„Gdybyście powiedzieli mi, że idę do Zawiszy, spojrzałbym się dziwnie”
Weszło

„Gdybyście powiedzieli mi, że idę do Zawiszy, spojrzałbym się dziwnie”

Jesteśmy świadkami kolejnego bolesnego powrotu do Ekstraklasy. W ciągu kilku najbliższych dni, kiedy Genk oficjalnie rozwiąże obowiązujący jeszcze przez dwa lata kontrakt z Grzegorzem Sandomierskim, 25-letni bramkarz podpisze umowę z Zawiszą Bydgoszcz. W rozmowie z Weszło, zapytany, czy gdybyśmy mu trzy lata temu powiedzieli, co czeka go w 2014 roku, obraziłby się na nas, odparł: – Nie no, obraził to nie, może jakoś spojrzałbym się dziwnie…

Sporo zamieszania dzisiaj związanego z twoją osobą. Najpierw informacja, że jedziesz na testy do Korony Kielce, po chwili, że jednak będziesz w Zawiszy Bydgoszcz. Może się zakręcić w głowie…
Wczoraj był dzień, w którym podjąłem ostateczną decyzję. Rzeczywiście dostałem ofertę z Korony, miałem tam pojechać na testy medyczne, ale parę dni temu – w poniedziałek lub wtorek – otrzymałem telefon z Zawiszy. Wybierałem więc między tymi dwoma klubami, a że ktoś tam się trochę pospieszył i za szybko puścił informację… No, dokładnie z tego powodu wziął się ten cały chaos.

Więc w czym oferta Zawiszy była lepsza od tej z Korony? Bo rozumiem, że w taki sposób je rozpatrywałeś.
Obie, jeśli chodzi o warunki finansowe, były do siebie bardzo zbliżone, więc nie to było decydującym czynnikiem. Po pierwsze, najpierw Genk musi ostatecznie potwierdzić swoje stanowisko, ponieważ prawdopodobnie rozwiążemy mój dwuletni jeszcze kontrakt w Belgii. Wtedy w Bydgoszczy będę mógł podpisać umowę na taki właśnie okres, podczas gdy Korona chciała się ze mną związać do końca przyszłego sezonu. Zresztą razem z menedżerem początkowo również optowaliśmy, żeby podpisać na rok, ale później – jak się zastanowiliśmy – to te dwa lata są gwarancją stabilizacji. Wydaje mi się, że akurat jej potrzebuję najbardziej.

Zarówno w Kielcach, jak i w Bydgoszczy potrzebowali ciebie, bo pierwsi bramkarze – odpowiednio: Małkowski oraz Kaczmarek – leczą długie kontuzje. Parę miesięcy temu pewnie nie spodziewałbyś się, że trafisz do którejś z tych drużyn.
Jasne, że bym się nie spodziewał, co nie zmienia faktu, że naprawdę bardzo się cieszę, że te propozycje były i że miałem w czym wybierać. Zostawiłem za sobą poprzednie lata i teraz po prostu pokażę, że potrafię bronić. Wiem, że potrafię, tylko potrzebuję szansy, jaką dostanę w Zawiszy. Dlatego mam prosty cel: chcę pomóc klubowi, bo dzięki temu pomogę też sobie, tej swojej – w cudzysłowie – karierze, której niezbędne są kolejne rozegrane mecze.

Bardziej pomożesz sobie czy bardziej Zawiszy?
Moje cele i marzenia są dla mnie ważne, jednak tutaj idą w parze z potrzebami klubu.

Od momentu, kiedy pierwszy raz wyjechałeś z Ekstraklasy, minęły trzy lata. Jak je oceniasz z perspektywy czasu i tego, co udało ci się osiągnąć?
Słabo.

Zakładam, że gdybym w 2011 roku powiedział ci, że w 2014 będziesz bohaterem transferu do Zawiszy Bydgoszcz, to pewnie byś się na mnie obraził.
Nie no, obraził to nie, może jakoś spojrzałbym się dziwnie (śmiech). Nie będę oryginalny mówiąc, że myślałem, że to wszystko ułoży się zupełnie inaczej. Wszyscy widzą, jak mi poszło albo raczej, że mi nie poszło, tym bardziej doceniam te oferty z Polski. Chciałem wrócić do kraju, odbudować się i udało się. Trzeba patrzeć do przodu – stanąć w końcu w tej bramce, odzyskać pewność siebie – niech ona do mnie wróci, a potem budować formę. No, nie poszło mi, co mam powiedzieć?

Powiedz, jak długo masz tę świadomość? I czego ci zabrakło?
Do zimy cały czas liczyłem, że moja sytuacja się wyprostuje. Brakło szczęścia – jak wtedy, gdy byliśmy siedem minut od fazy grupowej Ligi Mistrzów, brakło pewności siebie, która w moim przypadku odgrywa ważną rolę, a towarzyszy mi, jak regularnie gram.

Co najbardziej cię zabolało?
Że Genk dalej patrzy na mnie przez wzgląd na to pierwsze półrocze po transferze. Bo wracając z wypożyczenia do Jagiellonii byłem lepszy, każdy dookoła to widział, na pewno nie odstawałem od innych bramkarzy.

I?
I złapałem drobną kontuzję, po której nie dostałem szansy. Wszystko poszło nie tak, wszystko… Wiem jednak, że są elementy, w których mogłem się wcześniej poprawić, więc do nikogo nie mam pretensji.

Ciekawym ruchem było wypożyczenie do Dinama Zagrzeb, gdzie szykowano cię do wyjściowego składu. Mówisz: „Dinamo” i od razu jest jedno skojarzenie – to stamtąd najłatwiej się wybić do większej piłki.
Wiesz, tak samo myślałem, to była dla mnie bardzo duża szansa. Dwa-trzy lata w Dinamie, a później może uda się zrobić coś fajnego. Ale było dobrze do chwili, gdy okazało się, że Chorwaci nie zapłacą za mnie tyle, ile oczekiwał Genk. Od tamtej pory nie byłem już w ogóle brany pod uwagę, nie tylko przy wystawianiu składu.

Dinamo złożyło Belgom za ciebie dwie oferty.
Dokładnie tak było – złożyli dwie, które zostały odrzucone, a trzecia też poszła, jednak już dotycząca innego bramkarza. Ciężko było mi się z tym pogodzić, ponieważ wcześniej, jeszcze w styczniu rozmawiałem z prezesem i trenerem, który powtarzał, żebym się dobrze przygotował do rundy, bo będę bronił. I ja z tą myślą trenowałem. No, wreszcie jest dobrze, udało się – zostanę to na jakiś czas, zagrzeję miejsce w bramce i pójdę dalej, do przodu. A tu taki kopniak… Cóż, zdarza się, zwłaszcza w przypadku zawodników wypożyczonych.

Złość? Żal?
Tak, ale zawsze staram się zaczynać naprawianie świata od siebie, spojrzeć na to, co zrobiłem i co mogłem zrobić lepiej. Być może to ja popełniłem błędy, może nawet jakieś detale, na które wtedy nie zwróciłem uwagi, a które w efekcie sprawiły, że Dinamo nie chciało za mnie zapłacić tego, co zastrzegli sobie w umowie wypożyczenia. Co do jednego nie mam złudzeń: było ich na mnie stać.

Jakiego rzędu były oferty wysyłane przez Chorwatów? Rozumiem, że Genk starał się odzyskać przynajmniej częśc kwoty, którą zapłacił za ciebie Jagiellonii.
Sam nie wiem, nie znam dokładnych kwot. W umowie wpisana była kwota będąca mniej więcej połową tej, którą dostała Jagiellonia. I Dinamo stwierdziło, że nie są w stanie zapłacić za mnie takich pieniędzy. Ile dokładnie proponowali – czy to było troszkę mniej, czy dużo mniej – pojęcia nie mam, poważnie.

Czyli Dinamo wzięło gościa na twoje miejsce, a ciebie odpalili kompletnie, często nie jeździłeś nawet na ławkę. Narzekałeś w tamtym czasie, że nikt z Genk się z tobą nie kontaktował.
No, nie kontaktowali się. Tylko czy musieli się ze mną kontaktować? Ja liczyłem, że uda się szybciej wrócić do Belgii, żeby już w Dinamie nie chodzić z głową w dole. Myślałem sobie: zmienił się trener, potrenuję, pokażę się z dobrej strony, to zobaczymy, co będzie. Udało się – potrenowałem, aż nagle, ze trzy tygodnie temu, Genk przekazało mojemu menedżerowi, że nie ma tam dla mnie miejsca, gdyż za moment będą mieli nowego bramkarza. A ja tam nie dostałem żadnej szansy, żadnej…

Zostały ci chociaż jakieś miłe wspomnienia z tych zagranicznych wojaży?
Różne szkoły bramkarskie, one naprawdę nie są takie same, a ja z każdej starałem się zgarnąć coś dla siebie, przekonać się, co mi pomaga. Będę pamiętał te siedem minut przeciw Austrii Wiedeń, kiedy już było bardzo blisko Ligi Mistrzów, niemal czuło się jej smak. Było parę fajnych momentów – o, na przykład końcówka w Blackburn. Generalnie teraz staram się wyciągać pozytywy, bo myśląc wyłącznie negatywnie, pewnie bym przepadł. Zostawiam w głowie dobre rzeczy, resztę oddzielam grubą kreską i jazda, pora już – może nie tyle. co ratować tę swoją karierę – lecz starać się wyciągnąć z niej maksa.

Po tym wszystkim wierzysz w siebie?
Wciąż mogę grać bardzo wysoko.

Na koniec zapytam: bogatszy o wiedzę z dziś, wtedy, w 2011 roku wyjeżdżałbyś za granicę?
Oj, nie. Bogatszy o wiedzę nie wyjechałbym, lepiej było zostać w Polsce rok dłużej, przygotować się na wyjazd, rozwinąć się jeszcze. Ale pretensje mogę mieć wyłącznie do siebie, to przecież ja podejmowałem decyzję i to ja podpisywałem dokumenty. No, tylko ja tej wiedzy nie miałem, a miałem marzenia. I dalej je mam, dlatego trzeba wreszcie wejść do bramki.

Rozmawiał PIOTR JÓŹWIAK
Fot.FotoPyK

KOMENTARZE (0)