Łomot i kontrowersja. Jagiellonia jedną nogą za burtą Ligi Konferencji

Szymon Janczyk

19 lutego 2026, 23:11 • 5 min czytania 65

Łomot i kontrowersja. Jagiellonia jedną nogą za burtą Ligi Konferencji

Mecz Jagiellonii Białystok z Fiorentiną można podsumować dwoma strzałami z rzutów wolnych. Pierwszy – gospodarzy – trafił w słupek. Drugi – Włochów – wpadł w okolice okienka. Jak to się ładnie mówi: różnica jakości.

Reklama

Albo szczęścia, bo i ono odgrywa w futbolu ważną rolę. Podobnie jak panowie w niebieskich koszulkach i czarnych spodenkach, którzy wyróżniają się z tłumu gości z klubowymi emblematami na piersi. Bo można mówić, że Bartłomiej Wdowik miał trochę pecha, że trafił słupek – wszak uderzyć ze stojącej piłki potrafi. Można – trzeba! – zachwycić się kapitalnym kopnięciem Rolando Mandragory w analogicznej sytuacji po drugiej stronie.

Reklama

Natomiast trzeba też zaznaczyć, że Mandragora miał w ogóle szansę na to, żeby zostać najskuteczniejszym pomocnikiem w krótkiej historii Ligi Konferencji tylko dlatego, że Sebastian Gishamer chwilę wcześniej z sobie tylko znanych powodów oszczędził Jacopo Fazziniego.

Jagiellonia straciła bramkę przez sędziego? Piłkarz Fiorentiny powinien wylecieć z boiska

Sekwencja zdarzeń była następująca. Jesus Imaz rozprowadził akcję do boku, jednocześnie został przez Fazziniego trafiony, ostemplowany przed polem karnym. Sędzia grę puścił, Jagiellonia sfinalizowała to trafieniem, ale słusznie dopatrzono się spalonego. Tyle że skoro tak, to wracamy do rzeczonego faulu przed szesnastką.

To natomiast oznacza, że Jacopo Fazzini, który wcześniej złapał żółtko, potem otarł się o drugie i w końcu brzydko faulował po raz trzeci, powinien zawinąć pod prysznic. Zero dyskusji, zero kontrowersji. Nie dla arbitra, który Włocha oszczędził, co błyskawicznie do niego wróciło. Bo to Fazzini po paru chwilach na tyle skutecznie holował piłkę w kierunku bramki rywala, że wywalczył rzut wolny zamieniony potem na gola.

Wiadomo, że nie ma co przesadzać z narracją o wielkiej krzywdzie Jagiellonii. W końcu:

  • Wdowik też mógł huknąć po widłach jak kolega po fachu i byłoby 1:1,
  • gospodarze na przestrzeni meczu nie oddali nawet celnego strzału (nie ma co liczyć centrostrzału Imaza).

Nikt nie powie, że wszystko by się udało, gdyby nie ten mierny Austriak z gwizdkiem. Jeśli jednak spytacie, czy był to moment, który dobił Jagiellonię, to wypada przytaknąć. Ciężko było to potem odkręcić.

Liga Konferencji bez Pululu i Romanczuka to nie to samo. Jagiellonia wyraźnie słabsza od Fiorentiny

Brakowało jednak jeszcze czegoś. Może kogoś, może odpowiedzią na wszystkie pytania jest Afimico Pululu, który albo piłkę przytrzyma, albo poklepie, albo dołoży nogę, albo nawet złoży się do przewrotki. Na europejskich boiskach wszystko to widzieliśmy. Samed Bazdar tego nie zapewnił. Nawet się do tego poziomu nie zbliżył.

Brak Pululu, absencja Tarasa Romanczuka, to są niestety problemy, z którymi Jagiellonii obejść się trudniej niż Fiorentinie, która może rzucić do gry paru zmienników i wciąż mieć na murawie wystarczająco dużo jakości, żeby być zdecydowanym faworytem spotkania.

Powiedzmy jednak, że nie było tak łatwo Fiorentinie wejść w ten mecz. Adrian Siemieniec żartował, żeby nie robić z Białegostoku koła podbiegunowego w kontekście warunków atmosferycznych, ale człowiek patrzył na niemal półgodzinną niemoc gości i łudził się, że może chociaż wynikiem nawiążemy do Bodo i Włosi dostaną w czapkę.

Do momentu, gdy odmarzły im palce i zaczęli kopać piłkę z właściwą sobie gracją.

Stałe fragmenty decydują też w Lidze Konferencji. Rożny, wolny, karny i Fiorentina ograła Jagiellonię

Przed samą przerwą Sławomir Abramowicz dwa razy wyciągnął Jagiellonię z tarapatów. Dwukrotnie obronił strzały Giovanniego Fabbiana. Ten z doliczonego czasu gry wymagał zwinności, refleksu, czystej bramkarskiej klasy. Tym większa szkoda, że po pięćdziesiątej minucie gry Luca Ranieri przełamał ręce golkipera białostockiego klubu po mocnym strzale głową.

Asystował oczywiście cholerny Fazzini, wyróżniony na zdjęciu głównym tego tekstu.

Fiorentina wykorzystała korner, w zasadzie ponowienie stałego fragmentu gry, i to, że Norbert Wojtuszek zajął się rywalem, którego miał na klatce piersiowej, podczas gdy ten, który czyhał za jego plecami, pozostał niekryty. Abramowicz stał, gdzie trzeba, piłkę w zasadzie odbił, ale tak, że wpadła do siatki. Jasne, w tym samym meczu wyjął jeszcze sam na sam, ale pewnie sam czuje niedosyt.

Co było potem – wiecie. Jagiellonia odpowiedzieć nie umiała, nawet Jesusowi Imazowi piłka w polu karnym odskoczyła tak, jakby urodził się jednak w Lipnicy Murowanej, nie Lleidzie (choć i tak Bartosz Mazurek z tego uderzył, ale Fiorentina doskonale zamykała pole karne, ofiarnie odbijając kolejne strzały).

Natomiast na błysku techniki Mandragory się, niestety, nie skończyło. Dziesięć minut przed końcem gry Dawid Drachal niepotrzebnie zaatakował przeciwnika odwróconego tyłem do bramki, na skraju szesnastki. Wiedział, że go kopnął, nie protestował, zwiesił głowę – błąd, życie. Błąd skutkujący rzutem karnym i podwyższeniem wyniku na trzy do zera.

***

Możemy sobie mówić, że Lech mimo trzybramkowej straty po pierwszym meczu poleciał do Florencji i długo był w grze. Tylko wiecie, coś takiego dwa razy się nie zdarza. Jaga powoli się z pucharami żegna, co tu kryć.

Jagiellonia Białystok – Fiorentina 0:3 (0:0)

  • 0:1 – Luca Ranieri 53′
  • 0:2 – Rolando Mandragora 65′
  • 0:3 – Roberto Piccoli 81′ (rzut karny)

WIĘCEJ O LIDZE KONFERENCJI NA WESZŁO:

fot. Newspix

65 komentarzy
Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Konferencji

Reklama
Reklama