Widzew, choć latem dokonał wielu kosztownych wzmocnień, zimą znów jest bardzo aktywny na rynku transferowym. Dyrektor sportowy łódzkiego klubu, Dariusz Adamczuk przyznał, że plany na trwające okienko było początkowo nieco skromniejsze, ale zmieniono koncepcję, gdy na horyzoncie pojawiła się wizja wygrania Pucharu Polski.
Kibice Widzewa z pewnością mają powody, by doceniać inwestycje Roberta Dobrzyckiego w transfery. Część obserwatorów Ekstraklasy zastanawia się jednak, czy wydanie tak znacznych kwot w tak krótkim czasie nie jest pochopną decyzją. Dariusz Adamczuk w rozmowie z Przeglądem Sportowym zapewnia, że łodzianie działają „z głową”.
Adamczuk: Dużo łatwiej ściągnąć zawodnika do Legii czy Lecha
Przyznał natomiast, że początkowa koncepcja zakładała, że zimą do drużyny dołączy mniejsza liczba piłkarzy. Działania na rynku przyspieszyły jednak, gdy pojawiła się realna możliwość awansu do europejskich pucharów.
– O dwa, trzy transfery. Tylu nie zakładaliśmy. Trochę przyspieszyło to zwycięstwo z Pogonią w Pucharze Polski, bo jest szansa wygrać to trofeum – wyjaśnił dyrektor Widzewa.
Efektem obecnej strategii jest stawianie na zawodników doświadczonych, mających w założeniu podnieść jakość drużyny natychmiast, a nie dopiero w kolejnych miesiącach.
– Robert zapytał mnie, jak to widzę. Odpowiedziałem, że potrzebujemy bardziej gotowych zawodników. Polska liga jest ciężka i tu trzeba zrobić miks. Umówmy się — to nie tak, że wszystkie transfery letnie nie spełniły oczekiwań. To jedno. Potrzeba było trochę więcej doświadczenia. Gdyby zobaczyć wyniki do 80. minuty, to Widzew byłby na drugim miejscu. Ostatnie 10 minut pokazuje, że jesteśmy na 15. miejscu. Tego doświadczenia zabrakło, stąd takie ruchy – stwierdził Dariusz Adamczuk.
Dodał, że mimo iż Widzew jest w stanie wydać sporo na transfery, nie zawsze jest w stanie przekonać do siebie piłkarzy, których sobie upatrzył. Utrudnieniem w negocjacjach ma być choćby to, że rynek zareagował już na wieści o dużych możliwościach finansowych łodzian i stosuje w rozmowach z nim wyższe kwoty, ale też inne czynniki, jak obecne miejsce drużyny w tabeli czy brak w europejskich pucharach.
Dyrektor łódzkiego klubu podkreślił też, że chciałby oprzeć drużynę na Polakach z doświadczeniem za granicą, ci jednak nie kwapią się do gry w Ekstraklasie. Pewnym przetarciem szlaków ma być tu transfer Bartłomieja Drągowskiego.
– Na razie troszkę odbiliśmy się od Polaków. Nie będę panu mówił nazwisk, ale się odbiliśmy. Nie każdy Polak chce wrócić do kraju. W Ekstraklasie już grali, a powrót do niej jest daleko na liście ich życzeń. To trochę wiąże się z mentalnością, bo jest jeszcze takie przeświadczenie, że powrót oznacza porażkę, że komuś nie wyszło na Zachodzie. Może przykład Bartka pokaże, że warto wrócić. Jeżeli będzie grał w Widzewie, to nadal ma szansę pojechać na mistrzostwa świata. Więc ten powrót do Polski nie musi wiązać się z czymś złym – uważa Adamczuk.
Ewentualny awans do europejskich pucharów poprzez Puchar Polski miałby być z kolei mocnym argumentem po stronie Widzewa w okienku letnim.
– Największym są puchary. Tym bardziej, że polskie drużyny nie startują już od I rundy. Wygrasz Puchar Polski, grasz od III rundy eliminacji Ligi Europy. Praktycznie jeden dwumecz od fazy ligowej Ligi Konferencji. Na pewno to by ułatwiło, gdybyśmy grali w europejskich pucharach, zdobyli trofeum — Puchar Polski. Szczególnie dla mnie, gdybym trzeci raz z rzędu pojechał w maju na Narodowy – przyznał Dariusz Adamczuk.
WIĘCEJ O TRANSFERACH NA WESZŁO:
- Cracovia będzie miała nowego pomocnika. Już grał w Polsce
- Polak ma nowy klub. Podpisał kontrakt w Turcji
- Korona idzie w jakość. Simon Gustafson to „ostatni puzzel” w zespole
Fot. Newspix