Skoro nudy, to kawałek o zramolałym rycerzu…
Weszło

Skoro nudy, to kawałek o zramolałym rycerzu…

Nudy, nudy, nudy. Nic się nie dzieje. Jak ktoś coś powie – to nudno. Jak ktoś zmieni klub – to nawet my go nie znamy. Czekamy z utęsknieniem na jakiś pretekst do pochwalenia bądź wyśmiania kogokolwiek. No bo przecież nie będziemy chwalili Piasta Gliwice – fajnie chłopaki pograli, ale tak szczerze to kogo to obchodzi? Dla zabicia czasu, dzięki życzliwości red. Jacka Kmiecika, przytaczamy więc barwny rodział książki „Piłkarski Pasjans”. Tym razem na tapetę wzięty został Henryk Apostel, „zramolały rycerz polskiej piłki”, jak opisuje autor. Może przeczytać, w jakich filmach grała żona Apostela i do kogo Apostel zwracał się… „panie chuju”:)

ROZDZIAŁ KSIÄ„Ł»KI PIŁKARSKI PASJANS, DOTYCZÄ„CY HENRYKA APOSTELA (KSIÄ„Ł»KA NAPISANA PONAD DWA LATA TEMU, WIĘC TEKST NIE UWZGLĘDNIA OSTATNICH WYDARZEŁƒ):

HENRYK APOSTEL

Zramolały rycerz polskiej piłki. Straszący pochmurnym wejrzeniem, srogą miną, mówiący tylko z fukiem. Reprezentacyjny nadzorca. Najbliższy zausznik prezesa PZPN, Michała Listkiewicza. Mieszka pod Warszawą. Niegdyś w Piasecznie, a od kilku lat nieopodal Konstancina-Jeziorna. Majątek posiada. I to dość znaczny. Drugi raz żonaty. Obecna jego wybranka serca to Elżbieta Panas. Aktorka znana z bardzo śmiałych scen w takich filmach jak „Wielki Szu”, „Och, Karol”, a zwłaszcza „Lubię nietoperze”. Zapalona golfistka – mistrzyni Polski w tej niezbyt jeszcze popularnej dyscyplinie sportu w naszym kraju. Często spotkać ją można na polach w Rajszewie, nieopodal podwarszawskiej Jabłonnej, gdzie pilnie ćwiczy do mistrzowskich zawodów machanie laską i celowanie do dziurki. Znajomi powiadają, że wszystko co Heniek zarobi, przeznacza na zgrupowania żony na polach golfowych w Hiszpanii.

Kiedyś znany piłkarz, zwany w Legii „Milani”, z powodu bujnej czupryny jaką wówczas nosił i pozowania na włoską modłę donżuana. Później wzięty trener. A ostatnio zramolały działacz.

Karierę piłkarską zaczynał w Bytomiu. Grał jako lewy łącznik w Rozbarku, potem Polonii. Debiutował w pierwszej lidze, gdy miał 15 lat. Zaliczył jeden występ w reprezentacji kraju. Ze świeżo upieczonej drużyny mistrza Polski ’62 z Bytomia został wcielony do armii, czyli CWKS (Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego), jak nazywano wówczas warszawską Legię. Na Łazienkowskiej nie należał do świętoszków. Karnie odesłano go nawet na kilka miesięcy do trzecioligowych Wigier Suwałki. W 1968 roku wyjechał nagle do Chicago, gdzie występował w miejscowych Orłach. Przyznać trzeba, że wyjazd za ocean był dość tajemniczy. Nie każdy mógł wtedy legalnie wyjeżdżać do Ameryki i spokojnie z niej wracać. Na dodatek do wojskowego klubu. Z Legii przeszedł do Śląska Wrocław, wówczas również należącego do armii, by znowu na rok wyfrunąć do Chicago. Karierę zawodniczą kończył w drugoligowej Polonii Warszawa. Na Konwiktorskiej poznał młodego kierownika sekcji koszykówki i sekretarza sekcji piłki nożnej, Michała Listkiewicza. Znajomość ta procentuje do dzisiaj.

Pracę trenerską zaczął od trzecioligowej Pogoni Siedlce. Gdy w wieku 37 lat ukończył zaocznie AWF i dostał papiery trenerskie zajął się w PZPN szkoleniem młodzieży. Z sukcesami prowadził reprezentacje Polski juniorów, zdobywając między innymi trzecie miejsce na Turnieju UEFA w Polsce i drugie w NRD. Wtedy Turniej UEFA uznawany był nieoficjalnie za mistrzostwa Europy juniorów. W prowadzeniu drużyn młodzieżowych pomagał mu Mieczysław Broniszewski, z którym później współpracował także w pierwszej reprezentacji.

Potem Apostel z różnym powodzeniem pracował w klubach. Najpierw uratował Śląsk Wrocław przed degradacją. Trudniejszy okres przechodził w Chicago, gdy łączył pracę szkoleniową w Orłach z tapetowaniem ścian na drabinie. Ale czego nie robi się dla miłości. Do Ameryki pognało go za wspomnianą artystką Elżbietą, poznaną właśnie we Wrocławiu. Z USA przywiózł do Polski wielgachnego polonusa, Artura Wywrota, który miał oczarować kibiców i zostać najlepszym obrońcą w lidze i reprezentacji. Sęk w tym, że Wywrot nie potrafił zbytnio kopać piłki i zamiast zbawić nasz futbol, wyszedł sześć razy na boisko i wrócił za ocean. Z Lechem Poznań „Milani” zdobył mistrzostwo kraju, aby w następnym sezonie po kilku niezbyt udanych meczach rundy wiosennej nabawić się zawału serca i odejść z klubu w trakcie rozgrywek. Nie uczestniczył dzięki temu w farsie przyznania „Kolejorzowi” mistrzostwa przy stole 1993 roku (po bramkowej strzelaninie w Krakowie i Łodzi na finiszu ligi i pozbawieniu Legii i ŁKS tytułu mistrza i wicemistrza Polski). Ale bez skrupułów upomniał się o premię za podarowane Lechowi trofeum.

Do Górnika ściągnął go tworzący zabrzański „dream team” (po jakże udanej dla biało-czerwonych olimpiadzie w Barcelonie) zagadkowy biznesmen ze Szwajcarii, Władysław Kozubal. Dodatkowym argumentem za przyjęciem oferty z Zabrza był pracujący na miejscu znakomity kardiolog Zbigniew Religa, który mógł się zająć leczeniem skołatanego serca trenera. Z Górnikiem Apostel zdobył mistrzostwo jesieni i nieoczekiwanie przejął reprezentację Polski. Na ten oryginalny pomysł wpadł ówczesny wiceprezes od piłkarstwa młodzieżowego w PZPN, były dziennikarz „Piłki Nożnej”, późniejszy minister sportu i szef sportu w TVP, Zygmunt Lenkiewicz. Apostela dobrze poznał, gdy przez lata opisywał w tygodniku piłkarskim dokonania juniorów. Wybór gorąco poparł również sekretarz generalny związku, Michał Liskiewicz. A już do Gienka Kolatora i Mietka Broniszewskiego należało przekonanie Henia do podjęcia wyzwania.

Swoją cegiełkę dorzuciła również małżonka, której bardzo zależało, by mąż podjął pracę w Warszawie. Wiadomo, stolica. Inny świat i większe możliwości niż w Zabrzu, Poznaniu czy Wrocławiu. Trochę na siłę wcisnęła Heniowi do sztabu szkoleniowego znajomego z pobytu w Ameryce, Roberta Gadochę, byłego świetnego lewoskrzydłowego, który jednak o profesjonalnej trenerce miał dość mgliste pojęcie.

Jako selekcjoner Apostel nie miał się czym poszczycić, bo choć zremisował na Parc des Princes z Francją, awansu do Euro 1996 nie fetował. Zresztą kadra pod jego wodzą przechodziła szczytowy okres nieustających bankietów. A ton grupie rozrywkowej nadawali liderzy drużyny Roman Kosecki i Piotr Nowak. Srebrni medaliści z Barcelony nie zamierzali pozostawać w tyle i kadra imprezowała na całego. Za cichym przyzwoleniem selekcjonera, który dawał zawodnikom na zgrupowaniach sporo swobody, a pilnował tylko, by tej swobody w zdobywaniu informacji nie mieli dziennikarze. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby eliminacje zakończyły się sukcesem. Ale decydujący o awansie mecz ze Słowacją w Bratysławie skończył się skandalem. Nie dość, że biało-czerwoni dostali srogie lanie to Roman Kosecki i Piotr Świerczewski zrobili szopkę i wylecieli z boiska. „Kosa” rozebrał się do rosołu, a „Świr” wypiął się na sędziego. Gorąca atmosfera udzieliła się też trenerowi Apostelowi. Po spotkaniu przed szatnią wyskoczył na mnie: – Cieszy się pan, panie chuju? Nie było zbytnio z czego, więc mnie poważnie zatkało.

Po nieudanej selekcjonerskiej przygodzie Apostel odkuł się w drugoligowej Wisle Kraków, z którą wywalczył awans do ekstraklasy. Nie zdążył jednak doczekać na Reymonta wielkopańskich rządów Bogusława Cupiała. W drugoligowym KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, gdzie trafił za namową prezesa Michała Listkiewicza, furory nie zrobił. Zakończył więc swą trenerską wędrówkę po Polsce i został prominentnym działaczem w PZPN. „Listek” mianował go wiceprezesem. Najpierw odpowiedzialnym za szkolenie, a w następnej kadencji za dyrektorowanie reprezentacji Polski. Jako jeden z nielicznych biurokratów z Miodowej, z racji trenerskiego życiorysu powinien mieć najwięcej do powiedzenia w sprawach szkoleniowych, ale nie zawsze z tego przywileju korzysta. Korzysta natomiast z wysokiej pensji, przekraczającej 10 tysięcy złotych, bo rzecz jasna nie działa społecznie. W PZPN wsławił się dwoma odważnymi inicjatywami. To na jego sugestię prezes Listkiewicz zwolnił po Mundialu w Korei Południowej i Japonii selekcjonera Władysława Jerzego Engela. A także na wniosek Apostela zreorganizował ligę, dzieląc ją na dwie grupy. Ale pomysł się przyjął, choć miał zapobiec ustawianiu meczów i przynajmniej wiosną w grupie walczącej o mistrzostwo poniekąd temu zapobiegł (drużyny z górnej półki nie miały komu odpuszczać spotkań). Po roku wrócono więc do starej wersji i kupczenie punktami rozkwitło na nowo.

Z natury Henio to człowiek mrukliwy. Podobno lepiej niż na piłce zna się na szachach. Czas wolny na zgrupowaniach zwykle zabijał partyjkami szachów – w Górniku, a później w reprezentacji z kierownikiem, ś. p. Piotrem Kanclerzem. Mówiło się nawet, że zabrał Kanclerza z Zabrza do kadry tylko po to, by mieć partnera do gry na długie szachowe wieczory.

Wizerunek rycerza bez skazy nieco zarysował artykuł w „Rzeczypospolitej”, w którym ujawniono, że firma powiązana z PZPN. Pol-Waz zbudowała Apostelowi dom w najdroższej podwarszawskiej miejscowości, Konstancinie.


FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT

KOMENTARZE (0)