Czy to już ten moment, w którym wszyscy uwierzą, że Legia NAPRAWDĘ może spaść z ligi? Do tej pory było dużo śmiechu i szydery, ale spadek? Nieee, przecież Legia jest za duża, w końcu się ogarnie, są gorsi, ba, jej właściciel jeszcze w tym tygodniu snuł plany o marszu w górę tabeli i europejskich pucharach. A to nie Europa czeka, tylko może Opole, Siedlce, Niepołomice. Chyba że kogoś uspokoił remis wyszarpany cudem w Gdyni…
W klubie liczyli, że przyjdzie Marek Papszun i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieni. Niespodzianka – to nie takie proste. Papszun ma swój warsztat, ale jednocześnie w tym warsztacie nie ma magii, to znaczy nie wystarczy pojedyncze zaklęcie, by niektórzy parodyści zmienili się w kozaków. Zresztą, jeśli popatrzeć logicznie, to Papszun nigdy nie grał o utrzymanie w Ekstraklasie, nie miał też w Rakowie większych problemów finansowych, bo jakby poprosił Świerczewskiego o Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk Mazowiecki, to by dostał trzech.
A tutaj wszystko jest dla niego nowe. Też się musi uczyć. I będzie potrzebować czasu, a czasu nie ma.
Legia gra w gruncie rzeczy to samo, co jesienią. Po pierwsze – ma pełne gacie. Niby miała Arkę pod kontrolą, ale gdy ta strzeliła gola, to goście już nie wiedzieli, co z sobą począć. A jak Legia straciła gola? Tutaj mamy „po drugie”, czyli znów po stałym fragmencie. Dalej, po trzecie, głupie błędy, bo gol na 2:0 rozpoczęło kompromitujące podanie Krasniqiego. I – po czwarte – problemy ze skutecznością, gdyż nawet jak przy 1:0 okazja była, to Biczachczjan ją zmarnował.
Gdyby ktoś się niespecjalnie interesował, w ciemno mógłby powiedzieć, że dalej na ławce siedzi Astiz, a nie Papszun z wielkim sztabem, który jest – zdaje się – pokaźniejszy niż dorobek punktowy Legii.
Arka Gdynia – Legia Warszawa 2:2. Dwóch rannych
Arka nie grała nic skomplikowanego, ale też nie musiała. Postawiła na wycofanie się, poszukanie kontry, ewentualnie stałego fragmentu gry. I długo to wystarczało. Zresztą, świadczą o tym dwa celne strzały i 100% z nich w siatce. Natomiast trudno powiedzieć, co się stało z gdynianami w końcówce.
90. minuta – rzut rożny dla Legii i gol.
94. minuta- znów rzut rożny dla Legii i 2:2.
Kompletna głupota, sorry, tak trzeba określić wypuszczenie pewnego zwycięstwa w ten sposób.
Bohaterowie okazali się nieoczywiści, bo wrzucał Krasniqi, który z celnych wrzutek nie słynie, a strzelał Colak, który z kolei nie słynie z goli. Dwa takie same gole. Goście bardzo się z tych bramek ucieszyli i to nic dziwnego, ale na chłodno nie trudno pomyśleć, że wiele to w sytuacji Legii nie zmienia.
Dalej jest na dnie tabeli. Dalej nie wygrała meczu w lidze od września (!). Tym razem zremisowała cudem i pewnie pojawią się teorie, że no to musi być kop mentalny dla tej ekipy, że jednak potrafi, ale przecież na przykład z Lechią też był wyszarpany remis, z Szachtarem nawet zwycięstwo, ale na nic dalej się to nie przełożyło.
Mamy dwóch rannych po tym meczu. Legia jest pod kreską. Prawdopodobieństwo spadku tylko wzrosło. Optymizm po tym spotkaniu byłby szaleństwem.
Zmiany:
Legenda
WIĘCEJ O POLSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Paczul: Akcja o szacunku do arbitrów staje się memem
- Lechia odebrała sobie wygraną
- Korona przegrała nie tylko na boisku. Syf na trybunach
Fot. 400mm.pl