Ekstraklasa kontra zaplecze w PP. Przepaści nie było.
Weszło

Ekstraklasa kontra zaplecze w PP. Przepaści nie było.

Jeśli na co dzień szczególnie nie interesujecie się rozgrywkami pierwszej ligi – a bez trudu jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić – zapewne nie słyszeliście, że jest tam drużyna dosyć szczególna. „Fenomen” to może za duże słowo, ale na pewno to fajny projekt, który przed sezonem nie wydawał się aż tak ciekawy. Mowa o Zagłębiu Sosnowiec, aktualnym liderze zaplecza Ekstraklasy i drużynie, której mecze ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Nie znajdziecie w niej zbyt wielu znajomych twarzy – niby trzynastu zawodników z obecnej kadry ma w CV występy w Ekstraklasie, ale to raczej epizody. Trener? Artur Derbin – być może nie kojarzycie, ale warto zapamiętać to nazwisko. Przechodząc do sedna – to Zagłębie podejmowało dziś w meczu Pucharu Polski Cracovię. I naprawdę dało radę!

Żeby nie było żadnych wątpliwości – to nie tak, że Cracovia zlekceważyła rywala z niższej ligi. Nic z tych rzeczy. Jacek Zieliński dokonał oczywiście pewnych zmian: w bramce zagrał Pilarz, na bokach obrony wystąpili Rymaniak i Deleu, a w pomocy miejsce Dąbrowskiego zajął Budziński. Zabrakło też Kapustki, którego zastąpił Wójcicki, ale i tak skład Pasów musiał robić wrażenie na gospodarzach.

I na początku meczu było to bardzo mocno widoczne. W ramach uzupełnienia wstępu musimy wspomnieć jeszcze o jednym – Zagłębie w pierwszej lidze to ekipa, która niemal nigdy nie kalkuluje. Zdarza jej się płacić za to wysoką cenę, ale zazwyczaj jest wierna swojemu stylowi (tak, pierwszoligowe drużyny miewają styl!) i dobrze na tym chodzi. Dziś jednak po pierwszym gwizdku wyglądało to trochę inaczej. Z jednej strony było widać, że piłkarze Zagłębia mają dekodery NC+ i Ekstraklasę śledzą na bieżąco, podeszli do przeciwnika z bardzo dużym respektem. Z drugiej – z czasem zwątpiliśmy, że gospodarze mają pełne rozeznanie w realiach wyższej klasy rozgrywkowej. Umówmy się – jeśli ktoś zostawia Covilo samego przy stałym fragmencie gry, to chyba nie za dobrze zna jego możliwości. Tak padła pierwsza bramka, środkowy pomocnik władował piłkę do siatki strzałem głową.

I dobrze się stało, bo ten gong obudził gospodarzy. Wyrównał Fidziukiewiczem jeszcze przed przerwą, wykorzystując błąd Pilarza.

Druga połowa? Wierzcie lub nie, ale to pierwszoligowcy byli bliżej wygranej. Oczywiście Cetnarski czy Rakels są w takiej formie, że zagrożenie stwarzają nawet z niczego, ale to jednak Zagłębie miało bardziej klarowne okazje. Podobali nam się Pribula, Ryndak i Fidziukiewicz (trochę rozczarował Arak). Na nieszczęście piłkarzy z Sosnowca, Pilarz postanowił się zrehabilitować za bramkę i ta sztuka mu się udała. Na domiar złego w końcówce błysnął jeszcze Rakels i po zawodach. 1-2.

Czekamy na rewanż i zachęcamy was do wyszukania w programie telewizyjnym transmisji z któregoś meczu Zagłębia Sosnowiec w pierwszej lidze. Czasu raczej nie zmarnujecie.

***

W ramach Pucharu Polski odbyło się też o 18:00 pewne zjawisko futbolopodobne, które mimo szczerych chęci trudno nazwać meczem. Na murawę wybiegli pracownicy Zawiszy oraz Śląska, którzy przy akompaniamencie kibiców okrzyków trenerów wyjęli dwie godziny z ramówki Polsatu Sport. Starcie rozegrano na poziomie rzadko oglądanym nawet podczas poniedziałkowych meczów Ekstraklasy, a – jak wiemy – poniedziałek z Ekstraklasą stał się wręcz synonimem najgorszej paździerzy, jaką można odpalić w telewizji. Gdybyśmy wystawiali noty także za puchar, prawdopodobnie więcej niż połowa zawodników dostałaby poniżej trói. Co my zrobiliśmy z tymi dwiema godzinami?!

Dla porządku – zakończyło się 0:0. Bohater? Damian Węglarz, 19-letni bramkarz Zawiszy, który pod koniec obronił strzały Hołoty i Gecova. Poza tym? W ciepłych słowach można też ocenić Mariusza Pawełka, ewentualnie Marko Banovicia, ale to by było tyle. Sam Flavio Paixao – po którym spodziewaliśmy się najwięcej – odstawił taką żenadę, że chyba nawet jego wiecznie optymistyczny brat czułby zakłopotanie po takim występie. Śląsk zagrał nawet większy piach niż regularnie pokazuje w lidze, co wydawało nam się wyzwaniem nie do osiągnięcia. Po cichu liczyliśmy na jakieś emocje w kabinie komentatorskiej – w końcu komentował Bożydar Iwanow, ale dziś sekundował mu Tomek Łapiński, czyli człowiek o wyjątkowo spokojnym usposobieniu. Bożydar mógł się więc spokojnie skupić na komentowaniu, choć dziś – by obiektywnie ocenić piłkarzy Śląska – mógł jedynie jechać sarkazmem.

Gdyby nie okrzyki z ławek: „do ziemi!”, „szybciej!”, „ruch!” niczym z meczu trampkarzy, chyba zwyczajnie byśmy usnęli. A i tak zaskoczył nas trener Pawłowski, że nie skorzystał z następującego komunikatu…

12039228_854338721345593_1869410060493569546_n

Źródło: Polska myśl szkoleniowa – Facebook

KOMENTARZE (0)