Reklama

Komórki macierzyste, czyli ekipa remontowa, która czyni cuda

Jan Ciosek

Autor:Jan Ciosek

21 października 2017, 11:55 • 19 min czytania 5 komentarzy

Jerzy Kemilew to lekarz weterynarii, który specjalizuje się w leczeniu komórkami macierzystymi. Opracował nowatorską metodę, dzięki której przywrócił sprawność ponad tysiącowi psów i setce koni. Przywrócenie sprawności to mało powiedziane: koń o imieniu Test przez trzy lata nie mógł trenować z powodu przewlekłego zapalenia stawu. Nie pomagały żadne terapie. Tak naprawdę nadawał się do uśpienia. Tymczasem po podaniu komórek macierzystych wrócił na tor i w pierwszej gonitwie zajął drugie miejsce. Co ciekawe, Kemilew komórki stosuje także na sobie, z – jak twierdzi – rewelacyjnym skutkiem.

Komórki macierzyste, czyli ekipa remontowa, która czyni cuda

Kiedy przedstawiłem pana, jako rozmówcę do Męskich Gadek, w redakcji usłyszałem: ciekawe, tylko skonsultuj to z jakimś innym lekarzem, żeby się nie okazało, że to jakiś szarlatan. Często pan to słyszy?

Nie, choć wiem, że nie wszystkim podoba się moja działalność. Zabawne, bo nie wiem, z jakim lekarzem można by to skonsultować. To jest zresztą mój problem. Nieskromnie powiem, ale taka jest prawda: jest 7 miliardów ludzi na świecie, a ja jestem jedyną osobą, która robi taką terapię u koni, przynajmniej na tak dużą skalę. Do stymulowania szpiku używa się tego samego leku, co u ludzi. Czasem żartuję, że są na świecie trzy pilnie strzeżone tajemnice: skład coca-coli, receptura panierki w KFC i dawka tego leku dla koni. Nawet moja żona jej nie zna. Inaczej mówiąc: kto może wiedzieć więcej na ten temat niż ja, z kim miałbym to skonsultować? Przez ostatnie pięć lat przeprowadziłem terapię komórkami u 1500 psów i 150 koni. Oczywiście, ze mną można dyskutować. Ale z faktami?

Ale fakty są też takie, że nie wszyscy pana chwalą.

To prawda. W Warszawie na przykład wśród lekarzy od koni panuje zmowa milczenia na mój temat. Wie pan dlaczego? Bo robię im konkurencję. Miałem na przykład taką sytuację, gdy zostałem przez właścicielkę poproszony o pomoc w leczeniu konia. Pojechałem do lekarza prowadzącego tego konia, ustalić termin i szczegóły. Kiedy już wychodziłem z gabinetu, powiedział: to się nie może udać, ja tego konia już siedem lat leczę. Odwróciłem się i mówię: to już wystarczy! Jak w tym dowcipie o prawniczej rodzinie. Wnuk przyszedł do dziadka i się chwali: wygrałem wreszcie tę sprawę Smitha. A dziadek: Boże, dziecko, coś ty zrobił?! Ja na tej sprawie zbudowałem dom i zapłaciłem za studia twojego ojca i twoje! Wchodzimy na śliski temat, ale prawda jest taka, że medycynie nie zależy na wyleczeniu, tylko na permanentnym procesie leczenia.

Reklama

Czy to prawda, że do zajęcia się komórkami macierzystymi zainspirował pana Mariusz Pudzianowski?

Rzeczywiście, zobaczyłem rozmowę z nim w telewizji. Nie trzeba być ortopedą, ani specjalistą, żeby bez namysłu odpowiedzieć na pytanie w jakim stanie są wszystkie stawy gościa, który pięć razy był mistrzem świata strongmanów. Ja konsultowałem to z moim przyjacielem fizjoterapeutą. Pytałem o staw szczytowo potyliczny, na którym jest osadzona czaszka na kręgosłupie, że może chociaż on jest nienaruszony. Ale nie… Przy spacerze farmera jest tak silne napięcie mięśni, ze ten krąg też się odkształca. W jego organizmie nie ma zdrowego stawu. Nie możemy postawić diagnozy u Pudzianowskiego, albo postawić jedną: zapalenie wszystkich stawów. On, moim zdaniem, powinien być inwalidą, ale nie jeżdżącym na wózku, tylko wożonym!

No dobrze, ale przecież się porusza.

I to jak. Od lat nie tylko nie jest inwalidą, ale także z powodzeniem uprawia inną dyscyplinę sportową. Na logikę, to się nie mogło udać: przebudował sylwetkę, jest gibki, szybki, elastyczny, ma szeroki zakres ruchów i nie skarży się na ból. Rozmawiałem z innym strongmanem, który powiedział mi: panie doktorze, mnie to, kurwa, tylko włosy nie bolą.

To jak to jest możliwe?

To właśnie zasługa komórek macierzystych. Doktor Marek Krochmalski, który przeprowadzał zabieg, opowiedział mi, że pobudzono szpik, pobrano krew obwodową i w specjalnej maszynie odizolowano komórki. Pudzianowski w jednym z wywiadów przyznał, że wcześniej przez półtora roku z łóżka podnosił się za pomocą specjalnej liny, bo nie mógł zgiąć kręgosłupa. Komórki macierzyste w jego przypadku podziałały doskonale.

Reklama

Pan podaje komórki nie miejscowo, tylko dożylnie.

To się nie może udać inaczej niż właśnie przed podanie dożylne. Układ krwionośny to doskonały system, coś jak sieć dróg: wiejskich, gminnych, powiatowych, wojewódzkich, ekspresowych i autostrad. Komórka z czubka głowy, kiedy dostanie imperatyw, żeby się przemieścić do dużego palca lewej stopy, potrzebuje na to tylko dwie i pół minuty.

427825_103740376456556_1114222991_n

Po zetknięciu się ze sprawą Pudzianowskiego zdecydował się pan leczyć w ten sposób zwierzęta?

Tak, zdecydowałem się wprowadzić taką terapię u koni. Jestem ogromnie wdzięczny właścicielom pierwszego pacjenta za bezgraniczne zaufanie. Uprzedziłem ich, że jeszcze tego nie robiłem, bo prawdę mówiąc, nie robił tego jeszcze nikt na świecie. Koń do dzisiaj żyje i ma się świetnie. U koni, tak jak u Pudzianowskiego, nie da się postawić trafnej diagnozy. Widać tylko wierzchołek góry lodowej, a istota problemu jest zamaskowana. Człowiek powie, gdzie go boli, gdzie strzyka, co dolega. Koń nie. Trzeba pamiętać, że układem kostnym człowieka, konia, czy psa, rządzą te same zasady, co na przykład samochodem. Jeśli mamy luz w górnym prawym sworzniu wahacza, to wiemy, ze zaraz w dolnym też się pojawi. No to dlaczego w leczeniu mamy postępować inaczej? Skoro jest problem w jednym miejscu, to nie uwierzę, że gdzie indziej go nie ma. Cała filozofia opiera się na tym, że podajemy komórki macierzyste dożylnie. Bo my możemy znaleźć jeden problem, na przykład w ścięgnie, ale to nie znaczy, ze gdzie indziej go nie ma. Mózg ma mechanizm selekcji bramkowej bólu. To oznacza, że jeśli boli nas w trzech miejscach, to mózg za chwilę będzie odbierał tylko ten najgorszy. Dwa pozostałe miejsca wciąż są chore, ale nie generują bólu, więc możemy ich nie zidentyfikować.

Jak działają komórki macierzyste, proszę to wytłumaczyć komuś, kto nie uważał na biologii…

Komórka macierzysta to taka komórka, która może zastąpić każdą inną. Na przykład komórki podane przy zerwanym ścięgnie – różnicują się, wytwarzają komórki ścięgna i wypełniają dziurę. Inaczej organizm wypełni tę lukę tkanką łączną, która nie ma takich samych właściwości. To tak, jakby powstała dziura w autostradzie, a ktoś by ją zasypał piaskiem i przykrył kostką brukową.

Nie zadziała.

Zadziała, ale to już nigdy nie będzie odcinek, na którym da się rozwijać prędkości autostradowe.

Czemu to działa?

Bo komórki mają działanie farmakologiczne. Gdzieś później pojawia się ich zdolność do różnicowania się w dowolne komórki w organizmie. Ale doraźne, szybkie działanie, polegające na przywróceniu funkcjonalności chorego miejsca, może się odbyć tylko drogą farmakologiczną. Do chorego miejsca docierają komórki. One znajdują sobie miejsce, to nie żadna czarna magia, w medycynie to się nazywa hemotaksja dodatnia. 60 do 100 bilionów komórek w ludzkim organizmie non stop się ze sobą komunikuje. Bez tego byśmy ani chwili nie funkcjonowali. Komórki z chorych miejsc wysyłają sygnały, że jest problem. Komórki podane dożylnie to taka ekipa ratunkowa, która ten sygnał odbiera.

No dobrze, ale przecież podaje pan krew, którą wcześniej pobierze. Inaczej mówiąc, ta sama krew z komórkami wcześniej nie działała, a potem czyni cuda?

Komórki w momencie pobrania zostają wyizolowane z krwi lub tłuszczu. W tym momencie ulegają procesowi pobudzenia, aktywacji, ja czasem mówię, że wkurzenia. Kiedy wracają do organizmu, mają zmienione priorytety. Komórki nie są w stanie zregenerować stawów. Ale mogą przywrócić funkcjonalność. Nie działają objawowo jak leki, tylko przyczynowo – przeciwbólowo i przeciwzapalnie. Kiedy pacjenta przestaje boleć, zaczyna się ruszać. A stawy, które nie pracują – umierają. Mam takiego konia, który nie miał powierzchni chrzęstnych, kość tarła o kość, co musiało bardzo boleć. Kiedy dostał komórki, po prostu zaczął chodzić. Komórki przywróciły funkcjonalność, choć przecież nie zregenerowały stawów. To generalna zasada: pacjenci, którzy ledwo chodzą, nagle zaczynają biegać. Czemu? Bo przestaje boleć. To cała tajemnica. Komórki nie maskują bólu, jak leki przeciwbólowe, tylko działają u źródła.

Jakie mamy dowody na ich działanie?

Cóż, to stałe pytanie na różnych konferencjach dotyczących medycyny regeneracyjnej u ludzi. Nie ma dowodów. Bo niby jak je zdobyć? Przychodzi pacjent, któremu grozi endoproteza. Mówi: panie doktorze, wszystkie pieniądze, byle bym tylko nie miał protez. Robią terapię komórkami, pacjent zaczyna chodzić, biegać, prowadzić samochód, ubierać się samodzielnie, siadać po turecku. Czy ktoś mu zrobi artroskopię, żeby zobaczyć, co się tam działo? A trzeba by też zrobić artroskopię przed. Nas interesuje efekt kliniczny, a nie badania.

No dobrze, załóżmy, że to działa. To czemu tak nie leczy się regularnie ludzi?

Leczy się, ale nie każdemu się to opłaca. Ja myślałem, że będzie nas blokował lobbing farmaceutyczny. Ale nie, hamulcowym jest lobbing naukowy. Każda praca naukowa kończy się zdaniem: wyniki są bardzo obiecujące, ale z powodu braku grupy kontrolnej i nielicznej grupy badanej należy kontynuować dalsze randomizowane prospektywne badania kliniczne. Czyli inaczej mówiąc: dajcie więcej kasy. Ale trwają już zabiegi u ludzi, także w Polsce. Robi to doktor Krochmalski, robi doktor Śmigielski, kilku innych. To mnie cieszy.

Dziwne, że tak powoli. Już pięć lat temu Nagrodę Nobla z medycyny John Gurdon i Shinya Yamanaka dostali właśnie za pracę nad komórkami macierzystymi.

Niestety, w Polsce niewiele się w tym temacie dzieje, w zasadzie jestem monopolistą. I to wcale nie jest komfortowa sytuacja, bo to demoralizuje. Nikt mnie nie goni, ja nikogo nie gonię. A ja mam w sobie mnóstwo pokory, daleki jestem od hurraoptymizmu, jaki często mają chirurdzy. Nieprzypadkowo film o Relidze nazywa się „Bogowie”. Każdy chirurg przechodzi taką fazę, kiedy uważa, że wszystko może operować. Dopiero, kiedy jest bardzo dobrym specjalistą, dochodzi do wniosku, że jednak nie wszystko.

A propos Religi, pan też jest pionierem i też ma pod górkę…

Nie wiem, czym to jest spowodowane. Zawsze mówię, że ludzki umysł jest jak spadochron: zamknięty nie działa. Problem wielu lekarzy polega na jakimś zamknięciu umysłu. Koleżanka spytała doświadczonego lekarza ze swojej kliniki, czemu podaje jakiś lek. Wie pan, co odpowiedział? Bo tak robią na Bemowie. Przerażające. Albo na przykład podwyższony poziom białych krwinek może mieć trzy przyczyny: ostry stan zapalny, pobudzenie szpiku wskutek autoimmunoagresji, albo białaczka. Co robią lekarze? Jeb! – antybiotyk, najlepiej dożylnie, bez żadnej refleksji. To czysta komercja. Dziś pana psu dadzą zastrzyk, zanim się pan zorientuje. Kolejne dwa dni musi pan przychodzić na kontynuację leczenia, potem jeszcze kupi pan tabletki na kolejne dwa dni. Lekarze chcą leczyć, nie wyleczyć.

Pan chce wyleczyć, ale kiedy wpisać w wyszukiwarkę pana nazwisko i hasło komórki macierzyste, wyskoczy między innymi informacja o zakazie ich wprowadzania do obrotu.

Moja była wspólniczka robi czarny PR, neguje wszystko co robię, napisała donos. Efektem był wydany ex cathedra przez Głównego Lekarza Weterynarii zakaz. Na podstawie jednej opinii uznano, że my produkujemy lek o nazwie „allogeniczne komórki macierzyste”. Lek powinien być zarejestrowany, a nie jest, stąd zakaz. My robimy świeżą zawiesinę, w której 40 procent to komórki. Robimy to na zamówienie dla konkretnego pacjenta. Nie ma żadnych przepisów, które by to normowały.

Walczyliście z tym zakazem?

Przez cały rok. Właśnie w ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy decyzję Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który w całości uchylił zakaz. Większość lekarzy w tym czasie nie podawała komórek. Około 100-150 pacjentów nie dostało pomocy, bo obowiązywał absurdalny zakaz. Ja komórki podwałem w tym czasie, wielu zaufanych lekarzy też, ale inni odmawiali. Ja słyszałem nawet plotki, że mi cofnięto prawo wykonywania zawodu.

A nie boi się pan tego?

Nie. Za mną przemawiają fakty i setki zadowolonych pacjentów, którzy wypisują pochwały na Facebooku. Ja zawsze idę pod prąd. Jak wszyscy skręcają w prawo, to ja będę pierwszy, który pójdzie w lewo. Wszystko, co osiągnąłem w medycynie regeneracyjnej, to właśnie dzięki takiemu podejściu. I miło jest potem, kiedy ci inni mówią: chodźmy jednak w lewo. Miłe jest też uczucie w trzydziestoparomilionowym kraju dwa razy coś robić jako pierwszy. Pierwszy otworzyłem bank krwi dla zwierząt, pierwszy robię komórki macierzyste.

Jaka jest skala?

W ostatnim roku była zaburzona przez zakaz. Zaczynaliśmy od jednego, teraz robimy kilka, do kilkunastu psów tygodniowo. Pacjentów końskich jest mniej, bo też samych koni nie ma tylu, co psów. Skala będzie rosła, po zniesieniu zakazu będziemy mogli pomagać jeszcze większej liczbie pacjentów.

Jak to jest być pionierem?

Zapytali kiedyś Einsteina jak powstają odkrycia i wynalazki. Powiedział, że cały naukowy świat i wszystkie autorytety są przekonane, że coś jest niemożliwe, a jeden ignorant po prostu o tym nie wie, i to robi. Ja zawsze idę pod prąd. Zdaję sobie sprawę, jak nieskromnie to brzmi, ale tak po prostu jest. Kiedy zaczynałem z komórkami allogenicznymi, spotkałem się z profesorem od immunologii. Mówię, że chciałbym podawać psom komórki pobrane od innych dawców. On się oburzył, że gdzie, jak to, że antygeny zgodności i tak dalej. A ja na to: panie profesorze, nie wiem, czy to jest problem, ale ja już to zrobiłem co najmniej 10 razy, w tym u własnego psa. Bardzo go szanuję, bo wziął głęboki oddech i powiedział: jestem profesorem i myślę, że się na tym znam, ale ja nie muszę wiedzieć wszystkiego. Potem poprosił o dwa tygodnie, po czym stwierdził: no, da się. Opowiedziałem mu wtedy anegdotę o Einsteinie. Uśmiechnął się i mówi: wie pan, panie doktorze, z całym szacunkiem, nie wyobrażam sobie jednym ciągiem: Einstein, Skłodowska, Kemilew…

A pan sobie wyobraża?

Mogę to sobie wyobrazić. Nie twierdzę, że jestem jedyny, który wpadł na to, żeby dożylnie podawać komórki. Ale robię to konsekwentnie od ponad 5 lat i wiem, że nie ma innego lekarza, który w ten sposób pomógł ponad tysiącowi pacjentów. Co ciekawe, na przykład ostatnio Uniwersytet Kalifornijski nieśmiało ogłosił, że prowadzili badania na 12 czy 14 koniach i podawano im komórki dożylnie. I że to działa. No rewelacyjnie, ja od 5 lat to robię!

To nikt inny tego nie robi?

Ależ robią. Tylko, że wszyscy robią autogeniczne, a ja robię allogeniczne, czyli od innego dawcy. W ten sposób zwiększam szanse starych psów i koni.

Dlaczego jest łatwiej z komórkami od innego dawcy?

Bo komórki się starzeją razem z nami, robi się ich coraz mniej. Znacznie lepiej podać komórki od 1,5-rocznej suki niż od 10-letniego psa. Komórki macierzyste to coś w rodzaju eliksiru młodości. Sama krew tak nie zadziała, naprawdę skuteczne są dopiero pobudzone komórki macierzyste. U zwierząt często nie da się postawić trafnej diagnozy, ludzki umysł jest za cienki. Zawsze, gdy podaję komórki, mówię do zwierzęcia: dalej lecz się sam. I to działa. Zdecydowana większość pacjentów reaguje bardzo pozytywnie. Skuteczność terapii jest bardzo wysoka.

No i co? Podaje pan komórki i już? Pacjent wyleczony?

Komórki robią swoją robotę. Bardzo ważnym elementem terapii u zwierząt jest także ruch. U psów nieograniczony ruch, a u koni wymuszony, co najmniej 40 minut dziennie w stępie.

I to wystarcza?

Podam panu przykład: był taki ogier, 3-letni Juve, który w ubiegłym roku po pół roku terapii zadebiutował na torze. Najpierw dwa razy zajął drugie miejsca, a w ostatnim wyścigu sezonu wystartował w handicapowej gonitwie w stawce 12 koni i wygrał. Wcześniej rokowania były fatalne, miał iść na łączkę i nigdy nie nadawać się do startów.

Teraz głośno było o Teście…

To wzruszająca historia. To był bardzo trudny koń, który przez pewien czas był źle prowadzony, miał narowy, bał się, nie można się było z nim dogadać. Trenerzy włożyli mnóstwo pracy, żeby go wyprowadzić na prostą. Kiedy wreszcie zadebiutował na torze, pobił rekord: między nim, a drugim koniem na mecie były 102 długości, czyli cała długość prostej! Potem był najlepszym płotowcem w historii wyścigów, cztery razy został czempionem. I wtedy przyplątał się jakiś uraz, który przeszedł w zapalenie i zapalenie przewlekłe. To jak z rdzą w samochodzie – można to tylko zamaskować. Przyczynowo zatrzymać, czasem cofnąć, można tylko dzięki medycynie regeneracyjnej i komórkom macierzystym. Przez trzy lata Test był wyłączony z ruchu. Nikt nie potrafił postawić diagnozy. Przychodzili kolejni lekarze, każdy stawiał inną. A prawda jest taka, że cztery różne diagnozy są warte tyle, co żadna, chociaż za każdą trzeba było zapłacić jak za zboże. W końcu Test dostał komórki, potem odpowiednią dawkę ruchu, stan zapalny ustąpił, koń wrócił do treningu, praca zaczęła mu sprawiać przyjemność. Po trzech latach wrócił na tor, co samo w sobie jest sukcesem. A jakby tego było mało, zajął drugie miejsce.

Chodzi pan na te gonitwy?

Na te, w których startują moi pacjenci – oczywiście.

Czy w pracy nie przeszkadza panu myśl, że jest jest kolejnym wyborem dla właścicieli…

Nie, ja jestem ostatnim wyborem. Właściciele przychodzą do mnie często strasznie przeczołgani przez innych lekarzy, którzy czasem potrafią ich czesać po siedem lat. W tym czasie ludzie tracą nadzieję i fortunę.

U pana fortuny nie wydają?

Pan żartuje? Terapia komórkami allogenicznymi kosztuje u mnie 1,500 złotych, a jeśli zwierzę potrzebuje kolejnej dawki, ona już jest za darmo. Co nie znaczy, że dla niektórych to nie jest dużo. Przyszedł do mnie właściciel czterech koni, które jak się okazało w sumie są warte 1,4 mln euro. Po wszystkim kłócił się ze mną o 500 złotych…

Nie jest pan typowym weterynarzem.

Zdecydowanie. Panu pewnie chodzi o moją pracę z komórkami macierzystymi, ale nietypowy jest też fakt, że od rozpoczęcia przeze mnie studiów do uzyskania dyplomu minęło 25 lat! To może być rekord. Zacząłem naukę w 1984 roku w Warszawie. Po paru latach pokłóciłem się z profesorem od mikrobiologii i okazało się, że dla nas obu naraz nie mogło być miejsca na jednej uczelni. Z dnia na dzień musiałem się przenieść do Wrocławia. Tam pod sam koniec studiów poznałem moją żonę i ze względu na pracę wróciliśmy do Warszawy. Niestety, nie mieliśmy nad sobą bata, który by nas przymusił do dokończenia studiów. I tak minęło wiele lat.

Co pan robił w tym czasie?

Czego ja nie robiłem? Prowadziłem firmę, która czyściła dywany i żyłem z tego bardzo dobrze. Potem instalowałem anteny satelitarne, zajmowałem się budowlanką, elektroinstalatorstwem. Wszędzie osiągałem pewien poziom i zmieniałem branżę, bo ile można robić to samo. Potem nagle zostałem na lodzie, ale założyłem z koleżanką weterynaryjne laboratorium diagnostyczne. Po paru miesiącach kolega ze studiów zaproponował mi otworzenie banku krwi dla zwierząt. To bardzo szybko się rozkręciło, dostaliśmy nagrodę „Serce dla zwierząt” od miesięcznika „Mój pies”. I to pośrednio sprawiło, że skończyłem studia. Bo regularnie jeździłem z krwią czy badaniami, lekarze rozmawiali ze mną i widzieli, że wiem, o czym mówię, że mam specjalistyczną wiedzę weterynaryjną. W naturalny sposób mówili do mnie: panie doktorze. Kiedyś miałem upokarzającą sytuację, bo ktoś mnie spytał: a pan w ogóle jest lekarzem?! Postanowiłem skończyć studia, pojechałem do Wrocławia po 13 latach, a pani w dziekanacie: no, ile będziemy czekać? Ponoć po moim przypadku wprowadzili przepis, że maksymalna przerwa w studiowaniu to pięć lat.

Ile pan miał do dokończenia?

Najpierw przez semestr przerabiałem te przedmioty, których nie było za moich czasów, potem miałem ostatni rok studiów.

Za pana czasów… Różnica wieku między panem, a kolegami z roku musiała być niezła!

No tak, to było 20 lat. Mógłbym być ich ojcem. Na pierwszych zajęciach niektórzy myśleli, że jestem jakimś kolegą profesora. Ale generalnie bardzo miło wspominam te drugie podejście do studiów. Nawiasem mówiąc, dziś bez dyplomu nic bym nie zrobił, byłbym w czarnej dupie, jakimś bliżej nieokreślonym oszołomem.

A tak jest pan cenionym lekarzem. To chyba przyjemna praca?

Wyjątkowo. Nie wiem, czy jest inny tak spełniony zawodowo lekarz, jak ja. Tu się nie da zaszkodzić, można jedynie nie pomóc. Komórki jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiły.

Nie ma ryzyka?

Ryzyko jest zawsze. Tym bardziej, że ja operuję w 70 procentach na pacjentach geriatrycznych, psach powyżej 9 roku życia. To bardzo trudny temat, inni lekarze umywają ręce. Około 10 razy na przykład zdarzyło się, że pies schodził przed podaniem komórek – takie niebezpieczeństwo ze starymi pacjentami. Inne ryzyko jest takie, że możemy podać za dużo komórek. Może się wtedy okazać, że jeden organ zareaguje dobrze, inny gorzej i organizm się pogubi. Opowiadałem to jednej pacjentce z 16-letnim psem, tłumacząc, dlaczego podam komórki w dwóch dawkach. A ona mówi na to: to już wiem, czemu moja babcia zmarła. Okazało się, że babcia miała 92-lata i była w świetnej formie. Lekarz postanowił wszczepić jej rozrusznik. Serce zaczęło pracować prawidłowo, za dobrze w stosunku do reszty organizmu. Kobieta zmarła w sześć tygodni.

[dzwoni kolejny pacjent, Kemilew przeprasza mnie, po czym długo i cierpliwie odpowiada na pytania]

Widzi pan, ja żyję ze słuchania, potem z gadania, dopiero później z komórek. Ktoś kiedyś skomentował, że moja praca to nie medycyna regeneracyjna, tylko duszpasterstwo weterynaryjne. Przeprowadzam dziennie kilka, kilkanaście rozmówi telefonicznych z opiekunami pacjentów. Mam kilka tysięcy kontaktów w telefonie, zawsze z imieniem psa, opisem, rasą, wagą i tak dalej. Każdy opiekun może zadzwonić do mnie 24/7.

11269095_464039403759983_6164979008383116039_n

Nie miewa pan wakacji?

Miewam, ale też jestem pod telefonem. W tym roku pojechałem na przykład z przyjaciółmi na wyprawę motocyklową po Bałkanach. Skończyło się to bardzo pouczająco. Gdzieś na górskiej drodze w Serbii przewróciłem się razem z motocyklem i mocno potłukłem. Dojechałem do Sofii, trafiłem do szpitala. Przyjął mnie młody lekarz, też motocyklista. Diagnoza: podwójna odma, pięć złamanych żeber, powietrze podskórne. Wziął mnie na obserwację, ale na szczęście szybko wypuścił. Przyjechałem do Polski i postanowiłem zrobić zabieg z komórkami samemu sobie. Zrobiłem kontrolne zdjęcie, podałem lek, przestymulowałem, pobrałem krew, wyizolowałem komórki i podałem je sobie. W ciągu tygodnia żebra mi się złapały i przestało boleć. Fajne doświadczenie, dokładnie czułem, co się dzieje. Po czterech tygodniach od wypadku spałem na boku, po pięciu robiłem pompki.

W gruncie rzeczy to jest proste.

Bardzo proste. Idea komórek jest banalna. Pobrać, wyizolować, podać. I już. Miesiąc po wypadku byłem w pełni sprawny. Sam na sobie sprawdziłem, że ta terapia działa. Ale trzeba pamiętać, że w 100 procentach skuteczna jest tylko amputacja: była noga, nie ma nogi. Komórki mają skuteczność na poziomie 90 procent. A jak jakiś lek ma 50 procent, to mówią, że jest najlepszy na świecie.

Ta gałąź medycyny musi się rozwijać…

Tak, to naturalna kolej rzeczy. Przydałyby się rzetelne badania i my chcemy je zrobić. Będziemy się starali o dotacje na duży projekt badawczy. To niestety bardzo drogie badania, koszty idą w miliony złotych. To byłby wielki krok naprzód w rozwoju wiedzy o komórkach macierzystych.

W weterynarii pewnie pójdzie łatwiej niż w leczeniu ludzi?

Jedyne, w czym zgadzam się z Januszem Korwinem Mikke, to fakt, że weterynaria jest sprywatyzowana i działa, w przeciwieństwie do ludzkiej służby zdrowia. W prywatnych, ludzkich klinikach, nieoficjalnie, już dziś podaje się komórki macierzyste. U zwierząt robię to na dużo większą skalę. Taka jest przyszłość medycyny i tego nie da się zatrzymać.

U ludzi póki co głównie z komórek korzystają chyba sportowcy. Mówiliśmy o Pudzianowskim, podobny zabieg przeszła także Justyna Kowalczyk.

A mówią, że sport to zdrowie. Ale na pewno nie zawodowy. Zresztą, każdy hardkor jest niezdrowy. Wypicie wiadra wody, albo zjedzenie kubka soli też nie będzie dobre. Tak samo, jak na przykład maraton. To jest dopiero zabójstwo dla organizmu i niepowetowane straty. Dla konia naturalnym ruchem jest stęp, dla człowieka – chód. My biegamy tylko po to, żeby uciekać przed zagrożeniem, albo gonić ofiarę. Ale to przez sto czy pięćset metrów. Dłuższy dystans to nieporozumienie. Dlatego ten biedak, jak przybiegł spod Maratonu, to po prostu padł.

A co o podawaniu komórek macierzystych mówi Watykan? Kościół często stoi na przeszkodzie w rozwoju medycyny.

W tym przypadku jest tak, że świat praktycznej medycyny klinicznej stosuje świeże, wyizolowane komórki, zaś świat nauki cały czas wykorzystuje indukowane komórki. Inaczej mówiąc – my stosujemy to, co jest skuteczne i w miarę łatwo dostępne. W 2012 roku w Watykanie odbyła się międzynarodowa konferencja, w czasie której poinformowano, że władze kościelne pozwalają na korzystanie z komórek z dorosłego organizmu. Kościołowi ulżyło, że przestano wykorzystywać komórki zarodkowe, dzięki czemu odpadł moralny i etyczny problem. Wcześniej zastanawiano się tylko, czy utylizacja niewykorzystanych komórek to masowe ludobójstwo, czy seryjna aborcja…

Wierzy pan w to, że kiedyś komórki macierzyste będą stosowane powszechnie?

Jak najbardziej, medycyna nieustannie się zmienia i ewoluuje. Będziemy odchodzić od schematu, w którym jedną tabletkę stosuje się na jedną chorobę. Raczej w ciągu kilkunastu lat dojdziemy do medycyny rodem ze Star Treka. To nieodwracalny kierunek rozwoju. Terapia komórkami macierzystymi jest stara jak świat, teraz tylko została odkryta na nowo. Wystarczy, że nie będziemy poprawiać Matki Natury.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

Najnowsze

Komentarze

5 komentarzy

Loading...