Gdyby ktoś powiedział, że Real zagra o Copa del Rey dzięki dubletowi Davida Alaby, nikt nie kiwałby głową z uznaniem. Wtrącenie, że byłby to Real Sociedad, wzbudziłoby już jednak ciekawość. Dodanie, że do zrealizowania tego scenariusza zabrakło dziesięciu minut, w trakcie których Real — ten z Madrytu — zdołał najpierw odwrócić sytuację i znów być jedną nogą w finale, żeby na koniec raz jeszcze skomplikować sobie życie, wywoła natomiast kompletny mindfuck.
Tym właśnie było rewanżowe spotkanie Realu Madryt z Realem Sociedad. Kompletnym mindfuckiem, garścią losowych absurdów zebranych i zmiksowanych w całość, jakby to była paczka ziół prowansalskich. Nawet jak na wysokie standardy Santiago Bernabeu, które widziało już comebacki, spotkania szalone, wymykające się logice, stężenie zwrotów akcji wykraczało poza normę. Gdyby ktoś miał odpowiednie urządzenie do pomiaru takich rzeczy, w ostatnim kwadransie gry wyłoby ono jak mierniki promieniowania w Czarnobylu.
Endrick jak Kamil Zapolnik
Wybryki zdarzały się już na wstępie. Społeczność Realu Madryt poznała na przykład postać Kamila Zapolnika, gdyż Jacek Laskowski i Rafał Ulatowski postanowili porównać ekwilibrystyczną przewrotkę w wykonaniu Endricka do bramki zdobytej przez napastnika Bruk-Bet Termaliki Nieciecza. Bywa i tak, można jedynie żałować, że nieco później duet komentatorski nie skorzystał z szansy i nie nawiązał do gola strzelonego bezpośrednio z rzutu rożnego przez Kristoffera Normanna Hansena. Może dlatego, że Rodrygo, który próbował takiej sztuczki, gola nie zdobył.
W przeciwieństwie do sympatycznego Norwega kopiącego na Podlasiu.
Do siatki trafił natomiast Ander Barrenetxea i było to najnormalniejsza akcja bramkowa, jaka wydarzyła się tego wieczora w Madrycie. Wzorcowe wyciągnięcie rywali wysoko, przedłużenie podania do ścinającego do środka zawodnika ze skrzydła. Zaspał Lucas Vazquez, dał się łyknąć na kilku metrach, Real wpadł w kłopoty — stan dwumeczu się wyrównał. O ile jednak większość drużyn mogłaby się tym przejąć, to kipiący jakością Królewscy niekoniecznie.
Endrick po golu w meczu Real – Real (dla Realu)
Fakt, że ich problemem jest zdolność wykrzesania z siebie energii i kreatywności, gdy wyniku nie trzeba gonić. Gdy jednak pociągnie się lwa za ogon, kły i pazury idą w ruch. Wystarczył moment, żeby absolutnie cudowne podanie posłał Vinicius Junior. Zewnętrzną częścią stopy, z własnej połowy, obsłużył Endricka tak, że ten mógł po prostu wyprzedzić rywala, podciąć piłkę i odtańczyć przygotowaną cieszynkę.
Endrick wykończył to najlepiej jak mógł
I zatańczył…
Do przerwy 1:1!
![]()
OGLĄDAJ #RMARSO
https://t.co/w3eMYgoJyY pic.twitter.com/ASPMYkuVHz
— TVP SPORT (@sport_tvppl) April 1, 2025
Po sztuce do przerwy, remis, jeszcze nic nie zapowiadało, że kociołek emocji tego wieczora wykipi.
Dwa rykoszety Alaby
Pożegnać się z marzeniem o Copa del Rey i potrójnej koronie za sprawą dwóch goli samobójczych/rykoszetów — nawet w bogatej historii Realu Madryt byłaby to pewna nowość. Tymczasem przez chwilę taki scenariusz wisiał w powietrzu, bo piłka najpierw odbiła się od Davida Alaby po płaskim podaniu spod linii końcowej, żeby parę minut później odbić się od tego samego zawodnika po strzale rywala. Andrij Łunin klął pod nosem, co nie dziwi. Tak zmylony mógł tylko rozłożyć ręce — jeszcze akcję, dwie wcześniej był bohaterem, bo wyciągnął się na linii, wyjął świetny strzał po rzucie rożnym.
ALABA WITH A BRACE
pic.twitter.com/RMvQb7Rass
— Hater Central (@TheHateCentral) April 1, 2025
Teraz jednak zostało liczyć na gen Realu Madryt, który w takich sytuacjach nie zawodzi. Znów więc Vinicius, znów genialne zachowanie przy linii bocznej. Tym razem był to obrót z przyjęciem, którym zgubił pierwszego rywala. Kolejnego odstawił już w biegu, żeby dorzucić na nogę Jude’a Bellinghama. Akcja w stylu: wyciąć i powiesić w Prado. Vini na tym nie skończył, za moment znów zakręcił, lecz tym razem rywal się wyratował. Na krótko. Rzut rożny, który był następstwem tej sytuacji, przyniósł wyrównanie, które — na tamten moment — premiowało gospodarzy awansem.
Trenerom w takich momentach pozostaje pierdolnąć sobie whisky. Nie było pod ręką, więc Imanol Alguacil skorzystał z wody
Zegar odmierzał już ostatnie minuty gry, gdy David Alaba skompletował hat trick błędów. Nie musiał już strzelać, gnębić Łunina osobiście. Wystarczyło skoczyć do głowy tak, że Mikel Oyarzabal okazał się lepszy, szybszy, sprytniejszy. Koledzy nie byli zadowoleni. Alaba zapewnił im trzydzieści minut nadgodzin w robocie, choć bramkarz Realu też maczał w tym palce. Zamiast wykorzystać 1,91 cm wzrostu i duży zasięg ramion, wyskoczył do wrzutki bez większego przekonania, jakby bał się gąszczu zawodników. No i nie doleciał.
Kompromitacja sędziego w meczu Realu
Może jednak nie byłoby tych nadgodzin, gdyby nie fakt, że prace nadzorował kompletny parodysta? Z gwizdkiem po murawie biegał Javier Alberola Rojas. Biegał, bo z sędziowaniem to u niego średnio. Wydawało się, że największym skandalem, jakiego się dopuści, było uznanie, że liść na twarz wypłacony Bellinghamowi przez bramkarza, nie wystarcza, żeby podyktować rzut karny. Niestety — i dla niego, i dla zdrowia zawodników — w dogrywce Rojas udowodnił, że da się to przebić.
Vinicius raz jeszcze położył przeciwnika, potem kolejnego. Trzeci, nadciągający z odsieczą z boku, wpieprzył się latającym wślizgiem w okolice kolana Viniego. Jon Ader Olasagasti zrobił z siebie głupka, gdy obśmiewał pretensje rywala o ten faul, ale jeszcze większym cymbałem okazał się arbiter, któremu nawet przez myśl nie przeszło, żeby wyrzucić go z boiska. Żółtko to absolutny maks, stwierdził i jak gdyby nigdy nic kazał kontynuować grę.
Red card challenge on Vinicius knee
But as usual no red card pic.twitter.com/vYVOoNO0FO
— Real Madrid Info ³⁶ (@RMadridInfo) April 1, 2025
Real mógł się za to wyładować na sto różnych sposobów, ale wybrał najlepsze rozwiązanie. Docisnął gazu i zamknął temat finału przed serią rzutów karnych. Wystarczyło do tego precyzyjne dośrodkowanie Ardy Gulera z narożnika boiska oraz strącenie piłki głową przez Antonio Ruedigera. Co oczywiście do końca normalne nie było, bo oto Real Madryt wywinął się ze stryczka w sposób, o który nikt Realu nie mógłby posądzać.
W obecnym sezonie z kornerami są na bakier, rzadko przekładają się one na gole. Tym razem w ten sposób padły dwie bramki. To niemal tak samo abstrakcyjne jak fakt, że Real Sociedad, jedna z najmniej skutecznych drużyn w Hiszpanii, strzelił na Santiago Bernabeu cztery gole, lecz i tak nie wystarczyło to do wywalczenia przepustki do finału krajowego pucharu.
Real Madryt — Real Sociedad 4:4 (1:1)
- 0:1 – Ander Barrenetxea 16′
- 1:1 – Endrick 30′
- 1:2 – David Alaba (samobójcza) 72′
- 1:3 – David Alaba (samobójcza) 80′
- 2:3 – Jude Bellingham 82′
- 3:3 – Aurelian Tchouameni 86′
- 3:4 – Mikel Oyarzabal 90+3′
- 4:4 – Antonio Ruediger 115′
WIĘCEJ O HISZPAŃSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Zwrot w sprawie Daniego Alvesa. “Jest niewinny. Sprawiedliwość przemówiła”
- Ronaldinho połknięty, teraz Neymar. Jak wysoko podskoczy Lewy?
fot. Newspix