Senegal po raz drugi w dziejach sięgnął po Puchar Narodów Afryki, ponownie z Sadio Mane w roli głównej. 33-latek został wybrany najlepszym piłkarzem turnieju, a niektórzy zastanawiają się, czy przypadkiem nie należy mu się również tytuł najlepszego zawodnika w historii całego kontynentu. No i trzeba przyznać, że Mane ma w tej dyskusji całkiem mocne argumenty po swojej stronie, ale… nie on jeden. Bo przecież Samuel Eto’o, Mohamed Salah, Didier Drogba czy George Weah także zapracowali swoimi karierami na najwyższe uznanie. Postanowiliśmy zatem zestawić ze sobą największe legendy afrykańskiego futbolu. A pytanie, kto z tego grona jest numerem jeden, pozostawiamy otwarte przed wami.
Zestawienie stworzyliśmy w formie tak zwanej „tierlisty”. Braliśmy pod uwagę tylko reprezentantów krajów afrykańskich, a nie piłkarzy afrykańskiego pochodzenia, którzy sukcesy odnosili w barwach drużyn narodowych z Europy. Dlatego w przedbiegach przepadł Emmanuel Olisadebe.
Żenujący żart prowadzącego odhaczony, oto wyselekcjonowani przez nas kandydaci!
S-TIER
Sadio Mane (Senegal)
Sadio Mane wrócił na tron. Czyste szaleństwo w finale PNA
Zaczynamy od zawodnika, który zainspirował nas, by w ogóle zabrać się za to zestawienie.
Już klubowa kariera Sadio Mane jest imponująca. Trzy finały Ligi Mistrzów, w tym triumf w 2019 roku. Mistrzostwo Anglii i status legendy Liverpoolu. Wygrana w Bundeslidze w barwach Bayernu Monachium. Do tego sukcesy w Austrii i Arabii Saudyjskiej, a także rozliczne indywidualne wyróżnienia, na czele z tytułem króla strzelców angielskiej ekstraklasy w sezonie 2018/19. Na dokładkę – czwarte miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, również w roku 2019. Jednak ani w Liverpoolu, ani później w Monachium Mane nie był gwiazdą numer jeden. Trzeba to uczciwie zaznaczyć. Nie jest zresztą tajemnicą, iż Senegalczykowi nie do końca odpowiadało to, iż w ekipie The Reds pierwsze skrzypce gra Mohamed Salah. Mane nie uważał bowiem, by w czymkolwiek Egipcjaninowi ustępował.
No i można powiedzieć, że Senegalczyk potwierdził to w narodowych barwach. Podczas gdy Salah wciąż czeka na triumf w Pucharze Narodów Afryki, jego były kolega z drużyny dołożył do kolekcji już drugi triumf w mistrzostwach Czarnego Lądu. Mało tego – reprezentacja Senegalu z Mane w składzie dwukrotnie pokonywała podczas PNA ekipę Egiptu z Salahem w roli głównej. Jeśli zatem mowa o międzypaństwowych zmaganiach, Mane po prostu Salaha przerósł.
I pokazał się z jak najlepszej strony również jako lider zespołu. Choćby w trakcie finałowej potyczki z Marokiem w PNA 2025, kiedy to wezwał swoich kolegów z zespołu (a także sztab szkoleniowy) do opamiętania i zarządził powrót senegalskiej drużyny na boisko w doliczonym czasie gry, przed rzutem karnym dla gospodarzy.
Sadio Mane was instrumental in calling the Senegal players back to the pitch 👏#AFCONFinal | #TotalEnergiesAFCON2025 pic.twitter.com/LV34ZuSoL4
— beIN SPORTS (@beINSPORTS_EN) January 18, 2026
– Najlepszy afrykański piłkarz w historii? Mane, bracie – nie ma wątpliwości Nicolas Jackson.

Samuel Eto’o (Kamerun)
Wszystkie szaleństwa Samuela Eto’o
W najwyżej kategorii nie mogłoby innego dwukrotnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, a przy okazji złotego medalisty olimpijskiego i uczestnika czterech mundiali. Samuel Eto’o jako działacz piłkarski generuje niemałe kontrowersje, zresztą na boisku także od nich nie stronił, ale jako zawodnik był jednak znany przede wszystkim z nadzwyczajnej skuteczności i zmysłu do gry kombinacyjnej. Udowadniał to przede wszystkim w Barcelonie, z którą dwukrotnie cieszył się ze zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Ale Kameruńczyk wielkie sezony rozgrywał także wcześniej, w barwach Mallorki, a po przenosinach do Interu Mediolan dołożył do kolekcji jeszcze jeden Puchar Mistrzów. Kiedy trzeba było, to potrafił się nawet wcielić w rolę prawego obrońcy w taktycznej układance Jose Mourinho.
Eto’o jest najskuteczniejszym piłkarzem w historii PNA – zapisał na swoim koncie aż 18 trafień w 29 spotkaniach rozegranych w ramach tego turnieju. Zaliczył co najmniej jedną bramkę podczas każdej z sześciu imprez, w których wziął udział. Liczby w jego przypadku mówią właściwie same za siebie.
Choć na finiszu kariery zawodniczej Kameruńczyk przez ładnych parę lat rozmieniał się na drobne, on sam jest przekonany, że zapracował na miano najlepszego piłkarza w dziejach Czarnego Lądu. – Nie muszę sobie tego statusu nadawać, to po prostu fakt. Ludzie mogą to akceptować lub nie, ale takie są fakty. Każdy ma prawo do swojej opinii. Jako Afrykanie, zawsze jesteśmy osądzani. Niebywałe, że pierwsi do tego są zawsze inni Afrykanie. Ale nie mogą mi niczego odebrać. Jestem dumny ze swojego pochodzenia. Kiedy myślę, gdzie zaczynałem i jak daleko zaszedłem, to uważam, że mam prawo do dumy. To nie znaczy, że jestem zarozumiały. Wręcz przeciwnie. Ale na tym świecie ludzie na ogół są marionetkami, a ja nie godzę się na to, by być kolejną marionetką – stwierdził Eto’o, cytowany przez AFP.
George Weah (Liberia)
George Weah: „Prezydent Liberii? To nie było moje marzenie!” [FourFourTwo]
Jedyny reprezentant Afryki w gronie zdobywców Złotej Piłki naturalnie również musiał się pojawić w ścisłej czołówce zestawienia.
Oczywiście trzeba pamiętać, że George Weah zwyciężył w plebiscycie „France Football” w dość specyficznym momencie. Złota Piłka otwierała się wtedy na świat, co w naturalny sposób skierowało głosujących w stronę kandydatów spoza Europy. W normalnych okolicznościach Weah mógłby zatem nagrody nie otrzymać. Co nie zmienia faktu, że Liberyjczyk przez ładnych parę lat należał do topki najlepszych zawodników globu. Imponował przede wszystkim na francuskich boiskach – najpierw w barwach AS Monaco, a następnie w ekipie Paris Saint-Germain. Ale po przenosinach do Milanu także zaliczył kilka udanych sezonów, choć tutaj akurat zabrakło mu trochę szczęścia, ponieważ kontrakt z ekipą w Rossonerich podpisał akurat w chwili, gdy dobiegał końca okres jej dominacji na włoskiej i europejskiej arenie.
W narodowych barwach Weah furory nie zrobił, ale trudno czynić mu z tego zarzut – przerastał reprezentację Liberii o kilka poziomów. Dwa awanse na Puchar Narodów Afryki i świetne eliminacje do mistrzostw świata 2002 (Liberia skończyła je tuż za naszpikowaną gwiazdami Nigerią) to i tak niemałe osiągnięcia. A napastnik musiał przewodzić drużynie nie tylko na boisku, ale i poza nim. Choćby poprzez finansowanie jej zgrupowań czy przejazdów na mecze wyjazdowe.
Zresztą o tym, jak znaczącą figurą w kraju stał się napastnik, najlepiej świadczą jego późniejsze losy. W latach 2018-2024 roku Weah był prezydentem Liberii.
– Gdy grałem w Monaco i PSG, w Liberii trwała wojna domowa. To miało na mnie bardzo negatywny wpływ. Nie wiedziałem, czy moi rodzice żyją, czy nie — w tamtym czasie nie dało się zadzwonić do Liberii. Niestety ludzie mieli trudność, by zrozumieć mękę, przez którą przechodziłem. Europejczycy mają ogromny problem, by pojąć, co czujemy my, Afrykanie, gdy myślimy o domu. Dla nich sprawa jest prosta: dostajesz zapłatę za wykonywanie swojej pracy, więc masz po prostu ją wykonywać. Ale gdyby to oni znaleźli się na moim miejscu, byliby w znacznie gorszym stanie psychicznym niż ja – opowiadał Weah na łamach FourFourTwo niedługo po otrzymani Złotej Piłki w 1995 roku. – Dla kadry kupuję cały sprzęt meczowy i opłacam międzynarodowe bilety lotnicze dla niektórych zawodników grających w Europie, aby mogli przyjeżdżać na mecze Liberii rozgrywane w różnych krajach. Płacę też premie meczowe moim kolegom z drużyny, którzy nie mają tyle szczęścia finansowego, żeby byli zadowoleni i zmotywowani do jak najlepszej gry dla ojczyzny.
Wtedy jeszcze zapewniał, że polityka go nie interesuje. Ale tego rodzaju deklaracje często źle znoszą próbę czasu.

Mohamed Salah (Egipt)
Najlepszy skrzydłowy w erze Premier League? Wydaje się, że ten tytuł należy się Mo Salahowi jak psu buda.
Jednak są i tacy, którzy chcieliby określać go także – po prostu – najlepszym piłkarzem w dziejach Premier League bez podziału na pozycje. Z taką opinią można już rzecz jasna polemizować, Thierry Henry czy Wayne Rooney z pewnością mieliby tu wiele do powiedzenia, niemniej – Egipcjanin bez dwóch zdań zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii angielskiej ekstraklasy. W 422 spotkaniach rozegranych jaj dotąd dla Liverpoolu we wszystkich rozgrywkach Salah zanotował bezpośredni udział w aż 367 (!) akcjach bramkowych (250 goli, 117 asyst). Sadio Mane mógł sobie kręcić nosem, że to jego wieloletni partner z linii ataku The Reds zbiera więcej pochwał i nagród, ale prawda jest taka, że Salah na wszystkie laury rzetelnie zapracował. Gdy grał w jednym zespole z Mane, to jemu należała się palma pierwszeństwa.
Jedyne mistrzowskie tytuły Liverpoolu w XXI wieku także są w dużej mierze zasługą Salaha, a już zwłaszcza ten wywalczony w sezonie 2024/25. Owszem, parę tygodni temu Egipcjanin trochę się poprztykał z Arne Slotem, ale ta mała drama nie może przyćmić całości jego dokonań na Anfield. Wielkich dokonań.
Dorobek Salah w drużynie narodowej także jest imponujący. 33-latek zanotował w barwach Egiptu 113 występów, strzelił aż 65 goli. Tylko podczas Pucharów Narodów Afryki zaliczył aż szesnaście oczek w klasyfikacji kanadyjskiej (11 goli, 5 asyst). No ale ani razu nie powiódł swojej kadry do tytułu. Dwa przegrane finały, a ostatnio także przegrany mecz o 3. miejsce to nie są dokonania, które można w Egipcie przyjmować z satysfakcją. Ostatecznie Faraonowie są najbardziej utytułowaną drużyną w historii PNA, a ich złote lata (2006-2010 – trzy sukcesy z rzędu) przypadły akurat na okres poprzedzający „erę Salaha”.
Można zaryzykować stwierdzenie, że Salah jest o jeden wygrany finał Pucharu Narodów Afryki od tego, by bezdyskusyjnie przyznać mu tytuł najlepszego afrykańskiego zawodnika wszech czasów. No ale Egipcjanin mistrzem kontynentu nie został, zatem Eto’o, Mane czy Weah wciąż mogą stawać z nim w szranki.
A-TIER
Schodzimy o półeczkę niżej, ale tutaj też znalazło się naprawdę zacne towarzystwo.
Przede wszystkim Didier Drogba, co do którego mocno się wahaliśmy, czy nie zasłużył przypadkiem na obecność w najwyższej kategorii. Iworyjczyk u szczytu formy był bowiem prawdziwą boiskową bestią w ofensywie, napastnikiem w zasadzie niemożliwym do okiełznania z uwagi na kombinację dynamiki i brutalnej, fizycznej siły. Wielu wysokiej klasy defensorów wskazywało zresztą właśnie Drogbę jako tego snajpera, który sprawiał im najwięcej trudności. Jego osiągnięcia także długo można wyliczać: triumf w Lidze Mistrzów, cztery tytuły mistrza Anglii, cztery sukcesy w FA Cup (gdzie często zostawał bohaterem starć finałowych). Wielka klasa.
Ale Drogbie przytrafiały się – nawet za czasów gry w Chelsea – zaskakująco przeciętne sezony, biorąc pod uwagę jego reputację. No i nie sięgnął z Wybrzeżem Kości Słoniowej po Puchar Narodów Afryki, mimo że jego drużyna wielokrotnie przystępowała do turnieju jako główny faworyt do złota.
Co nie udało się Drogbie, tego w narodowych barwach dokonał w 2015 roku Yaya Toure i on również ląduje w naszym zestawieniu zaraz za kwartetem Mane-Eto’o-Salah-Weah. Iworyjczyk przez plus-minus dekadę zaliczał się do grona najlepszych pomocników świata, co udowadniał w Monaco i Barcelonie, a przede wszystkim po przenosinach do Manchesteru City. Samego siebie przeszedł jednak w sezonie 2013/14, kiedy zapisał na swoim koncie aż 20 goli w Premier League. A przecież jeszcze w stolicy Katalonii zdarzało mu się występować w roli cofniętego pomocnika, a nawet – awaryjnie, bo awaryjnie – w linii obrony. Nie ma przypadku w tym, że w latach 2011-2014 Toure całkowicie zdominował plebiscyt na Afrykańskiego Piłkarza Roku i zgarnął cztery statuetki z rzędu.

Do duetu z Wybrzeża Kości Słoniowej dokładamy ikonę reprezentacji Ghany. Abedi Pele był wielką gwiazdą Olympique’u Marsylia przełomu lat 80. i 90. Z francuską drużyną święcił triumfy na krajowym podwórku, a także sięgnął z nią po Puchar Mistrzów w 1993 roku. No a jedenaście lat wcześniej wywalczył z drużyną narodową Puchar Narodów Afryki, choć tutaj trzeba akurat uczciwie zaznaczyć, że był wtedy tylko zmiennikiem w zespole Czarnych Gwiazd.
Można z przymrużeniem oka dodać, że Abedi Pele zasłużył się też dla ojczystego futbolu również jako rodzic. Ostatecznie dwaj jego synowie – Jordan i Andre Ayew – porobili wielkie kariery i dwukrotnie wystąpili z reprezentacją Ghany w finale PNA, choć bez końcowego sukcesu.
Ten szczebelek uzupełniają gracze, których wyczyny z pewnością doskonale kojarzycie: Riyad Mahrez (triumf w PNA 2019, lata znakomitych występów i sukcesów w Premier League w barwach Leicester City oraz Manchesteru City), Pierre-Emerick Aubameyang (tytuły króla strzelców w Bundeslidze i Premier League, ciekawy epizodzik w Barcelonie) i Achraf Hakimi. Zdecydowanie najmłodszy z całego grona, no ale trudno byłoby pominąć jednego z najlepszych bocznych defensorów swojej generacji, który w 2022 roku dotarł z reprezentacją Maroka do półfinału mistrzostw świata w Katarze. To największy sukces afrykańskiej drużyny w historii ich występów na mundialach. Jeśli połączymy ten fakt z klubowymi osiągnięciami Hakimiego, na czele z ubiegłoroczną wygraną w Champions League, no to cóż – zwyczajnie nie mogło go zabraknąć w topce naszego zestawienia. A 27-latek ostatniego słowa zdecydowanie nie powiedział.
B-TIER
Kogo jeszcze wypadałoby przynajmniej wyróżnić?
Szeroko uśmiechnięty Roger Milla zapewne do dziś pozostaje symbolem afrykańskiego futbolu dla kibiców, którzy śledzili z wypiekami na twarzy mundiale w 1990 i 1994 roku. Aż trudno uwierzyć, że Kameruńczyk już na mistrzostwa świata w Hiszpanii jechał jako 30-latek, a zatem zawodnik naprawdę doświadczony. A przecież wszystkie z największych sukcesów jego barwnej kariery miały dopiero nadejść. Dwa triumfy w Pucharze Narodów Afryki, jeden przegrany finał, no i oczywiście awans do ćwierćfinału mistrzostw świata we Włoszech oraz honorowy gol w przegranym starciu z Rosją na turnieju w Stanach Zjednoczonych, zdobyty w wieku 42 lat. Milla ma za co dziękować prezydentowi Kamerunu, bo to właśnie on przekonał go swego czasu do wznowienia kariery w ekipie Nieposkromionych Lwów.
Umówmy się jednak, że mundialowa eksplozja formy z 1990 roku nie może tak całkiem przykryć relatywnie przeciętnej kariery klubowej Kameruńczyka. Milla spędził wiele lat na francuskich boiskach, fakt, ale nie był wiodącą postacią Division 1. Ba, zdarzało mu się grywać na zapleczu francuskiej ekstraklasy. Trudno go zatem zestawiać w jednym szeregu z gigantami pokroju Drogby, Aubameyanga, Eto’o czy Weah. Mimo wszystko, nie ten rozmiar kapelusza.
Choć postać z niego kultowa jak jasna cholera. A to przecież też coś znaczy, czyż nie?

A skoro o kultowych graczach mowa, to musi się naturalnie pojawić Rabah Madjer – bohater finału Pucharu Europy z 1987 roku i triumfator Pucharu Narodów Afryki 1990, rzecz jasna z reprezentacją Algierii. A przy okazji uczestnik jednej z najbardziej kuriozalnych transferowych sag w historii Bayernu Monachium.
Uwaga, przerwa na anegdotę.
Bawarscy działacze – który celebrację zdobycia Pucharu Europy zaczęli jeszcze przed rozegraniem finału – nie potrafili pogodzić się z porażką z Porto. Uli Hoeness odgrażał się, że cena nie gra roli i Bayern musi pozyskać Madjera, swojego kata, by z nim w składzie sięgnąć po najcenniejsze klubowe trofeum Starego Kontynentu. I wydawało się, że do transferu faktycznie dojdzie. Algierczyk zdążył nawet wystąpić w specjalnej sesji zdjęciowej, która miała promować transfer w prasie, a na początku stycznia 1988 roku pojawił się w Niemczech i został entuzjastycznie powitany przez bawarską publiczność przy okazji turnieju halowego. Cały proces zakłóciły jednak komplikacje natury formalnej, a agent Madjera zaczął nagle gwałtownie podbijać stawkę. Puścił nawet przeciek do włoskiej prasy, że napastnik podpisał kontrakt z Interem Mediolan, co było bujdą na resorach. Rozjuszony i wystrychnięty na dudka Hoeness nazwał go wówczas „największym gangsterem w historii”.
Koniec końców Madjer rzeczywiście zawarł umowę z Interem, ale kontrakt został unieważniony po dokładnej analizie wyniku testów medycznych. No i wyszło na to, że Algierczyk się zakiwał – zamiast wielkiego transferu gotówkowego, musiał się zadowolić wypożyczeniem do Valencii, a jego kariera zaczęła szybko wygasać.
Jay-Jay Okocha i Nwankwo Kanu – dwie legendy nigeryjskiej piłki – także lądują na tej półce. Obaj mogą się pochwalić olimpijskim złotem przywiezionym z igrzysk w Atlancie, choć w Pucharze Narodów Afryki – konkretnie: w 1994 roku – sukces świętował tylko pierwszy z wymienionych. Kanu to jeden z największych przegranych w całych dziejach PNA – pięciokrotnie docierał z ekipą Super Orłów do strefy medalowej turnieju, lecz dłoni na pucharze jakimś cudem nie położył ani razu. Dalej – Michael Essien. Wprawdzie on też nie wywalczył kontynentalnego mistrzostwa z reprezentacją Ghany, no ale na arenie klubowej – zwłaszcza w Olympique’u Lyon oraz Chelsea – długo zaliczał się do czołówki najlepszych środkowych pomocników występujących na co dzień na europejskich boiskach.

Kalidou Koulibaly (dwa wygrane PNA, triumf w Lidze Mistrzów w barwach Chelsea, lata znakomitych występów w Napoli), Emmanuel Adebayor (blisko 100 goli w Premier League, awans na mundial z reprezentacją Togo), Seydou Keita (bardzo cenny gracz Barcelony w erze Pepa Guardioli, legenda reprezentacji Mali) oraz Ahmed Hassan (184 występy w reprezentacji Egiptu, cztery triumfy w PNA i dwa tytuły najlepszego piłkarza turnieju) też trafili na szczebelek „B”.
Dwudziestkę uzupełnia Salif Keita, przez kibiców AS Saint-Etienne zwany „Czarną Panterą” a w Walencji okrzyknięty „Czarną Perłą z Mali”. Choć akurat hiszpańska prasa powitała go w kraju godnym pożałowania nagłówkiem: – Valencia miała kupować Niemców, a wróciła z Murzynem.
Malijczyk jako pierwszy w historii został nagrodzony tytułem Afrykańskiego Piłkarza Roku (1970), no i trudno się temu dziwić. Zrobił bowiem naprawdę wielką karierę we Francji, gdzie imponował zarówno elegancją i swobodą dryblingu, jak i wyczynami strzeleckimi (42 gole w sezonie ligowym 1970/71!). W dużej mierze za jego sprawą Saint-Etienne na przełomie lat 60. i 70. minionego stulecia regularnie sięgało po mistrzowskie tytuły i krajowe puchary. Wprawdzie jego prime trwał stosunkowo krótko i nie przełożył się na sukces w narodowych barwach – Mali w 1972 roku przegrało finał Pucharu Narodów Afryki z reprezentacją Konga – ale Keita i tak zasługuje na wszelkie komplementy jako ten zawodnik, który torował drogę do Europy kolejnym pokoleniom afrykańskich talentów.
W tym – swoim krewniakom. Wspomniany Seydou Keita, a także Mohamed Sissoko – bratankowie Salifa – z powodzeniem radzili sobie na Starym Kontynencie. Podobnie jak Mahamadou Diarra, wyszkolony w ośrodku treningowym ufundowanym przez legendę ASSE.
Kto jest najlepszym afrykańskim piłkarzem w dziejach?
No dobrze, ale moglibyśmy tak w nieskończoność wydłużać wyliczankę o kolejne słynne nazwiska.
Czas przejść do konkretów!

Przedstawiliśmy wam dokonania zawodników, którzy – naszym zdaniem – mogą aspirować do miana najlepszego piłkarza w historii Afryki. Niektórzy mają po swojej stronie więcej argumentów, inni mniej. W tej chwili – na fali zakończonego niedawno Pucharu Narodów Afryki – nazwisko Sadio Mane jest rzecz najgorętsze ze wszystkich. Ale czy, patrząc na sprawę na chłodno, Senegalczyk faktycznie jest najlepszym afrykańskim zawodnikiem w dziejach?
Oddajemy wam głos!
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Ligowi dominatorzy. Najlepsza jedenastka ćwierćwiecza w Ekstraklasie
- „Lewy” i kto jeszcze? Najlepsza jedenastka ćwierćwiecza w polskiej piłce
- Od Neuera do „Lewego”. Najlepsza jedenastka ćwierćwiecza w światowej piłce
fot. NewsPix.pl