Papszun i Thomasberg zostali ściągnięci do Legii i Pogoni po to, by poprawić grę obu klubów, no i ten pierwszy to systematycznie robi, ale ten drugi… Jak to nazwać? Chyba trwaniem, bo Duńczyk trwa przy Pogoni, ale nie wygląda, by miał na nią szczególny wpływ. Portowcy mogą zagrać lepiej, gorzej – ale w zasadzie nigdy bardzo dobrze – natomiast nie wiadomo, w jakim zmierzają kierunku. A Legia choć była w bagnie, to się z niego wygrzebuje i zaczyna być JAKAŚ.
To bardzo ważne w życiu i piłce: być jakimś. Pogoń jest kompletnie nijaka, a Legia pod Papszunem zaczyna mieć swój charakter. Widać rękę trenera, łatwo można dostrzec, jaki jest plan na mecz i co szkoleniowiec chciał zaproponować. I tak na przykład choćby dzisiaj w Legii imponowało to, jak umiejętnie była w stanie zaatakować pressingiem przy stracie – Pogoń niby mogła się cieszyć z odzyskania futbolówki, ale zawsze musiała uważać, bo zaraz doskakiwał przeciwnik.
Superscore podaje, że Legia zanotowała 14 przechwytów. Pogoń tylko pięć. A że też goście potrafili zaatakować blisko pola karnego Pogoni, to na przykład Legia miała 27 kontaktów w szesnastce Pogoni, a ona dziewiętnaście (w tym sześć nabitych rozpaczą w końcówce).
Druga rzecz to praca nad głową, a może wyplenianie pierdołowatości, co Papszunowi też się udało – jego piłkarze dużo bardziej w siebie wierzą, grają momentami może i prostymi środkami, ale za to skutecznymi. Pogoń… daje się kręcić Augustyniakowi. I traci bardzo głupie gole.
Pogoń Szczecin – Legia Warszawa 0:2. Rajović nokautuje gospodarzy!
Pierwszy to wrzut z autu, dość kiepskie uderzenie Rajovicia, ale i fatalny błąd Cojocaru, któremu piłka jakoś wturlała się do bramki. W trakcie transmisji golkiper był broniony tym, że słońce dawało mu po oczach, ale zaglądamy w przepisy piłki nożnej i nic się nie zmieniło: bramkarz może mieć czapkę. Zatem jeśli może, a Cojocaru jej nie miał, to na czyje konto leci gol? No na bramkarza, przecież nie słońca. Nie przygotował się do pracy, puścił kolejnego babola w tej rundzie i tyle.
Drugie trafienie to z kolei jawna kompromitacja Keramitsisa. Obrońca najpierw wybił piłkę pod nogi Adamskiego, a potem pozwolił mu się obiec i zagrać na pustaka do Rajovicia. Kolejnym etapem tej gościnności byłoby już tylko złapanie piłki w ręce i stwierdzenie „a strzelcie sobie karnego”. No nie da się tak bronić, przecież to absurd.
Pogoń była więc fatalna w tyłach, ale i nieprzekonująca z przodu. Czegoś tam spróbowała, Koutris w końcówce trafił nawet w słupek, ale kto oglądał, ten wie, że ofensywa gospodarzy nie miała większego sensu. Większość działań była wolna, przewidywalna, łatwo rozbijana przez Legię. Dość powiedzieć, że jedynym celnym strzałem było kopnięcie Greenwooda z dystansu, które obroniłby obudzony w środku nocy Tobiasz, więc tym bardziej obronił Hindrich.
I gdzie tu jest ręka trenera, jaki był plan na ten mecz? Nie wiadomo. Kolejny już raz Pogoń wyglądała jak przypadkowa zbieranina.
A Legia rośnie. Adamski świetnie się wprowadził, obrona wygląda coraz pewniej, Rajović upolował dublet, co wcześniej wydawało się mniej możliwe niż irokez u Mioduskiego. Wiadomo, że to przepłacony gość, ale 10 bramek we wszystkich rozgrywkach w tym sezonie ma.
Pracuje więc na awans z bycia transferem fatalnym do bycia transferem słabym, tak jak Legia chce mieć słaby sezon, a nie skrajnie kompromitujący. I kto wie, przy tak płaskiej tabeli i takiej grze jak dziś może się uda!
Zmiany:
Legenda
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Piłkarz Widzewa nie ma wątpliwości: Walczymy o utrzymanie
- Angielski o Angliku: Nie jest przypadkiem, że grał w Premier League
- Jak długa droga jest od Korony Kielce do Barcelony?
Fot. Newspix