Czasami jeden transfer właściwego zawodnika we właściwym czasie może naprawdę wiele poprawić. W tym sezonie doskonale widzimy to na przykładzie Mateja Rodina i Lechii Gdańsk.
Odkąd Biało-Zieloni powrócili do Ekstraklasy, od początku mają duże problemy z defensywą, której słabość wielokrotnie musiała nadrabiać siła ofensywna. Lechia w poprzednim sezonie straciła aż 59 goli – więcej miała tylko ostatnia w tabeli Puszcza Niepołomice (63). Zaledwie sześć razy zespół z Gdańska zachował czyste konto. Pod tym kątem gorzej wypadali jedynie Radomiak oraz spadkowicze z Mielca i Wrocławia.
Z której strony nie spojrzeć, pod względem gry obronnej Lechia byłaby na dole tabeli.
Matej Rodin odmienił grę obronną Lechii Gdańsk
W tym sezonie… pozornie jest jeszcze gorzej. Gdańszczanie na dziś mają najwięcej wpuszczonych bramek w lidze (41). Trzeba jednak tę statystykę uszczegółowić i podzielić ją na dwa okresy: przed i po przyjściu Mateja Rodina.
Notorycznym problemem Lechii był brak lidera w obronie. W tamtym sezonie nie zostali nim ani Elias Olsson i Bujar Pllana, ani tym bardziej Andrei Chindris lub Loup-Diwan Gueho. Zbiór przeciętniaków bez większej charyzmy. Aż nadto rzucało się to w oczy.
Latem środek defensywy szybko został uzupełniony o Maksyma Diaczuka. Ukrainiec miał całkiem niezłe CV, rozegrał blisko 50 meczów dla Dynama Kijów, ale początek w jego wykonaniu był katastrofalny. Nie dość, że nie poprawił gry całej tylnej formacji, to jeszcze popełniał proste i kosztowne błędy. Dochodziło do tego, że John Carver musiał publicznie go bronić. Trener Lechii po spotkaniu z Cracovią zdradził nawet, że Diaczuk przepraszał go za swoje wpadki i był całkowicie zdewastowany. Trudno na kimś takim oprzeć obronę swojego zespołu.
A że Lechia zaczynała sezon z minus pięcioma punktami, potrzeba zaradzenia tej sytuacji stała się absolutnym priorytetem. Był już początek września, gdy ogłoszono podpisanie kontraktu z Matejem Rodinem. Ten transfer od początku bardzo dobrze się zapowiadał. Doświadczony stoper, twardo grający, charakterny, dobrze znający Ekstraklasę po występach w Cracovii i Rakowie – na papierze wszystko się tu zgadzało.

Z Rodinem Lechia traci dużo mniej goli
I praktyka to potwierdziła. Rodin już w debiucie zaimponował, rozbijając rywali z GKS-u Katowice, a na koniec zaliczył jeszcze formalną asystę, przepychając piłkę do przodu, gdzie już Camilo Mena zrobił użytek ze swojej szybkości i zamknął mecz golem na 2:0.
Chorwat wyglądał jak profesor, absolutny kozak. Widać było, że z miejsca zyskał uznanie i szacunek kolegów. Od pierwszych minut prezentował się jak naturalny lider obrony, na którym inni mogą się wesprzeć. Kogoś takiego Lechii brakowało.
Nic dziwnego, że John Carver bardzo szybko pochwalił Chorwata. – Wiem, jak ważne jest to, aby w szatni był tak doświadczony zawodnik jak Matej Rodin. To lider, potrzebowaliśmy kogoś takiego. To na pewno nam daje więcej spokoju i ułatwia zarządzanie meczem. To dziwnie fajne uczucie stać przy linii i mieć wrażenie, że się kontroluje mecz. Ten spokój z boiska udziela się też na ławce rezerwowych i to jest ważne – już po dwóch tygodniach rozpływał się Szkot nad nowym podopiecznym.
Jego rolę podkreślił również kilka dni temu w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. – Jeśli chodzi o bramki stracone, to na pewno swoje robi, że mamy tak wielu młodych piłkarzy. Od kiedy Matej Rodin do nas dołączył, tracimy znacznie mniej goli, obrońcy dużo się od niego uczą. Więc tu się poprawiliśmy.
Ktoś powie, że czym się tu zachwycać, skoro od debiutu Rodina Lechia w lidze już ani razu nie zagrała na zero z tyłu. To prawda, ale całościowo drużyna z Trójmiasta traci znacznie mniej goli, mimo że Alex Paulsen między słupkami jakoś wyjątkowo nie zachwyca. Statystyki jasno to pokazują.
- w poprzednim sezonie bez Rodina 59 straconych goli w 34 meczach (średnia 1,73)
- w tym sezonie bez Rodina 19 straconych goli w 7 meczach (średnia 2,71)
- 22 stracone gole w 14 meczach z Rodinem (średnia 1,57)
Przy tej średniej od pierwszej kolejki, Biało-Zieloni po stronie strat mieliby 33 bramki. To już oznaczałoby bycie lepszym w tym aspekcie od czterech klubów i gonienie Widzewa z Radomiakiem.

Przy nim rosną inni
Lechia nadal ma problem z czystymi kontami, ale już rzadko daje się ostrzeliwać rywalom. Z Rodinem na boisku sześć razy traciła tylko jednego gola, a że z przodu zawsze jej coś wpada, najczęściej oznacza to jakąś zdobycz punktową.
Na tle całej ligi Rodin w poszczególnych statystykach zbytnio się nie wyróżnia, ale jego pozytywny wpływ na Lechię jest ewidentny, zwłaszcza że jej liderzy na wyższych piętrach przecież się nie zmienili. W środku pola nadal rządzą Kapić z Żelizką, na skrzydle Mena, a w ataku Bobcek. Przy Chorwacie formę na przyzwoitym poziomie ustabilizował Bujar Pllana. Drużyna w tyłach zyskała solidność, cechy wolicjonalne, rzadziej wpadają jej jakieś farfocle po kopnięciu się w czoło.
I tak, wiemy, że akurat z Motorem Lublin Rodin strzelił samobója, ale trudno mieć o to do niego większe pretensje, bo Ivo Rodrigues bardzo mocno zagrał piłkę w pole bramkowe. Takie rzeczy zdarzą się każdemu obrońcy, który nie ucieka od odpowiedzialności w trudnych momentach i próbuje ryzykownych interwencji.
Kto wie, czy z perspektywy całego sezonu zatrudnienie Rodina przez Lechię nie okaże się najważniejszym momentem. Bez tego ruchu nawet niesamowita forma Bobcka mogłaby nie wystarczyć do utrzymania. A dziś już coraz więcej wskazuje na to, że zostanie ono wywalczone na dużym luzie.
CZYTAJ WIĘCEJ O EKSTRAKLASIE NA WESZŁO:
- Legia ma nowy sposób na kryzys. Nietypowe metody
- Marcin Cebula dla Weszło: Nie wierzyłem, że anulują mi kartkę
- Oskar Repka wyznał. „Jestem pacjentem onkologicznym”
Fot. FotoPyK/Newspix