, że się przestraszyli. Nie zamach w Paryżu ich przestraszył, tylko właśnie ta perspektywa. Dziwne, co? I jeszcze publicznie wyskoczyli z tezą, że prawidłowa kontrola to coś koszmarnego, a tylko pobieżna, udawana ma sens.

No sorry, ale jak Roberta Pietryszyna lubię – kompromitacja.

Zdaje sobie sprawę, że to nie najlepszy czas, aby wyskakiwać z takimi postulatami, ale… może po prostu przestańmy się oszukiwać. Żaden przypadkowy pracownik ochrony, który dostaje 8 złotych za godzinę stania przy wejściu na stadion, nie będzie ekspertem od kontroli. Wyrzucamy pieniądze w błoto, stoimy w kolejkach nie wiadomo po co, dla picu tylko, dla zrobienia wrażenia – na sobie, bo nie na terrorystach przecież. Tak jak kibice wniosą dowolną liczbę rac, jeśli bardzo będą chcieli, tak terrorysta dostanie się z czym chce. Oczywiście debil-terrorysta nie, ale chyba nie o to chodzi, by budować twierdzę, której nie sforsuje tylko przygłup? Cały ten system bezpieczeństwa jest nieskuteczny, złudny. Można go teraz albo poprawiać – czyli wydać jeszcze więcej pieniędzy i dręczyć normalnych ludzi coraz bardziej i bardziej, dochodząc do momentu, gdy pójście na mecz będzie nieznośną mordęgą – albo o nim zapomnieć i uznać, że na stadion powinno się wchodzić jak do kina.

Nie wiem, sam nie wiem… To w sumie ciekawe zagadnienie. Dlaczego daliśmy sobie wszyscy wmówić, że gdy wchodzisz na stadion to z założenia musisz być przeszukany, a gdy wchodzisz do zatłoczonego metra – to już nie? Dlaczego wejście do samolotu jest tak utrudnione, a wejście do pociągu – nie? Podacie mi zaraz jakieś argumenty, które przyjdą wam do głowy, ale zapewniam – przewidziałem i nie wydają mi się przekonujące. Podczas Euro 2016 stadiony będą twierdzą, ale czyż turnieju nie można sparaliżować w tym samym stopniu serią wybuchów ulicznych? Dziwnie teraz nawoływać do odejścia od pewnych środków bezpieczeństwa, gdy tendencja jest inna: zaostrzać. Ale po prostu zastanówmy się, czy nie brniemy w ślepy zaułek – czy nie uprzykrzamy sobie życia, jednocześnie wzbudzając uśmiech politowania u terrorystów?

* * *

Facebook zablokował mi możliwość dodawania komentarzy przez siedem dni. Powód? Odkopali wstęp książki „Szamo” opublikowany ze dwa lata temu. Było w nim słowo „pierdolnięty”. Informacja ta nie miałaby żadnego znaczenia, gdyby nie fakt, że… nie jestem w stanie nikomu odpisać na jakikolwiek komentarz na Weszło. A czasami kusi.

Wczoraj byłem mocno zdziwiony, ile osób popiera tych, którzy domagają się zwrotu za bilet na mecz Polska – Czechy. Chodzi o ludzi, którym nie pasuje, że nie zagra Robert Lewandowski. Jak zawsze pojawiały się tzw. komentarze z dupy, jak chociażby ten…

 Zrzut ekranu 2015-11-16 o 23.47.54

…gdzie autor pisze coś, co sobie sam ubzdurał i zbiera lajki. No, chyba że ktoś mi jednak znajdzie wpis, w którym domagałem się zwrotu za bilet, po zejściu Messiego.

Ale dobra, trolle są zawsze.

Zatrzymałem się na dłużej przy tym komentarzu i chętnie panu Patrykowi wyjaśnię, co i jak.

Zrzut ekranu 2015-11-17 o 00.05.57Zupełnie czym innym jest zapraszanie na mecz, używając wizerunku piłkarzy, którzy na pewno w nim nie zagrają, a czym innym zapraszanie, gdy zagrać mogą. W pierwszej sytuacji sami naskoczyliśmy na PZPN i PZPN błyskawicznie zareagował – zmienił grafiki zapraszające na mecz w Gdańsku (wciąż trwała sprzedaż biletów) i usunął tych piłkarzy, którzy zostali odesłani do domu.

Ale linki wklejone przez pana Patryka to coś zupełnie innego: to linki do tekstu sprzed miesiąca, kiedy nikt nie wiedział, kto przeciwko Czechom zagra. W ciągu miesiąca Lewandowski mógł doznać kontuzji, zachorować, obrazić się na kadrę czy wpaść pod samochód. Albo wypaść ze składu. No i wypadł ze składu – oczywiście w specyficzny sposób, wypadł, bo jest za dobry i zbyt sprawdzony, by zagrać przeciwko Czechom. Zwykłe futbolowe realia – skład wybiera trener.

Gdy więc dzisiaj PZPN sprzedawał bilety na mecz korzystając z wizerunku Lewandowskiego – byłoby to chamstwo i spotkałoby się z taką samą reakcją, jak kiedyś. Ale robił to miesiąc temu, gdy Lewandowski był powołanym na mecz piłkarzem. Bilety już dawno zeszły na pniu.

Jeśli ktoś idzie na stadion dla jednego piłkarza – w porządku, tak bywa. Ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest tenis, tylko gra zespołowa. Tutaj nigdy nie ma gwarancji, czy ktoś zagra, czy nie. A jeśli dla kogoś 40 złotych za kadrę bez „Lewego” to za dużo – bardzo współczuję i zachęcam wydanie tej sumy na pizzę i piwo.

* * *

– A co to w zasadzie jest ISIS? – zapytała mnie inteligentna osoba dwa dni temu. Ot, zapracowana, mająca swoje sprawy na głowie, śledząca media tyle o ile – przetwarza najważniejsze informacje w mediach głównego nurtu.

Trzy lata temu (jak ten czas leci!) napisałem głośny tekst pt. „Jestem idiotą” – o tym, jak media ogłupiają społeczeństwo i zatruwają nam mózgi informacjami nieistotnymi. Był tam taki fragment:

Czytam, że ktoś kogoś uderzył w Zakopanem i ten drugi ktoś zmarł. No, wprost niesamowite, jest to historia, którą ewidentnie żyć powinniśmy przez cały tydzień. Kiedy gdzieś na Bliskich Wschodzie powoli wybuchać będzie III Wojna Światowa, będziemy najszczęśliwszym narodem świata. Jako jedyni zajmować będziemy się tym, że samochód wjechał w dom w Radomiu, albo tym, że pijany rolnik obsikał sąsiadowi płot. No i do tego, oczywiście stały zestaw: Tusk, Kaczyński, Palikot, Siwiec, Kwaśniewski, Kalisz, Kłopotek, Kurski, Ziobro, Nowak, Sikorski, Macierewicz, Boni, Arłukowicz. O wszystkim tym bardzo mądrze opowie Miecugow czy troszkę bardziej prześmiewczo Kuźniar.

Za dziesięć lat nie wiedzieć będziemy, co to Bliski Wschód, a za trzydzieści – dlaczego ma być III Wojna Światowa i kiedy były poprzednie dwie?

Mam pretensje do mediów, bo wydaje mi się, że szkołę ukończyłem jako osoba o trochę większej wiedzy o świecie. Odkąd zdałem się na zawodowych dziennikarzy, by mi tę wiedzę dostarczali, odtąd idiocieję. Moim zdaniem dzisiaj przeciętny Polak prawie nic nie wie o Polsce i ZUPEŁNIE NIC o świecie. Poważne tematy nakrywane są telewizyjną papką z gówna, i gówno na sam koniec w mojej (waszej?) głowie zostaje.

Tamten tekst był oczywiście przerysowany, ale problem istniał. I teraz widać, jakie zbiera żniwa. Jakże łatwiej byłoby dzisiaj rozmawiać na temat terroryzmu i problemu uchodźców, generalnie o ważnych sprawach, gdyby media zamiast szczuć zwolenników jednej partii na drugą, zamiast napychać sobie kieszeni sprzedając kicz i tandetę, gołe dupy i szminkę, zajęły się chociaż trochę swoją misją.

Jeśli uważacie, że przesadzam, zapytajcie jutro przypadkowych 10 osób o definicję Państwa Islamskiego.

KRZYSZTOF STANOWSKI

*Na zdjęciu głównym dron, do którego kibice Albanii przyczepili flagę z mapą Kosowa.

KOMENTARZE (0)