Wiktor Długosz dał prowadzenie Koronie Kielce w piątkowych derbach z Radomiakiem Radom, które jego drużyna wygrała 2:0. Siłą rzeczy nie pytamy go jednak o tego gola, a o wydarzenia tuż po meczu, gdy Tamar Svetlin został zaatakowany przez kibica gospodarzy, a szef marketingu kieleckiego klubu Michał Siejak miał rozciętą głowę po trafieniu butelką rzuconą z trybun.
Dlaczego kapitan Korony domaga się łagodnego potraktowania Marcina Cebuli? Jak zbywali go ratownicy medyczni, gdy szukał pomocy dla rannego Siejaka? Czy nie uważa, że podejście pod pusty sektor gości było błędem? Jakie gesty i zachowania w emocjach są dla niego dopuszczalne? Czy te wydarzenia scalą szatnię Korony? Zapraszamy.
***
Wiktor Długosz: Marcin Cebula zareagował agresywnie, ale bronił atakowanego kolegi
Atmosfera przed meczem czy w jego trakcie była bardziej zaogniona niż zazwyczaj?
Nie. Jak to na derbach, czuć było duże emocje i adrenalinę, ale na boisku czy na trybunach nie odbiegało to od tego, czego doświadczałem wcześniej.
Stało się to dopiero po końcowym gwizdku sędziego. Co się tam dokładnie wydarzyło z twojej perspektywy?
Radomiak przegrał, jego piłkarze byli zezłoszczeni i doszło do jakichś przepychanek na murawie. Nadal jednak uważam, że to jeszcze mieściło się w granicach rozsądku, ale późniejsze zdarzenie z tym wbiegającym kibicem to już pełna kompromitacja organizatora meczu. Coś takiego absolutnie nie ma prawa się dziać. Nie chcę rugać sztabu czy zawodników Radomiaka, bo to nie ich wina, to wyłącznie odpowiedzialność organizatora. Nikt nie mógł mieć pewności, że gość, który uderzył Tamara, nie wbiegnie z butelką w ręku i nie rozwali mu jej na głowie.
Marcin Cebula zareagował agresywnie, ale stanął w obronie swojego kolegi z zespołu. Nic więcej. Mam nadzieję, że Komisja Ligi podejdzie do tematu rozsądnie i Marcin nie poniesie zbyt surowych konsekwencji. Bronił kolegi, a problemem jest to, że wcześniej inni nie przypilnowali, żeby nietrzeźwy kibic nie wbiegał na boisko. Jako piłkarze jesteśmy w centrum wydarzeń i powinniśmy mieć zapewniony jakikolwiek poziom bezpieczeństwa. A ten poziom był żenujący. Nie dość że nasz szef marketingu dostał po głowie małpką rzuconą z trybun, to jeszcze ratownicy medyczni długo nie byli zainteresowani, żeby udzielić mu pomocy. Musiałem wdać się z nimi w szarpaninę, by w ogóle zareagowali i opatrzyli Michała.
Generalnie poziom organizacji tego meczu był skrajnie niski i nieodpowiedzialny, zwłaszcza że chodziło o derby i każdy wiedział, że może być gorąco. Surowe traktowanie Marcina za to, że stanął za swoim zawodnikiem i punktowanie go w raporcie, że dostał czerwoną kartkę i powinien zostać dodatkowo ukarany, jest nie w porządku. To nie on wywołał zamieszanie i wpuścił na boisko pijanego kibica, który mógł coś zrobić zawodnikom. Sądzę, że każdy na miejscu Marcina zareagowałby podobnie. Więź między piłkarzami w Koronie jest duża i jak jednemu coś się dzieje, reszta idzie za nim w ogień. Widać to było w trakcie meczu i już po nim.
Atak kibica na Svetlina miał miejsce przed czy po zranieniu Michała Siejaka?
Przed. Ruszył Marcin, ruszyłem ja i dalej się przepychaliśmy, już nawet nie wiem, z kim dokładnie, bo taki zrobił się tłum. Jak już trochę się uspokoiło, nasz dyrektor stwierdził, żebyśmy poszli pod pusty sektor gości, do którego nie wpuszczono naszych kibiców i zrobili sobie zdjęcie. Gdy się tam zjawiliśmy, w naszą stronę posypały się butelki. Pusta dwusetka przeleciała mi przed nosem. Siejo miał mniej szczęścia i został trafiony w głowę. Musiano mu zakładać szwy, prawie stracił przytomność.
Powtórzę: zabezpieczenie tego meczu było na żenującym poziomie i chciałbym, żeby to wybrzmiało. Jako kapitan czuję się odpowiedzialny za chłopaków nie tylko w kwestii postawy na boisku, ale też ich zdrowia.
Wiktor Długosz: Ratownicy nie chcieli podejść z pomocą do rannego pracownika klubu
Służby medyczne, gdy pobiegłeś po pomoc dla Michała Siejaka, jakoś cię zbywały czy nawet nie dyskutowały?
Zobaczyłem, że Siejowi krew strumieniem płynie po czole i nosie, więc popędziłem do ratowników. Siejo zaczął mieć błędny wzrok. Widziałem, że sytuacja robi się poważna i nie jest to jakieś powierzchowne draśnięcie, którym na spokojnie możemy zająć się w Kielcach. Ratownicy zbywali mnie tekstami typu „nic mu nie będzie”, „jak leży, to niech leży”. Zacząłem się z nimi szarpać, podszedłem do tematu bardziej wolicjonalnie i dopiero wtedy łaskawie poszli do niego i się nim zajęli. Wszystko dobrze się skończyło. Siejo był szyty w szpitalu i na szczęście już jest w domu, gdzie może dochodzić do zdrowia.
Taka sytuacja mogła jednak skończyć się znacznie gorzej. A gdyby oberwał któryś z zawodników? A gdyby Siejo dostał mniej fortunnie? Nikodem Niski jeszcze w trakcie spotkania też prawie został trafiony plastikową butelką. Nie wiem, jak jeszcze mogę wyrazić swoją złość na to, jak zostaliśmy potraktowani. Pomijam już gwizdy i wyzwiska ze strony kibiców gospodarzy. To są mecze derbowe, piłkarze muszą trzymać ciśnienie i o to nie mam pretensji. Ludzie przychodzą na stadion, żeby dać upust swoim emocjom, ale w piątek granica została przekroczona. Organizator w temacie bezpieczeństwa zawalił na całej linii.

Po fakcie nie uważasz, że mogliście odpuścić sobie podchodzenie pod sektor gości, gdy już wcześniej było nerwowo po tej szarpaninie z pijanym kibicem?
Patrząc na chłodno, nie musieliśmy tam iść. Ale nie robiliśmy niczego nadzwyczajnego. Gdy ta pierwsza awantura trochę ucichła, zaczęliśmy świętować na środku boiska. Potem nieco bliżej było nam do sektora gości niż do tunelu, gdzie znów musielibyśmy przedzierać się przez mnóstwo osób z Radomiaka. Nie mówię, że to był główny powód, może mogliśmy odpuścić, ale też bez przesady. Po każdym meczu robimy sobie zdjęcie z kibicami. Tutaj ich nie było, więc takim gestem chcieliśmy wyrazić poparcie dla nich i solidarność z nimi. Bardzo chcieli przyjechać, do końca o to walczyli, ale finalnie się nie udało. Za to gorąco powitali nas w Kielcach.
Jasne, nasi kibice też nie są święci. Ja rozumiem, że kibic przychodzi, żeby wykrzyczeć się na stadionie i nie mam z tym problemu. Te emocje z obu stron nawet są fajne, ale pewnych rzeczy robić nie można.
Wam też na koniec nerwy trochę puściły? Niektórzy zawodnicy Korony schodząc do tunelu wykonywali jakieś gesty w kierunku trybun, palce przyłożone do ust i tym podobne.
To typowa gierka psychologiczna na linii zawodnik-kibic. Gdy idę wyrzucić aut, jestem obrażany i okej, nie mam żalu. Kibic ma swoje prawa, godzę się na to, ale tak samo jeśli ja wygrywam mecz, wiadomo, że jakoś chcę się za te obelgi „odpłacić” – na przykład takim uciszaniem. Naturalne zachowanie w jedną bądź drugą stronę.
Zniosę to, że mnie wyzywają, gwiżdżą i plują w moim kierunku, ale nieprzekraczalną granicą jest nietykalność cielesna. W Radomiu została ona bardzo mocno naruszona. Nie mam pretensji, że w ferworze walki któryś zawodnik Radomiaka wsadził palec do oka Kostantinosowi Sotiriou, choć poleciała mu krew i mogło się to skończyć tragicznie. Już w szatni mówił, że słabo widzi na to oko i musiał jechać do szpitala.
Takie zdarzenia zapewne jeszcze bardziej was zjednoczą jako zespół. Praktyka pokazała, że hasła „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” nie kończą się na deklaracjach.
Zdecydowanie. Tego typu pomeczowe sceny scalają bardziej niż tysiąc imprez drużynowych. Jestem zbudowany tym, jak drużyna zareagowała i to samo podkreślałem przed kamerami, gdy zapytano mnie o te sceny. Pokazaliśmy, że Korona jest prawdziwą rodziną – na boisku i poza nim.
rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK
CZYTAJ WIĘCEJ O WYDARZENIACH W RADOMIU:
- Wstyd, nie święto. Dzicz z Radomia znów robi chlew z Koroną
- Zieliński: Piłkarz Radomiaka wymachiwał mi pięścią przed nosem
- Rafał Wolski zabrał głos po awanturze w Radomiu
- Promil alkoholu i atak na piłkarza. Jest komunikat policji po derbach
- Surowa kara dla Goncalo Feio? Miał zarzucić sędziom korupcję
Fot. Newspix