Porto tym razem trochę mniej polskie, ale warto było rzucić okiem, co tam słychać w naszej kolonii na Półwyspie Iberyjskim. Smoki na własnym stadionie podjęły Nottingham Forest i po całym meczu mogą, a nawet powinny sobie pluć w brodę. Zwycięstwo leżało jak najbardziej w ich zasięgu, lecz kompletnie zawiodła skuteczność. Remis zdecydowanie bardziej cieszy gości.
Jak w dobrym filmie akcji, zaczęło się od mocnego uderzenia – jeszcze człowiek nie zdążył zasiąść w fotelu, a tu już akcja śmierdząca bramką nawet w Polsce. Dwa piekielnie szybkie i piekielnie dokładne prostopadłe podania wystarczyły, by przed doskonałą szansą stanął Moffi. Napastnik Porto zamiast jednak strzelić jak człowiek, podał piłkę prosto w ręce broniącego bramki Anglików Ortegi i złapał się za głowę.
Panie Moffi, trzeba było myśleć wcześniej, przyłożyć się bardziej. A nie dawać przykład kolegom na kolejne minuty.
Nieskuteczne Porto tylko remisuje. I samo jest sobie winne
Jeśli Moffi był dziś mistrzem patelni, to Borja Sainz zasłużył dziś na miano sous chefa. To była w sumie siostrzana akcja do tej zmarnowanej przez Nigeryjczyka – znów świetnie wyglądało to wcześniej, dwa doskonałe podania, niezła dynamika, od samego patrzenia człowiek spocony z wrażenia. A na finał piłkarz Porto posyłający jakiegoś fiflaka prosto w ręce Ortegi.
Wyraźnie zaskoczonego, że z tak dogodnych pozycji można strzelać tak źle. Widać można.
Niewiele dobrego można też powiedzieć o obronie Forest, przynajmniej na bazie pierwszego kwadransa gry. Bo gospodarze dochodzili do takich pozycji, że głowa mała. Szybko otworzyli też wynik meczu, kiedy znów pechowego Moffiego wyratował zamykający akcję William Gomes.
Długo ta radość nie trwała, bo Anglicy straty odrobili straty już dwie minuty później. A właściwie nie do końca oni je odrobili…
Co tam się wydarzyło! 🤯
Mamy już 1⃣:1⃣ w meczu FC Porto 🆚 Nottingham! 👀
📺 Polsat Sport Premium 1 📲 Polsat Box Go #UEL pic.twitter.com/SaZFGKEZgq
— Polsat Sport (@polsatsport) April 9, 2026
W pakiecie prezentujemy dwie akcje. Obie autorstwa tylko i wyłącznie piłkarzy Porto, bo gola dla Forest zdobył prawy obrońca Smoków, Martim Fernandes. Powiedzieć, że popełnił błąd, to jakby nie powiedzieć nic. Kuriozalna bramka, niesamowita.
Nawet niespecjalnie byśmy się zdziwili, gdyby trener Farioli po kolejnych kilku minutach zdjął Fernandesa z boiska. Po takim błędzie trudno się pozbierać, a na twarzy prawego obrońcy Porto malowały się wszystkie emocje świata poza spokojem. Decyzję ułatwiła jednak jego… kontuzja. Przy późniejszym starciu z Ndoye coś stało się chyba z prawą kostką piłkarza gospodarzy, przez co musiał on zjechać do bazy już w 19. minucie.
Właśnie, wszystko to w ledwie dwadzieścia minut. Cały mecz naprawdę stał na fajnym poziomie i zwyczajnie dobrze się go oglądało. Tu fajne, przeszywające podanie. Gdzie indziej efektowny drybling czy celna wrzutka. Przyjemna pozycja na wieczór.
Sentymentalny powrót Bednarka. Raz go trochę nastraszyli
Mecz ten mógł być za to niezbyt przyjemnym powrotem Jana Bednarka do czasów słusznie minionych, w których podstawowy stoper reprezentacji Polski dostawał raz za razem w łeb grając jeszcze dla Southampton. Angielskie drużyny regularnie przerabiały jego zespół na marmoladę, ale tym razem powtórki z rozrywki nie było.
Nasz rodak jako jedyny z z tercetu Polaków wystąpił dziś na Estadio do Dragao i w sumie trudno mieć do niego jakiekolwiek pretensje, większości wypadków prezentował się solidnie. Prawdziwego stracha napędzili mu właściwie tylko raz, kiedy w polu karnym zaskoczył go Chris Wood. Nowozelandczyk – w co trudno uwierzyć, to kawał chłopa – tak się zakradł za plecami Bednarka i tak nagle zza nich wyskoczył, że kontrolujący ułamek sekundy wcześniej piłkę obrońca, nagle zdębiał. Jego spóźniona interwencja okazała się jednak skuteczna, choć była dosyć rozpaczliwa. Wood zrobił wiele, by kosztem Bednarka wypracować dla swojej drużyny rzut karny, lecz sędzia owych starań napastnika nie docenił.
No i w sumie dobrze. Lepiej dla naszego rodaka, Polska górą!
Festiwal zmarnowanych szans. Porto może sobie pluć w brodę
Podczas gdy Jakub Kiwior popisy kolegów oglądał z ławki rezerwowych, a niezgłoszony do rozgrywek Oskar Pietuszewski nawet z poziomu trybun, dalej swój koncert grał Moffi. Trafiał jednak przeważnie w fałszywe nuty – jeszcze przed przerwą kompletnie niepilnowany wyskoczył do dośrodkowania Fofany i z piątego metra strzelił dokładnie tam, gdzie stał Ortega.
Po zmianie stron w ślady kolegi poszedł jeszcze strzelec gola Gomes, który również postanowił nabić notę bramkarzowi rywali. Ten miał dziś niby pełne ręce roboty, kilka razy musiał uwijać się jak w ukropie, ale w gruncie rzeczy wszystkie te tak groźne akcje kończyły się jakąś kiepścizną.
I to powinien być główny zarzut pod adresem podopiecznych Fariolego. Los mógł ich nawet skarcić wyjątkowo boleśnie na krótko po godzinie gry, kiedy piłka zatrzepotała w siatce Costy po strzale Igora Jesusa, ale tu z pomocą przyszli uważni sędziowie, którzy dopatrzyli się wcześniej faulu na bramkarzu Smoków. Stresu byłoby jednak w tamtej sytuacji mniej, gdyby wcześniej (i później) piłkarze Porto jednak trafiali do bramki Ortegi.
A że nie chcieli? Ich strata. Rewanż będzie przez to trudną przeprawą.
FC Porto – Nottingham Forest 1:1 (1:1)
- 1:0 – William Gomes 11′
- 1:1 – Martim Fernandes 13′ (gol samobójczy)
CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKIEJ KOLONII W PORTO NA WESZŁO:
- Co z przyszłością Kiwiora? „Bez cienia wątpliwości”
- Kiedyś Borussia, dziś Porto. Zagraniczne tercety w polskiej kadrze
- Oskar Pietuszewski to pierwszy polski wonderkid. Talent klasy światowej
Fot. Newspix