Chorążyk: Chcemy być kadrą pierwszego wyboru
Weszło

Chorążyk: Chcemy być kadrą pierwszego wyboru

Z głównym koordynatorem skautingu zagranicznego PZPN spotkaliśmy się przy okazji otwarcia nowej strony internetowej. Strony, która docelowo ma być bazą danych dla piłkarzy polskiego pochodzenia. W kwestii naszego zdania na temat farbowanych lisów nic się nie zmieniło – możecie być spokojni. Cieszy nas natomiast, że tę opinię w prawie wszystkich aspektach (poza Ludovikiem Obraniakiem) podziela również Maciej Chorążyk. A to między innymi od jego działań zależy, czy za jakiś czas wciąż będziemy mieli reprezentację PZPN, czy – jak słaba by nie była – jednak reprezentację narodową.

Co to za cudo?
Złośliwy jesteś.

Chciałem zacząć od tej waszej bazy danych. Pewnie zresztą w czasie naszej rozmowy jeszcze kilka razy zahaczymy o ten wątek. Co to jest i z czym to się w ogóle je?
Szukaliśmy rozwiązania, które ułatwiłoby nam nawiązanie kontaktu z polskimi rodzinami żyjącymi poza granicami naszego kraju. To jest strona internetowa stworzona przez naszego skauta Tomasza Rybickiego. Póki co, działając na sucho, mamy w bazie około 50 danych chłopców i dziewczyn też, bo piłka kobieca jest coraz popularniejsza, a zagranicą rodzą się również one (śmiech).

Okej. Więc uzupełniamy arkusz zgłoszeniowy. Raczej nieskomplikowany. Podstawowe dane osobowe i kontaktowe, plus klub i liga. Może odrobinę uprościłem, ale tak to mniej więcej wygląda.
Po każdym zgłoszeniu weryfikujemy te dane. Wiadomo, że priorytetem są ci, którzy występują w możliwie najlepszych klubach i ligach. Jeżeli uznajemy, że ktoś dobrze rokuje, prosimy o wideo z meczami i na tej podstawie jedziemy na obserwację czy kombinujemy, pod kątem którego zgrupowania go sprawdzić.

To jeszcze powiedz, od jakiego wieku można się zgłaszać.
W tej chwili powstaje kadra złożona dla chłopców, urodzonych w roku 1999. Ale za rok o tej porze będzie już dla tych z 2000, dlatego gdyby chciał się zgłosić ktoś młodszy – z 2001 czy 2002, żaden problem. Tym lepiej nawet, bo będziemy go już mieli w bazie i prościej wtedy śledzić rozwój.

Zakładam, że najwięcej zgłoszeń z Niemiec.
Jasne, że tak. Wiadomo, dlaczego tak jest.

Pytam, ponieważ rośnie w siłę emigracja, nazwijmy ją zbiorczo – brytyjska. Tam z kolei powstają polskie szkółki, więc schemat wyłowienia zdolnego zawodnika znacznie się upraszcza.
W skali działalności skautingowej 90 proc. mamy z Niemiec. Jeżeli zaś chodzi o Wyspy, musimy zwrócić uwagę na jeden fakt: to stosunkowo młoda emigracja. Liczba potencjalnych piłkarzy zwiększy się najwcześniej za pięć lat, natomiast już za 10-15, procentowo zbliży się do Niemiec. Te dzieci dopiero się rodzą lub mają kilka lat. Musimy czekać, przy czym obecność tych szkółek, o których wspomniałeś, może tylko nam pomóc. One pospisują umowy z dużymi angielskimi klubami, w efekcie czego pracują według ich modelu.

A pojedyncze przypadki? Dzieci tych, którzy wyjechali wcześniej?
Mieliśmy kiedyś nawet chłopaka z Manchesteru United. Matt Musiałowski, drobny chłopak, który w kadrze trenera Dorny się nie przebił, ale w chwili, gdy go wyłowiliśmy, był jednym ze swojego rocznika w szkółce, który przetrwał od pierwszego naboru. Odsiew mieli niesamowity. Później podziękowali również jemu, lecz cały czas wiemy, co się z nim dzieje. Gra w niższych ligach angielskich.

No dobrze. Koniec końców – najlepszym podsumowaniem waszej pracy jest umieszczenie piłkarza w dorosłej reprezentacji, tak?
Tak, z tym że musimy mieć świadomość: ta sztuka uda się nielicznym. Najzdolniejszym spośród zdolnych, do tego mającym szczęście. Cały czas chodzi mi po głowie przypadek Sebastiana Tyrały…

O, on nawet ostatecznie do pierwszej reprezentacji trafił!
Sebastian był w Niemczech uważany za duży talent. Nastukał kilkadziesiąt występów w ich juniorskich reprezentacjach, nastrzelał mnóstwo goli. Z mojej perspektywy, był takim naszym pierwszym w miarę poważnym nazwiskiem, które postanowiło grać dla Polski. Niestety, miał – a właściwie chyba wciąż ma – spore problemy zdrowotne i tylko z tego powodu nie zrobił większej kariery, a kilka dni temu jego dotychczasowy klub nie przedłużył z nim kontraktu. W tamtej chwili, gdy u nas zaczynał, nie był w Niemczech anonimowy. Przeciwnie.

I do dziś podobno uchodzi za symbol dla polskich dzieciaków z Niemiec, że można grać dla Polski.
Dokładnie. Szkoda, że jego dalsze losy ułożyły się tak jak się ułożyły, natomiast on wielu chłopcom pokazał nową drogę. Przykłady Klose i Podolskiego są bardziej odległe. Działające na wyobraźnię, tyle że mocno absurdalne dla kogoś, kto dopiero zaczyna. A tutaj Sebastian, jeden z nich, wybrał orzełka. To był, patrząc z boku, mały kroczek, ale wielki dla naszej działalności.

Wszystko fajnie, lecz nie uciekniemy od tego, że…
Ze byliśmy dla niego opcją numer dwa, tak?

Tak. Był podstawowym zawodnikiem kilku kolejnych niemieckich reprezentacji.
Zagrał, mówię z pamięci, około 35 razy. Spotkałem się z nim i jego rodzicami w 2008 roku u niego w domu. Bardzo chciał dla nas grać. Przechodził wtedy ciężką kontuzję i to prawda, że od jakiegoś czasu już go nie powoływali. Nie znaczy to jednak, że on niczym nie ryzykował, że po prostu podjął wygodną decyzję: „lepiej grać w Polsce niż nigdzie”. W klubie nie byli tym zachwyceni, powtarzam, że Tyrała stanowił pierwszy taki przypadek. Powiedział z premedytacją, wbrew szeptom i „dobrym” radom: chcę grać dla Polski.

No ślicznie to brzmi, naprawdę. Ale wciąż drugi wybór.
Często będziemy się spotykać z tą łatką drugiego wyboru. Ja jednak mam inny pomysł, który na szersze wody wypłynie za sprawą naszej nowej strony internetowej. Chcemy od 14. czy 15. roku życia mieć tych chłopaków u siebie, żeby jeździli na zgrupowania i przyzwyczajali się do tego, że to świetny pomysł reprezentować Polskę. Takim moim koronnym przykładem jest Adam Matuszczyk, którego przecież farbowanym lisem nie nazwiesz. I on jest dumny z tego, że czuje się Polakiem, a my w jakiś sposób tę jego polskość pomogliśmy ukształtować. Później dla Adama to my byliśmy pierwszą opcją.

Poruszamy się po śliskim temacie. Łatwo można się wyrżnąć.
Najważniejsze, by na każdą sytuację patrzeć indywidualnie. Na rzeczywiste chęci, nie zaś zero-jedynkowo. Jeżeli ktoś gra dla Niemiec, bo to woli, a jego związki z Polską są luźne albo nie ma ich prawie wcale, poza brzmieniem nazwiska, odpuszczamy. Nie będziemy się prosić. My jesteśmy nie od proszenia, a od dawania szansy i wyciągnięcia ręki. Zadzwonię i zapytam, ale gdy słyszę grzeczne „nie” czy nawet „nein”, odpuszczam. Rozumiesz różnicę?

Rozumiem. Kto na przykład dał Polsce kosza?
Goretzka, Ginczek. To chyba takie najbardziej znane nazwiska. Sympatyczni, ale mogą przecież tacy być i grać dla Niemiec. To indywidualna sprawa i kluczowy wybór każdego z nich. Dla nas liczy się wola piłkarza.

Załóżmy więc taką sytuację. Za dwa-trzy lata kariera Ginczka lub Goretzki mocno przyhamowała. Odbierasz telefon, a ktoś po drugiej stronie mówi: „Dzień dobry, Maciej. Ja jednak chcę grać dla Polski”. Co robisz?
Skomplikowana sprawa. Nie jestem naiwny, pewnie mocno dopytywałbym o motywy takiej a nie innej decyzji. Byłbym na nie, chyba że decydowałyby jakieś szczególne względy.

I moglibyśmy mieć kolejnego farbowanego lisa.
Raczej nie, działamy inaczej. Już ci o tym wcześniej wspominałem.

A Polanski? A Boenisch? W pierwszej reprezentacji mamy tylko takich.
Ja nie zajmowałem się sprawą Polanskiego. Wiem, że świetnie mówi po polsku, doceniam jego postawę na Euro, gdzie walczył, na ile się dało, ale mam świadomość, że u nas początkowo grać nie chciał, kapitanował nawet niemieckiej młodzieżówce. Co do Boenischa,… Byłem zaangażowany w rozmowy z nim, kiedy nam odmówił. Jego późniejsza zmiana koncepcji nie ma ze mną nic wspólnego i szczerze mówiąc, akurat w jego sprawie nie chciałbym się wypowiadać.

Co więc zrobić, żeby znaleźć w Niemczech kogoś, kto spełnia te najważniejsze warunki, czyli: umie grać w piłkę na poziomie pierwszej reprezentacji, wychował się zagranicą, lecz czuje się Polakiem i chce dla nas grać bezinteresownie?
Na to potrzeba czasu i cierpliwości.

Mówiłeś o tym wychowywaniu, o tym, że przy pracy nad chętnym 15-latkiem, z impulsu polskości zrodzić się może ktoś, dla kogo Polska będzie priorytetem u szczytu swojej piłkarskiej kariery. Patrzę na Michaela Olczyka, którego niedawno zmieściliśmy w naszym rankingu najzdolniejszych juniorów w 2013 roku.
Podjedź tutaj, coś ci pokażę (Chorążyk wchodzi na profil Olczyka na Facebooku). Co widzisz?

Wiele zdjęć.
Prawie wszystkie ze zgrupowań reprezentacji Polski. Wychował się w Niemczech, pisze po niemiecku, że jedzie na naszą kadrę, wrzuca fotkę, a tamci mu gratulują. On jest autentycznie dumny z tego, że gra w biało-czerwonych barwach. Na pierwszym zgrupowaniu był taki cichutki, nic się prawie nie odzywał, zagubiony taki. A teraz? Śmieje się, dobrze wszedł do bardzo mocnego rocznika, ma miejsce w składzie. Michael to idealny przykład, jak zmienia się świadomość wśród młodych ludzi, którzy są rozdarci między jakiś kraj i Polskę. Ze fajnie jest grać dla Polski, że to żaden wstyd czy wybór spowodowany realną oceną umiejętności.


Fot. Przykładowe zdjęcie z Facebooka Michaela Olczyka

Jesteśmy dla niego pierwszą opcją?
Dokładnie tak. On już połknął bakcyla. I weź pod uwagę, w jakim gra klubie – to Schalke, a on się w ich świetnej akademii wyróżnia. Gra od niedawna w jednej drużynie z Oktawianem Skrzeczem, kolegą z kadry. To też ważne. Nie mogę wykluczyć, że kiedyś zgłoszą się do niego Niemcy. Chciałbym jednak, żeby wtedy miał pełne, stuprocentowe przekonanie: czuję się Polakiem i tu chcę grać.

Piękne słowa to mało.
Nasze zgrupowania są w pełni profesjonalne. Na pewno nie odstajemy od Niemców, a to przecież najwyższa półka. Poza tym gra dla Polski to bardzo poważna sprawa dla całych rodzin, które przy okazji mają możliwość ponownego kontaktu z ojczyzną, zyskują poczucie przynależności. Polacy są sentymentalni, zwłaszcza emigracja. A dla kilkunastoletnich chłopaków ważne są takie postaci jak Lewandowski, Piszczek czy Błaszczykowski. Co ciekawe, z moich obserwacji wynika, że największą estymą wśród tych chłopaków cieszy się Kuba. Profesjonalista, bardzo ambitny, do tego kapitan. Chcą być tacy jak oni, imponują im.

Jest trochę tak, że te dzieci emigracji patriotyzm rozumieją inaczej od chłopaków z Polski?
Zdecydowanie. Chłopaki od nas też przeżywają powołania, ale bardziej traktują je jako szansę na pokazanie swoich umiejętności, bo przecież co do ich polskości nikt nie ma złudzeń. Emigracja z kolei przeżywa bardzo emocjonalnie, po nich to bardziej widać. Są w stanie zrobić bardzo dużo, żeby dostać powołanie. Dla nich nasze zgrupowania to takie namacalne lekcje patriotyzmu, które – jak Olczykowi – sprawiają radość.

Skąd go wytrzasnęliście? Sam się zgłosił?
Przyjechał na jedno z tych naszych spotkań w Kolonii. Na początku wstydził się mówić po polsku, a teraz – jak już się odblokował, okazał się przechłopakiem. Z tamtego spotkania jest zresztą jeszcze rówieśnik Michaela, Łukasz Płonowski, kapitan Anderlechtu w swojej kategorii wiekowej.

Który wsławił się tym, że przyjechał na zgrupowanie przed Pucharem Syrenki, stwierdził, że nie gra tak, jakby tego od siebie oczekiwał, więc spakował się i wyjechał. Ciekawy przypadek.
Nie możemy go skreślać. Bardzo chciał się pokazać z jak najlepszej strony, może aż za bardzo. Ma w tej reprezentacji bardzo dużą konkurencję, ale dalej będziemy monitorować jego rozwój.

Jego kumpel z drużyny zagrał już kilka razy w Lidze Mistrzów, w pierwszej drużynie.
Dajmy Łukaszowi czas. Ważne, że chce dla nas grać.

To wróćmy jeszcze do Olczyka. Kiedy sprawdzaliśmy go pod kątem naszego rankingu, trafiliśmy w internecie na komentarz, w którym osoba związana z Schalke krytycznie wypowiedziała się na temat jego decyzji. Narzekają, bo ich zdaniem nie dość, że załapałby się do swojego rocznika w Niemczech, to jeszcze zdaniem ekspertów ciągle się rozwija.
Ja świadomie nie chciałem poruszać tematu jego umiejętności. Czy poradziłby sobie w kadrze Niemiec? Aż tak dokładnie nie śledzę poziomu w ich drużynie, ale myślę, że tak. Oni zresztą robią w ramach jednego rocznika i kadrę B, i jeszcze zgrupowania wewnątrz konkretnych landów. Ostatnio na przykład chcieli sprawdzić Vincenta Rabiegę, który jednak im podziękował.

On też miał niby w przyszłości trafić do pierwszej reprezentacji, a szukał ofert w Polsce, by ostatecznie znaleźć się w Lipsku.
Cały czas jestem z nim w kontakcie. Szkoda trochę, że z wiadomych względów na razie nie ma reprezentacji w roczniku 1995. Gdyby nie ten fakt, pewnie byśmy widywali go częściej. Co do tego Lipska, to wiesz… Wybrał najkorzystniejszą ofertę, a tam ściągnęli go za 100 tys. euro, oprócz niego wzięli jeszcze kilku czy kilkunastu innych młodych-zdolnych i póki co trzymają ich w drużynie U-19. Mają duże pieniądze, robią awanse i myślę, że w 2. Bundeslidze zaczną wyciągać swoich juniorów.

Dobra, to teraz z innej beczki. Matt Miazga, w Polsce no name, a kto wie, być może to przyszły stoper naszej drużyny narodowej. Specjalnie użyłem zwrotu „kto wie”, bo ja na przykład – nie wiem. Mówi się o nim, że nasz, a gra dla USA.
To właśnie najlepszy przykład, żeby nie traktować wszystkich zero-jedynkowo. Matt chce grać dla Polski, ale my tej reprezentacji – wspomniałem o tym przed chwilą – fizycznie nie mamy. On mieszka w Nowym Jorku i trenuje z pierwszym zespołem Red Bulla. Rywalizuje z Henrym, z Cahillem, z Luyindulą, czyli musi coś sobą prezentować.

Ale nie mówimy o treningach w Red Bullu, tylko o grze dla Stanów Zjednoczonych.
On za te występy otrzymuje punkty do swojej szkoły, te z kolei przekładają się na stypendia i budowanie jego pozycji w klubie. Cały czas jestem z nim w kontakcie i wiem, że chce grać dla nas. Do tego dochodzi ta cała logistyka: długie loty, krótkie zgrupowania, nawet organizm się nie przyzwyczai, jak już trzeba wracać… Liczę na jego dobre intencje i na to, że wkrótce będzie na tyle dobry, że zasłuży na powołanie do młodzieżówki. Na teraz różnica trzech lat to bardzo dużo, zwłaszcza że mowa o stoperze.

Ktoś jeszcze cierpi przez wyniki reprezentacji trenera Sasala, który „zamknął” rocznik?
Wiesz, powiem ci o takim chłopaku, tyle że on jeszcze nie ma naszego obywatelstwa. Mieszka we Francji i uczy się naszego języka…

Brzmi znajomo! Mam deja-vu.
(śmiech) To młody chłopak, ale zafiksowany na grę dla Polski.

A poziomem pasowałby do Francuzów?
Chyba nie, lecz mogę się mylić.

(śmiech)
Jest o nim coraz głośniej. Interesują się nim kluby belgijskie, angielskie też. Chłopak wie, czego chce, jest wyjątkowo zdeterminowany. Nie chcę mówić, jak się nazywa… Nie, nie chcę. Posłuchaj – rodzice wynajęli kancelarię prawną, która pracuje nad tym, żeby pomóc mu wyrobić nasz paszport, co wcale łatwe nie jest. On już się uczy języka i często się ze mną kontaktuje.

Kto jeszcze, poza Turkami, ma swoją komórkę, która szuka na świecie piłkarzy ich pochodzenia?
Szkoci. Byłem u nich, widziałem, jak to wszystko wygląda. Działają dokładnie tak, jak my. Identycznie. No, może są dwie dość istotne różnice – po pierwsze ich skautom z terenu zwracane są koszta za benzynę, po drugie u nich o wiele prostszy jest proces przyznawania obywatelstwa. Szukają tych swoich „McCoś tam” i w zasadzie od razu mogą grać (śmiech).

Związki nie zwracają kosztów za paliwo?
To jest projekt głównie społeczny. Dla naszych skautów to przede wszystkim forma patriotyzmu. Fajnie jednak, gdyby nie ponosili dużych kosztów, więc mam nadzieję, że uda się jakoś załatwić ten problem. Wspomniałeś Turków… Cóż, oni grają w innej lidze.

Ale to wynika też z tego, że muszą. Są kraje, jak Niemcy, Szwajcaria czy Austria, gdzie jest ich w sumie kilkanaście milionów.
Tak, jasne. Zobacz, mnie kiedyś Kicker nazwał kłusownikiem. Skoro ja nim jestem, to jak nazwać Turków? To jak wojna totalna na kilkunastu frontach, z wielkim budżetem i uzbrojeniem. Kompletnie inny wymiar. Budżet po kilkanaście milionów euro. Trzech gości koordynuje całość ze Stambułu, a w Niemczech mają swoje miejsca, gdzie robią zgrupowania. Nie wiem, w jaki sposób ogarnęli to, jeżeli chodzi o ubezpieczenia piłkarzy, naprawdę. A Niemcy traktują ich już normalnie. Do nas też się przyzwyczają. Spotykamy się w Kolonii, fajnie te spotkania wyglądają. Spójrz, pokażę ci zdjęcie z pierwszego zjazdu, rok 2008. Jest Matuszczyk, Stulin i cała reszta. O, a tutaj, dolny rząd po prawej stronie (zdjęcie poniżej), bracia Przybyłko. Kacper gra w młodzieżówce u Dorny.

I mówią, że gdyby tylko mógł, sam sobie rzucałby nawet auty.
Ja znam go od innej strony. Kiedy byłem w Niemczech, jechał dwie godziny w jedną stronę, żeby dać mi bilet na mecz.

Zdecydowana większość jednak się nie przebiła, choć akurat faktycznie – Stulin był płucami w roczniku 1990, za trenera Globisza.
Zawsze najwięcej walczył. Szkoda, że póki co nie gra na miarę potencjału, może jeszcze nas zaskoczy. Zwróć jednak uwagę, że nawet w przypadku tych chłopaków, którzy nigdy nie zagrają w pierwszej reprezentacji naszego kraju, Polska jest bardzo ważna. Mieszkają gdzie indziej, ale mają silną więź ze swoją ojczyzną. To dla mnie, osobiście, bardzo ważne.

Nie uważasz, że ze względu na kontrowersje z Obraniakiem, Boenischem czy Polanskim, masz mocno pod górkę? Że ludzie słysząc nazwisko Chorażyk, automatycznie myślą o łowcy farbowanych lisów?
Jest w tym, co mówisz, sporo prawdy. Ja sam jestem patriotą i choć nie lubię określenia „farbowane lisy”, to chciałbym, żeby w reprezentacji grali Polacy. Nie łowię nowych lisów, tylko wyciągam rękę do tych, co do których mam uzasadnione odczucie, że mogą mieć z Polską coś wspólnego. A to, ile mają i jak dobrze grają w piłkę, wychodzi w praniu. Już nie mieszka w Polsce 40 milionów ludzi, tylko 38. Rośnie emigracja, dlatego nie możemy jej odpuścić, nie stać nas, po prostu. I mocno wierzę, że dzięki nowej stronie internetowej nasza baza danych bardzo się wzbogaci…

Rozmawiał PIOTR JÓŹWIAK

Fot.FotoPyK

KOMENTARZE (0)