Smutna biblioteka w Londynie. Szok na Emirates

Maciej Piętak

11 kwietnia 2026, 15:42 • 5 min czytania 8

Reklama
Smutna biblioteka w Londynie. Szok na Emirates

Mikel Arteta mówił przed meczem z Bournemouth, że będzie liczył na wsparcie ze strony kibiców. Wsparcie było jedynie w krótkich fragmentach, a fani smutni opuszczali Emirates, gdyż Kanonierzy stracili jakże cenne punkty w kontekście walki o tytuł.

Reklama

Arsenal – Bournemouth. Mizerny start lidera

W trakcie spotkania komentatorzy słusznie zwrócili uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze – Arsenal rozegrał 19 meczów więcej w tym sezonie od Bournemouth i po drugie – Kanonierzy ostatni raz wybiegli na boisko cztery dni temu, a Wisienki… ponad trzy tygodnie temu. I było widać na Emirates, że goście mają sporą chęć do gry i są świetnie przygotowani. Zarówno pod kątem fizycznym, jak i taktycznym.

Podopieczni Iraoli, do czego zresztą nas przyzwyczaili, nie cofnęli się na własną połowę, tylko od pierwszej minuty atakowali rywali wysokim pressingiem. Nawet jak piłkarzom Arsenalu udawało się ten pressing minąć, ich podania prostopadłe pozostawiały wiele do życzenia.

Mecze gospodarzy są w tym sezonie ciężkostrawne, nawet dla wielu sympatyków Kanonierów. Problemy w ataku pozycyjnym, liczenie na jeden zryw albo (a może i przede wszystkim) na stały fragment gry. Nie inaczej było w starciu z Bournemouth. Przez pierwsze dwa kwadranse miejscowi nie istnieli w ofensywie.

A wynik trzeba było gonić, po tym jak Christie świetnie uruchomił na lewej stronie Trufferta, ten miał trochę szczęścia, bo przy jego centrze piłka odbiła się od Saliby i trafiła do niepilnowanego Kroupiego, który z najbliższej odległości się nie pomylił.

Reklama

Arsenal + SFG = wielka miłość

Gdyby nie istniało coś takiego jak rzut rożny, sprawozdanie z pierwszej połowy spokojnie można byłoby na tym zakończyć. Ewentualnie wspomnielibyśmy jeszcze o dwóch niezłych akcjach gości, po których raz Kroupi został zablokowany przez głowę Gabriela, a Evanilson z ostrego kąta sprawdził czujność Rayi.

Na szczęście dla Londyńczyków stałe fragmenty gry istnieją, a ponadto po drugiej stronie był zespół, który w bieżącym sezonie stracił już po rzutach rożnych, wolnych, karnych i autach 17 bramek.

Reklama

W sumie to już 18. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Christie zablokował strzał Gabriela ręką, do jedenastki podszedł Gyokeres i pewnie pokonał Petrovicia. Serb wyczuł intencje Szweda, ale był bez szans.

Chwilę wcześniej to Havertz mógł wyrównać po rzucie rożnym, ale z bliska uderzył barkiem, a nie głową i futbolówka przeleciała tuż nad poprzeczką.

Reklama

Łącznie Kanonierzy mieli trzy kornery, kilka rzutów wolnych i wrzutów z autu i po każdym z nich pachniało golem. W pozostałych akcjach pierwszej połowy – niekoniecznie.

Kontrolowana druga połowa przez gości

Po zmianie stron niby Arsenal miał większe posiadanie piłki. Niby wymienił więcej podań, oddał więcej strzałów, ale Petrović miał wyjątkowo spokojne popołudnie. W drugiej części spotkania Serb musiał interweniować zaledwie raz i to w 87. minucie po niezbyt groźnej główce Jesusa.

W grze gospodarzy było widać sporo problemów. Począwszy od nonszalancji Rayi, który wielokrotnie był bliski straty, skończywszy na katastrofalnej postawie skrzydłowych. Najlepiej z czwórki Madueke, Trossard, Martinelli i Dowman wypadł ten ostatni, bo robił najwięcej szumu, ale niewiele z tego wynikało. To dużo mówi.

Do prawie samej końcówki gospodarze mieli jeden pomysł na przedostanie się pod pole karne Bournemouth. Laga na Gyokeresa. To nawet przyniosło gola w 65. minucie, ale sędzia odgwizdał spalonego.

Reklama

Kanonierzy nie rozgrywali od własnej bramki, bo świetnie na połowie rywala ustawiali się podopieczni Iraoli. To mocno przypominało to, co zaprezentowali gracze Manchesteru City podczas finału Pucharu Ligi Angielskiej. Nie atakowali Rayi, tylko skutecznie odcinali pomocników Arsenalu od gry. I hiszpański golkiper głupiał.

A Wisienki raz przyspieszyły, Brooks zagrał do Evanilsona, ten przedłużył podanie do Scotta, który nie pomylił się w sytuacji sam na sam. Było 2:1.

Reklama

Dopiero w samej końcówce Arsenal przycisnął rywala na tyle, że ten nie potrafił wyjść z własnej połowy, ale ostatecznie, tak jak pisaliśmy, miał spore problemy, by oddać jakikolwiek celny strzał.

Na koniec jeszcze fani gości drwili z kibiców miejscowych, śpiewając: „Is it a library?”, czyli czy to jest biblioteka, skoro jest tak cicho na Emirates.

Wnioski

Zatem w wyścigu o tytuł Kanonierzy dają Manchesterowi City palec. Czy Obywatele to wykorzystają i wezmą całą rękę? Tego dowiemy się w bezpośrednim starciu za osiem dni, ale widząc jak gra ostatnio Arsenal, nie zdziwimy się, gdy w maju popularnymi słowami w ich kontekście będą butelka czy frajerstwo.

Trudno nawet kogokolwiek w zespole gospodarzy wyróżnić. Docenić można właściwie tylko Rice’a oraz aktywnego Gyokeresa. I to w zasadzie wszystko.

Reklama

Z kolei w Bournemouth ta lista będzie zdecydowanie dłuższa. Rewelacyjny występ zanotował na środku obrony James Hill, który czyścił dosłownie wszystko. Dużo zdrowia na prawej stronie zostawił z kolei Jimenez, który miał też jedną kluczową interwencję w końcówce, po której Gabriel nie miał jak oddać strzału. Dobrze na lewej flance wyglądali też Truffert i Tavernier, ale tak naprawdę każdego z zespołu gości należy docenić za to, jak wykonali plan taktyczny Iraoli.

A sam Hiszpan swoją pracą udowadnia, że jest jednym z lepszych trenerów w Anglii. Passa już 12 meczów z rzędu bez porażki to nie jest przypadek.

Reklama

Arsenal – Bournemouth 1:2 (1:1)

  • 0:1 – Junior Kroupi 17′
  • 1:1 – Viktor Gyokeres 35′ (k)
  • 1:2 – Alex Scott 75′

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

8 komentarzy
Maciej Piętak

Liczy, pisze i komentuje - nie zawsze w tej kolejności. Studiuje matematykę, a wcześniej przewinął się przez redakcje 90minut, FutbolNews oraz Żyjemy Futbolem. Prywatnie kibic Wisły Kraków oraz Chelsea. Ma beznadziejny gust muzyczny, jeszcze gorsze poczucie humoru, ale tyle dobrego, że czasem napisze jakiś niezły tekst

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama