Legia Warszawa najpierw Rafała Adamskiego chciała, potem stwierdziła, że za bardzo się ceni, żeby na koniec – po tym, jak najdroższy piłkarz w historii klubu, którego dopiero co kupili tylko się pogrąża – jednak Adamskiego sprowadzić. I choć nikogo już nie dziwią kolejne ruchy Ministerstwa Głupich Kroków, to trwające od roku poszukiwanie napastnika przez Legię idealnie oddaje rozkład i beznadzieję zarządzania tym klubem.
Na przestrzeni tych dwunastu miesięcy Legia Warszawa sprowadziła przecież trzy różne dziewiątki za ponad cztery miliony euro i dało to tylko tyle, że teraz rozpaczliwie szuka czwartej. Już bez wypchanego portfela, tym razem z pozycji poszukiwacza złota z sitem, kaloszami, ale bez nadmiaru wolnego czasu, który cechować powinien tych, którzy liczą na znalezienie wartościowego towaru za bezcen.
Wszystko odbywa się w ramach niekontrolowanego chaosu, który od dawna charakteryzuje kolejne posunięcia stołecznego klubu. Legia Warszawa przez swoją politykę wciąż jest na minusiku, wiecznie stoi pod ścianą, raz za razem stosuje tzw. panic buying.
Czy transfer Rafała Adamskiego do Legii Warszawa ma sens?
Spis treści
- Legia Warszawa nie potrafi znaleźć napastnika. Ich transfery oddają poziom problemów w klubie
- Legia z uporem ignoruje czerwone flagi i co chwilę zmienia strategię
- Chaos zmian. Legia wciąż bez sensu wydaje pieniądze
- Spóźnieni FC znowu w akcji. Błąd naprawić błędem, bo coś zrobić trzeba
- WIĘCEJ O LEGII WARSZAWA NA WESZŁO:
Legia Warszawa nie potrafi znaleźć napastnika. Ich transfery oddają poziom problemów w klubie
Użyłem tego terminu, gdy pisałem o tym, dlaczego transfer Ilji Szkuryna w takim momencie, za takie pieniądze nie ma sensu, ale na dobrą sprawę można w ten sposób opisać każdego napastnika, który w minionym roku trafił do Legii. W ramach przypomnienia:
- Ilja Szkuryn – trafił do Legii, bo nie udało jej się ściągnąć napastnika na czas, zgłosić go do pucharów, ale jednocześnie trzeba było ściągnąć kogokolwiek, więc zbytnio się nie zastanawiano;
- Mileta Rajović – trafił do Legii za rekordowe trzy miliony euro (potwierdził to Michał Żewłakow) zaraz po tym, jak wściekli kibice ogłosili protest, wytykając klubowi minimalizm, zaraz po artykułach potwierdzających, że Legia wydawać nie chce i nie ma z czego;
- Antonio Colak – trafił do Legii prosto z testów medycznych i sesji zdjęciowej w innym klubie, gdy na finiszu okna kontuzji doznał najlepszy strzelec zespołu (ten sam, którego Legia chciała z klubu wypchnąć).
Ostatni manewr można nawet zrozumieć, wytłumaczyć. Faktycznie istniała potrzeba chwili, faktycznie trzeba było skorzystać z kontaktów, sfinalizować coś szybko, załatać dziurę. Co prawda wystarczyłoby zmienić zdanie co do Ilji Szkuryna – który zgodnie z moimi przewidywaniami, ale zaskakująco dla Legii rzeczywiście nie wypalił – natomiast niespecjalnie dziwi, że Legia zerknęła na:
- bilans dużych szans Szkuryna (>0,2 xG): 0 strzelonych, 8 niewykorzystanych – drugi najgorszy w najnowszej historii klubu;
- zamieszanie z dokumentami, które uniemożliwiały np. sprawne podróżowanie na mecze pucharowe;
- osobowość zawodnika, który nie potrafił się odnaleźć w dużym, medialnym klubie…
I stwierdziła, że lepiej przestać się oszukiwać i odpuścić, poszukać innego rozwiązania. W każdym razie skończyło się na tym, że wyrwano Górnikowi Zabrze Colaka, co z czasem stało się memem – „Jakie jest największe wzmocnienie Górnika latem? Colak w Legii” – natomiast na tamten moment ten ruch zawierał śladowe ilości sensu, logiki.

Ale dobrze, za dużo czasu poświęcam na łyżkę miodu w beczce dziegciu. Bo każdy kolejny ruch Legii Warszawa związany z szukaniem napastnika coraz bardziej obnaża niekompetencję ludzi zarządzających tym klubem.
Legia z uporem ignoruje czerwone flagi i co chwilę zmienia strategię
Wróćmy do zalążka wszystkich tych problemów. Na starcie poprzednich rozgrywek Legia Warszawa sporo zainwestowała w duet napastników: Jean-Pierre Nsame i Migouel Alfarela. Obaj wzbudzali zachwyt każdego w klubie: od skautów przez pion sportowy po sztab szkoleniowy.
Sezon zaczął się jednak kiepsko, Nsame nie był w formie (pamiętacie jeszcze narrację, że facet, który właśnie wraca po poważnej kontuzji dwa miesiące przed czasem, bo harował jak wół, jest leniwy i nie ma ambicji, za to ma nadwagę?), Alfarela nie spełnił proroctwa o byciu gwiazdą ligi i pozwolono ot tak ich odsunąć, schować w szafie.
W porządku – to się jeszcze zgadza. Natomiast w tym samym czasie następował powolny odpływ władzy w kierunku trenera, marginalizowanie pionu sportowego. Dokooptowano do niego nagle Marcina Herrę, który chciał mieć wpływ na więcej rzeczy, na margines zepchnięto krytykowanego dyrektora i szefa skautingu. Wszystko to doprowadziło do zburzenia całego procesu i sytuacji, w której zimą za transfery odpowiadał głównie Goncalo Feio.
Nie, żeby do tamtego momentu funkcjonowało to wzorowo, nieomylnie, ale jednak to odwrócenie hierarchii, porzucenie właściwych struktur, ostatecznie pogrążyło Legię Warszawa i było wspomnianym zalążkiem tego, co zamieniło się w wielką spalarnię pieniędzy.

Minionej zimy klub szukał napastnika tak długo, tak wybrednie, próbując pogodzić skonfliktowanego trenera i pion sportowy, że ostatecznie nie znalazł nikogo. Natomiast z racji tego, że w międzyczasie pozwolił Feio pozbyć się Nsame i Alfareli – musiał uzupełnić lukę w kadrze, nawet na samą ligę. Oglądaliśmy więc to, co widzimy teraz z Rafałem Adamskim. Przecież Szkuryn był na listach znacznie wcześniej, lecz stwierdzono, że:
- za tyle to nie;
- są lepsze opcje.
Adamski był na listach wcześniej, ale stwierdzono, że za tyle to nie, poza tym są lepsze opcje. Można też założyć, że nikt w Warszawie nie funkcjonuje w bańce, że docierają do nich proste i czytelne sygnały alarmowe. Bo Rafał Adamski odnalazł się w konkretnej strategii, konkretnego trenera, który zna go od dawna, który miał go w dwóch klubach. Bo ma fatalny bilans w Ekstraklasie, od której się odbił.
Zresztą – od zaplecza też, Piotr Stokowiec dosłownie uratował mu karierę.
Chaos zmian. Legia wciąż bez sensu wydaje pieniądze
Tak samo docierały do Legii głosy o tym, jaki charakter ma Ilja Szkuryn, dlaczego nie powtórzył fenomenalnego sezonu. Generalnie nie ma co zakładać, że ktoś funkcjonuje w próżni i nie ma pojęcia o istnieniu czerwonych flag. Zwykle po prostu z różnych powodów takowe ignoruje. Zachodni analitycy bardzo często utyskują na to, że koledzy podejmujący decyzje stosują strategię we can fix him.
Coś, co zresztą pion sportowy Legii zrobił z Gilem Diasem, wprost przyznając, że wiedzieli, co jest nie tak, ale uznali, że „tu będzie lepiej, teraz się ogarnie, my wiemy, jak go naprawić”.
W Legii w przypadkach Szkuryna, Rajovicia czy teraz Adamskiego świadomość ryzyka na pewno istnieje. Po prostu zostało ono zepchnięte na dalszy plan z podobnych powodów. Presja czasu, presja działania, presja kibiców.
Poziom rozczarowania poprzednim sezonem, frustracja i protest trybun plus przekonanie, że w zespole nie ma absolutnie żadnego napastnika (Alfarela, Gual, Nsame, Szkuryn), który gwarantuje zapowiadaną walkę o mistrzostwo, doprowadził do tego, że Legia latem znów znalazła się pod ścianą. Pion sportowy został dopiero co zmieniony, poprzedników pogoniono, nie korzystając za bardzo z tego, co po sobie zostawili. Skauting wykonał swoją pracę co do Milety Rajovicia (nawet, jeśli uznamy, że się mylił – wykonał), ale to Marcin Herra podjął decyzję o przestawieniu wajchy.

Marcin Herra chciał, żeby Legia Warszawa wydawała więcej – no to wydaje.
To on forsował strategię znaczącego zwiększenia wydatków na utrzymanie zespołu i na transfery. Legia zdecydowała, że pokaże finansową moc – którą niewątpliwie ma, bo przychody wykręca kosmiczne, po prostu przez multum nietrafionych decyzji na przestrzeni lat pakowała się w finansowe tarapaty, które to wszystko przykrywały przez konieczność ratowania sytuacji – w najgorszym dla siebie momencie. W chaosie zmian, gdy:
- pion sportowy był zupełnie nowy,
- skauting był zupełnie nowy,
- trenera znaleziono na chybcika, gdy zawalił się plan A.
Nikt rozsądny w takim momencie nie podejmuje takiego ryzyka, ale w Legii rozsądek dawno ustąpił miejsca pragnieniu sukcesu Dariusza Mioduskiego.
Zainwestowanie trzech milionów euro w kogoś takiego jak Mileta Rajović od początku oceniałem jako fatalny błąd. To napastnik, który ma pewien zestaw atutów, ale ma też spory bagaż wad, który sprawił, że w kolejnych klubach był oceniany jako rozczarowanie. Rozłożyłem to na czynniki pierwsze we vlogu, nie będę się powtarzał.
W każdym razie: nie warto było, nie za takie pieniądze.
Spóźnieni FC znowu w akcji. Błąd naprawić błędem, bo coś zrobić trzeba
Wreszcie docieramy do momentu, w którym Legia Warszawa ponownie zmienia trenera, zmienia model gry, zmienia całą strategię. To kolejna składowa tego, że non-stop przepala pieniądze. Rozsądne kluby też zwalniają szkoleniowców, ale nawet jeśli robią to często, to zatrudniając następców, poruszają się według odgórnie narzuconych idei. W Legii ze zmianą zwykle wiąże się wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Pół kadry nagle okazuje się nie pasować do pomysłu nowego trenera, trzeba jednych wypychać, drugich kupować.
Klubom zdarzają się oczywiście nietrafione transfery. I nie byłoby z tym takiego problemu, nawet przy tej cenie, gdyby można było stwierdzić, że Legia zrobiła naprawdę wszystko, żeby zminimalizować ryzyko. Było jednak dokładnie odwrotnie: klub działał tak, jakby jutra miało nie być, wtopił, obudził się i nadal trzeba płacić rachunki, kupić nowego napastnika. Tyle że chwilowe przekonanie co do własnej wielkości doprowadziło do tego, że na to drugie brakuje pieniędzy.
To znaczy: pewnie tak samo jak latem – gdyby ktoś stwierdził, że tak dalej być nie może, to okazałoby się, że pieniądze jednak są, że trzeba tylko odjąć z jednej górki, przesypać do drugiej… Natomiast kolejny taki manewr nie wróżyłby niczego dobrego na dłuższą metę, powodowałby tylko większy potencjalny problem w przypadku braku powodzenia misji (misji puchary, misji odbudowa potęgi – misji mało na dziś prawdopodobnej).
Legia oczywiście mogłaby zrobić to, co powinien zrobić rozsądny klub w takiej sytuacji – poszukać taniego rozwiązania, jednocześnie zapewniającego potencjalny zysk w przyszłości. Tylko że do tego trzeba mieć struktury, rozeznanie, pomysł, proces. Wszystko to, czego w klubie usilnie unikają, czego nie chcą stworzyć, skacząc od doraźnych rozwiązań do krótkoterminowych koncepcji.
Dlatego kończy się to właśnie w ten sposób. Legia Warszawa walczy o życie w Ekstraklasie, nie zdołała ściągnąć napastnika w okresie przygotowawczym, nie zdołała też po nim. Początkowo słusznie uznała, że wydanie grubo ponad miliona złotych w skali sezonu na transfer i pensję Rafała Adamskiego to jednak przesada, to się nie może udać, opłacić, dobrze skończyć. W obliczu braku innych rozwiązań – i zapewne ustępstw drugiej strony, która przecież innej opcji zmonetyzowania udanej rundy nie miała – ponownie padło jednak „coś zrobić trzeba”.
Spóźnieni FC po miesiącach szukania napastnika na całym świecie znaleźli go w ogródku – bo parę kilometrów dalej.
W tym nie ma nauki na własnych błędach. Nie ma żadnej strategii i szerszego pomysłu. Po prostu latem sprzeda się na siłę jakiegoś młodego chłopaka, który zdążył błysnąć za promocyjną cenę. Będziemy mówić, że mogłaby ona być sporo wyższa, gdyby nie był w klubie, który rozpaczliwie potrzebuje zastrzyku gotówki w obliczu braku pucharów.
Aha, i poszuka się kolejnego napastnika, bo przecież trzeba będzie zapowiedzieć, że teraz to już na pewno odzyskamy mistrzostwo, ale głupio sprzedawać ludziom nadzieję na sukces ze skompromitowanym rekordem transferowym w roli twarzy projektu. Kto wie, może koło fortuny znów wypadnie na udawanie hegemona, którego stać na wszystko i wszystkich? Zapewne zobaczymy też kolejną wymianę pionu sportowego (co akurat nie zdziwi, pomysł odkopania Żewłakowa zestarzał się jak mleko, podobnie zresztą jak następny „zagraniczny doradca”).
Legia, Legia, never changes.
WIĘCEJ O LEGII WARSZAWA NA WESZŁO:
- To nie są żarty. Spadek zagląda w oczy Legii, Pogoni i Widzewa. Kto ma najgorzej?
- Na ratunek – kto będzie nowym Deyną Legii?
- Dwa miesiące w strefie spadkowej. Legia Mioduskiego bije rekordy
SZYMON JANCZYK
fot. 400mm.pl