PZPN wypadł w aferze wokół meczu Śląska z Wisłą jak zupełnie nieudolny i chaotyczny organ, który zamiata niewygodne tematy pod dywan, a później dziwi się, że one eksplodują. Ale nawet ten nieudolny i chaotyczny PZPN nie mógł zdecydować inaczej niż przyznać walkower na niekorzyść klubu z Krakowa. I właśnie to zrobił.
W zeszłym tygodniu doszło do kuriozalnej sytuacji. Lider Betclic 1. Ligi zdecydował się na gest rozpaczy, widząc jak PZPN znowu przygląda się gdy kolejne kluby zamykają sektor gości przed kibicami z Krakowa. Bo niestawienie się na meczu – nawet mimo względnie komfortowej sytuacji w tabeli – jest właśnie gestem rozpaczy. A jedynym winnym tego, że temat tak mocno eskalował, jest PZPN.
Oficjalnie: Jest werdykt PZPN w sprawie meczu Śląsk – Wisła
Walkower na niekorzyść Wisły – dlaczego to słuszna decyzja?
Nie musiało dojść do tej afery. Związek mógł zmusić klub z Wrocławia do wpuszczenia kibiców gości. Ma przecież narzędzia, żeby działać przed, a nie tylko po fakcie. Kiedy bał się organizacyjnej kompromitacji przy Superpucharze z udziałem Wisły i Jagiellonii, potrafił walnąć pięścią w stół. Do zmiany decyzji zmusił też GKS Tychy. Ma też narzędzia, żeby zażegnać problem wyjazdów wiślaków działając po fakcie. Może przyznawać klubom odmawiającym przyjazdu realne kary. Taryfikator dopuszcza grzywnę do 5 mln zł, a PZPN stosuje napomnienia po 20 i 30 tys. zł, co dla profesjonalnego klubu jest niewielkim wydatkiem (to koszt miesięcznej pensji jednego zawodnika).
Ale nawet ten PZPN, nieudolny, chaotyczny, zamiatający sprawy pod dywan, nie mógł ułaskawić Wisły. Powód jest bardzo prosty – gdyby nie dowiózł jakiegoś tematu w przyszłości (a umówmy się – nie jest to wizja z kosmosu, że federacja czegoś nie dowozi), inny klub też mógłby oprotestować mecz i później wnosić o odstąpienie od walkowera, powołując się na przypadek Wisły. Nieprzyjechanie na mecz w ramach protestu nie byłoby już gestem rozpaczy, a wkalkulowanym działaniem, które może się opłacić. Mogłoby to w dłużej perspektywie doprowadzić do jeszcze większego chaosu i dezorganizacji rozgrywek. PZPN przyznałby wtedy przed całą Polską, że nawet sam siebie nie uważa za poważny organ.
Ile miejskie spółki przelewały na Śląsk Wrocław? Szokujące kwoty
Wisła w ostatnich dniach walczyła o uniknięcie walkowera. Jej całą narrację w tym temacie można zamknąć do hasła: nie pojechaliśmy na mecz, bo organizator nie mógł zapewnić nam bezpieczeństwa.
To założenie zawiera jednak pewną logiczną naiwność, bo przecież to w kibicach Wisły, których nie było, Śląsk Wrocław identyfikował zagrożenie dla bezpieczeństwa. Oczywiście identyfikował to w sposób pokraczny, złośliwy, nieudokumentowany, opierając swoją decyzję na widzimisię i „sugestiach” oraz „podpowiedziach” ze strony fanatycznych grup kibicowskich. I powinien ponieść za to duże konsekwencje. Ale jednocześnie to wcale nie tak, że delegacji Wisły stałaby się jakaś krzywda, gdyby przyjechała na mecz.
Wisła postąpiła słusznie i odważnie zawalczyła o swoje prawa. Ta walka miała jednak swoje koszty w postaci walkowera. Klub z Krakowa i tak osiągnął wiele – wzniósł dyskusję o swoim problemie na ogólnopolski poziom i, przynajmniej w teorii, zmusił związek do działania. Piszemy „w teorii”, bo kara dla Śląska Wrocław nie została jeszcze zasądzona (kolejne spotkanie Komisji Dyscyplinarnej odbędzie się w poniedziałek).
Teraz PZPN musi uderzyć się w pierś i wreszcie zadziałać tak, żeby historia z soboty już nigdy się nie powtórzyła. A będzie to możliwe w sytuacji, gdy kluby zaczną obawiać się drakońskich kar. Żeby tak się stało, pierwszą drakońską karę powinien otrzymać Śląsk Wrocław. Choć i to rozwiązanie będzie świadczyło o słabości PZPN, bo przecież inni byli traktowani pobłażliwie tylko dlatego, że Jarosław Królewski nie rozpętał ogólnopolskiej afery.
WIĘCEJ O SPRAWIE ŚLĄSKA I WISŁY:
- Ile miejskie spółki przelewały na Śląsk Wrocław? Szokujące kwoty
- Jarosław Królewski: Oczekuję najwyższej kary dla Śląska [WYWIAD]
- Śląsk nie wpuścił kibiców Wisły, bo ci nie przyjechali. Aha
Fot. newspix.pl