15 minut. Tyle czasu wystarczyło Atletico, by praktycznie rozstrzygnąć sprawę awansu do ćwierćfinału z Tottenhamem. Dla bramkarza Kogutów Antonina Kinsky’ego z kolei był to kwadrans niczym wyjęty z najczarniejszego horroru. Czeski golkiper odegrał czeski film między słupkami godny samego Llorisa Kariusa.
Tottenham przystępował do meczu z Atletico w już opłakanym stanie. Okazało się jednak, że może być jeszcze gorzej.
Przypomnijmy, Spurs ponieśli pięć porażek z rzędu, tracąc średnio ponad dwa i pół gola na mecz, a widmo degradacji z Premier League stało się jak najbardziej realne, bo przewaga nad strefą spadkową wynosi ledwie punkt. Kibice Kogutów mogli się pocieszać, że przynajmniej na arenie międzynarodowej ich ulubieńcy w tym sezonie nie zwykli zawodzić, finiszując w fazie ligowej na tuż za podium na czwartym miejscu.
Nadzieje okazały się płonne. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Igor Tudor otwarcie przyznał, że machnął ręką na dwumecz z Atletico. – Muszę powiedzieć to wprost: celem jest Premier League. To normalne. Ligę Mistrzów traktujemy jako coś ekstra, ale to nie znaczy, że nie chcemy awansować – tonował nastroje trener Tottenhamu.
Jak powiedział, tak zrobił. Tudor między słupkami niespodziewanie postawił na pozbawionego rytmu meczowego Antonina Kinsky’ego. Czech, który w bieżących rozgrywkach zaliczył ledwie dwa występy w Pucharze Ligi Angielskiej, przez nikogo nie był awizowany w podstawowym składzie. I to właśnie 22-letni golkiper z Pragi stał się (anty)bohaterem meczu, choć na boisku spędził jedynie… kwadrans.
Kinsky jak Karius. Dramat czeskiego bramkarza
Wydawać by się mogło, że trudno będzie przebić „wyczyn” Llorisa Kariusa, który w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku popełnił dwa dziecinnie proste błędy, które kosztowały Liverpool porażkę z Realem Madryt. Teraz jednak dorównał mu właśnie Kinsky. Pozostaje nam tylko współczuć, bo trudno wyobrazić sobie gorszy debiut w bramce na poziomie Champions League.
Koszmar Kinsky’ego zaczął się w 6. minucie, kiedy to przy próbie dalekiego wyekspediowania piłki poza pole karne pośliznął się. W efekcie futbolówkę przechwycił Lookman i natychmiast wypatrzył lepiej ustawionego Alvareza, a ten obsłużył podaniem nabiegającego w szesnastkę Marcosa Llorente, który mocnym uderzeniem wyprowadził Atletico na prowadzenie.
Jeszcze gorzej zachował się kilka minut później przy trzecim trafieniu dla gospodarzy autorstwa Alvareza. Zresztą, co tu dużo mówić, zobaczcie sami.
𝐊𝐎𝐒𝐙𝐌𝐀𝐑 𝐀𝐍𝐓𝐎𝐍𝐈𝐍𝐀 𝐊𝐈𝐍𝐒𝐊𝐈𝐄𝐆𝐎! 😱 Bramkarz Tottenhamu podarował już Atletico Madryt dwa gole! 🎁🫣
📺 Oglądaj: https://t.co/xB1gR5SiDw pic.twitter.com/oAUXvGSPjY
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 10, 2026
Jedyne, o co nie można go winić, to o stratę drugiego gola, przy którym nie miał natomiast zbyt wiele do powiedzenia. Zawalił za to Micky van de Ven. Holender, podobnie jak wcześniej jego kolega z bramki, przewrócił się. To miało fatalne skutki, bo do piłki dopadł Griezmann, który nie przywykł nie rozpakowywać tego rodzaju prezentów ze strony rywali.
Najgorszy debiut w LM w historii? Bramkarz zmieniony w 17. minucie
Tudor nie zamierzał czekać na kolejne błędy, pomyłki i – nomen omen – kiksy Kinsky’ego. Szkoleniowiec Spurs już w 17. minucie zdecydował się na niecodzienny ruch, zmieniając bramkarza. Między słupki powrócił sprawdzony Vicario, ale i on nie był w stanie powstrzymać rozochoconej bandy Cholo Simeone. Włoski golkiper pierwszą interwencję miał wprawdzie udaną, ale już przy dobitce głową Le Normanda z bliskiej odległości nie zdążył odbić piłki przed linią.
Czterobramkowa przewaga, zdobyta w mniej niż pół godziny, wyraźnie rozluźniła pewne swego Atletico, które mogło być już pewne, że nic złego im w tym spotkaniu już się nie stanie. Podczas gdy Los Colchoneros powoli zaczęli rozmyślać o tym, na kogo trafią w ćwierćfinale, o honor postanowił walczyć Tottenham. Goście z Londynu, a konkretnie Pedro Porro w 26. minucie, wykorzystał chwilę nieuwagi w szeregach Madrytczyków. Wściekły był Jan Oblak i trudno się dziwić, bo w tej edycji Ligi Mistrzów Atletico jeszcze nie zachowało czystego konta.
Jeszcze przed przerwą Spurs mogli odrobić połowę dystansu, ale piłka po strzale głową Cristiana Romero tylko ostemplowała słupek. W drugiej połowie Tottenham nie zamierzał składać broni. Momentem przełomowym mogła być 55. minuta. No właśnie, mogła, bo Richarlison nie był w stanie pokonać Oblaka po dośrodkowaniu z rzutu wolnego. Atletico nie zwlekało z odpowiedzią i wyprowadziło błyskawiczną kontrę, a w sytuacji sam na sam nie pomylił się Alvarez.
Słoweniec miał swoje wielkie chwile w tym spotkaniu, jednak wydaje nam się, że naoglądanie się z bliska Kinsky’ego nie pozostało bez wpływu. W 76. minucie, po jego błędzie przy wyprowadzeniu piłki, drugiego gola dla Spurs ustrzelił Solanke.
I to by było na tyle. Starsi datą kibice Tottenhamu mogli przeżyć swego rodzaju deja vu, tyle że na odwrót. Był to bowiem pierwszy, oficjalny mecz tych drużyn od sezonu 1962/63, kiedy to spotkali się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Wówczas górą były Koguty, które pokonały Atletico… 5:1. Dzisiaj jednak na Wanda Metropolitano role kompletnie się odwróciły. Z przymrużeniem oka, gospodarze w końcu zrewanżowali się za porażkę sprzed ponad sześciu dekad.
Simeone i spółka w dobrych nastrojach pojadą na rewanż do Londynu za tydzień, gdzie przyklepanie awansu do 1/4 finału jest dla nich wyłącznie formalnością. Zgoła odmienne humory panują natomiast w obozie Tottenhamu, który przeżywa wielopoziomową tragedię – od klubu jako takiego, przez wspomnianego Kinksy’ego, na Igorze Tudorze zakończywszy. Chorwat rozegrał czwarty mecz na ławce londyńczyków i – tak, zgadliście – czwarty przegrał.
Atletico Madryt – Tottenham 5:2 (4:1)
- 6′ Llorente – 1:0
- 14′ Griezmann – 2:0
- 15′ Alvarez – 3:0
- 22′ Le Normand – 4:0
- 26′ Porro – 4:1
- 55′ Alvarez – 5:1
- 76′ Solanke – 5:2
CZYTAJ WIĘCEJ O NA WESZŁO:
- Galatasaray z kolejnym skalpem. Turcy jadą na Anfield z zaliczką
- Radomiak nie żałuje zatrudnienia Feio. I zatrudniłby go ponownie
- Oskar Pietuszewski – najmocniejszy w Europie w swoim roczniku
Fot. Newspix