Reklama

Kosowski: Jan Urban? Warto się przyjrzeć tej kandydaturze

redakcja

Autor:redakcja

25 stycznia 2022, 09:28 • 10 min czytania 26 komentarzy

Wtorkowa prasa to kolejne wątki dotyczące wyboru selekcjonera, a także kilka niezłych rozmów. 

Kosowski: Jan Urban? Warto się przyjrzeć tej kandydaturze

PRZEGLĄD SPORTOWY

Zdaniem Kamila Kosowskiego, na zatrudnieniu przez PZPN może zyskać przede wszystkim sam Szewczenko.

Czytałem, że Ukrainiec miałby zarabiać u nas 2,5 miliona euro rocznie. To ponad 10 milionów złotych, a jeśli podpisze kontrakt na dwa lata, to siłą rzeczy Szewczenko zarobi 20 milionów. Myślę sobie, że takie pieniądze wystarczyłby na wypłaty dla polskiego selekcjonera przez 10 lat. Z tego prostego rachunku nie wynika nic dobrego. Wydaje mi się, że mamy jakieś kompleksy. Czy naprawdę musimy mieć drogiego trenera zza granicy, by pokazać światu, że nas na niego stać? Nawet Paulo Sousa, który nie był najtańszy, tyle nie zarabiał. Słysząc te sumy i patrząc na trenerski dorobek Szewczenki, na miejscu Cezarego Kuleszy szukałbym jednak Polaka.

(…) Dochodzą mnie słuchy (i nie tylko mnie), że na drugim miejscu na liście życzeń prezesa Kuleszy znalazł się Jan Urban. Jeszcze, gdy media rozpisywały się o Fabio Cannavro i Andrei Pirlo, sygnalizowałem, że to szkoleniowiec, któremu warto się przyjrzeć. W klubach, w których pracował nikt nie powie na niego złego słowa. Rozmawiałem z kilkoma zawodnikami, których prowadził i reakcje są takie same. Wszyscy ciepło go wspominają, twierdzą, że to dobry fachowiec i ma świetne podejście do piłkarzy.

Reklama

Cezary Kulesza przebywa w Belek, ale na razie, zamiast z kandydatami na selekcjonera, spotkał się z przedstawicielami Rakowa.

Lecąc do Turcji Kulesza zamierzał porozmawiać temat posady selekcjonera z Janem Urbanem. Kontaktował się z trenerem Górnika już wcześniej, zaproponował umowę do końca tego roku, jednak 60-letni szkoleniowiec nie był zainteresowany takim kontraktem. Po opuszczeniu Zabrza chciał mieć pewność pracy do końca eliminacji EURO 2024 (z automatycznym przedłużeniem na turniej, jeśli Biało-Czerwoni do niego awansują). Pierwsze negocjacje utknęły w martwym punkcie, miały zostać wznowione w Belek. Tyle że do poniedziałkowego wieczoru Kulesza z Urbanem nie rozmawiał.

– Nie spotkałem się w Turcji z prezesem Kuleszą, nie jesteśmy też umówieni. Spokojnie pracujemy, przygotowujemy się do wiosny – oświadczył Urban, do którego dotarły już spekulacje, jakoby poniedziałkowa gierka członków sztabu szkoleniowego, medycznego, osób pracujących przy zespole i mediów klubowych była jego pożegnaniem z drużyną. – Słyszałem o tym, ale nie ma w tym ani grama prawdy – zapewnił . Nie chce komentować doniesień o jego pracy w reprezentacji, odpowiadać na pytanie, czy byłby nią zainteresowany.

Rozmowa z Lukasem Podolskim.

Reklama

ŁUKASZ OLKOWICZ: Pana kontrakt z Górnikiem kończy się w czerwcu. Zostanie pan na kolejny sezon?

LUKAS PODOLSKI: Za mną i działaczami pierwszy luźne rozmowy. Po obozie umówiliśmy się na następne spotkanie i zobaczymy, jak to wypadnie.

Więcej daje pan szans, że zostanie?

Jest taka możliwość. Są też zapytania z innych krajów, drużyny interesują się, jak będzie wyglądała moja sytuacja po sezonie. Ale od zawsze powtarzam, że kocham herb Górnika i przyjście do niego tratuję jako projekt. Chcę pomóc, żeby Górnik grał wysoko. Cieszę się, że tutaj jestem, gram w tym klubie i dobrze nam idzie. Jest jeszcze wiele rzeczy do poprawienia i zmian, ale są i dobre. Nie trzeba tylko narzekać.

Za panem pół roku w ekstraklasie. Jest coś, co pana zaskoczyło?

Nic. Co ma mnie zaskoczyć? Pogoda? Nie będę oceniał poziomu ligi, jaki był, nim do niej trafiłem. Cieszę się, że przyszedłem do Zabrza, udało się nam ten transfer zrobić. Zawsze mówiłem, że kocham Górnika, kocham kibiców, kocham Torcidę. To kibice ze Śląska, myślę, że oni też będą kochać ten klub aż do śmierci. Każdy wie, że nie mamy takich warunków jak inne polskie kluby. Mamy za to nasze miasto, nasz stadion i atmosferę na nim. Byłbym głupi, gdybym powiedział, że powitanie, jakie zrobili mi kibice, nie było fajne. Zapamiętam je do końca życia.

Za to z kibicami Legii Warszawa miał pan scysję. Najpierw oni wywiesili transparent obrażający Zabrze, a po zwycięstwie 3:2 odgryzał się pan im w mediach społecznościowych.

Jak dostaniesz list od ukochanej, masz dwa wyjścia – możesz odpowiedzieć lub nie. Zdecydowałem się coś napisać. Nie mam nic przeciwko kibicom innych drużyn. Grałem w Kolonii i pamiętam derby z Gladbach czy Leverkusen, podobnie było w Turcji albo Japonii. W każdym kraju coś się dzieje.

Pan lubi takie przepychanki, pstryczki?

Jestem piłkarzem Górnika, reprezentuję ten klub. Wymiana zdań z kibicami Legii nie była dla mnie jakimś wielkim tematem, tylko mocno go rozdmuchano w mediach. Jestem Lukas Podolski i czymś takim się nie przejmuję.

Nazywany kiedyś „Nowym Pelem” Robinho powinien właśnie rozpocząć dziewięcioletnią odsiadkę, ale przed więzieniem chroni go brazylijskie prawo.

Były już (?) piłkarz nie odsiedział jednak jeszcze ani dnia i prawdopodobnie uniknie kary. Wszystko dlatego, że wyrok zapadł we Włoszech, a Robinho przebywa w swojej ojczyźnie, która nie ma obowiązku wydać swojego obywatela, jeśli został skazany poza granicami Brazylii. Gwiazdor nigdy jednak nie będzie mógł wylecieć za granicę, zwłaszcza w ramach Unii Europejskiej, ponieważ wówczas natychmiast zostanie przechwycony wpakowany za kratki.

Sprawa dotyczy wydarzeń z 2013 roku. Wówczas, jak ustalił włoski wymiar sprawiedliwości, w nocnym mediolańskim klubie Sio Cafe doszło do zbiorowego gwałtu na młodej albańskiej kobiecie, która świętowała 23. urodziny. Wśród pięciu mężczyzn, którzy dopuścili się tego czynu, był Robinho. Według śledczych Brazylijczyk nie tylko zgwałcił, ale przy tym „brutalnie upokarzał” i „poniżał” swoją ofiarę. Kobieta twierdziła później, że była bardzo pijana i nie wiedziała, co się dzieje, a z kolei zawodnik twierdził, że była trzeźwa, bo doskonale pamiętała cały czas jego imię, co nie byłoby możliwe, gdyby nadużyła alkoholu.

Wersja Robinho jest następująca: uprawiał seks z dziewczyną za jej świadomą zgodą. Nie zrobił więc nic złego z wyjątkiem jednego. – Zdradziłem żonę. To jedyna rzecz, której żałuję – zarzekał się na sali sądowej. Zbieranie materiału dowodowego mającego udowodnić niewinność gwiazdora i apelacja zajęły pięć lat, ale piłkarz nie przekonał sądu, który podtrzymał pierwotną decyzję. Robinho w tym momencie powinien więc rozpoczynać 9-letnią odsiadkę. W piłkę na zawodowym poziomie zapewne nigdy już nie zagra. Santos, do którego zawodnik wrócił w 2020 roku i zgodził się nawet na minimalne zarobki, rozwiązał z nim kontrakt pod presją sponsorów.

SPORT

Coraz więcej mówi się o możliwym powrocie Kamila Wilczka do Piasta Gliwice.

Były król strzelców ekstraklasy i były reprezentant co prawda zapewnia, że się nie poddaje, ale na pytania o przyszłość nie jest w stanie odpowiedzieć w stu procentach. – Przed świętami trener powiedział mi, że mogę mieć problem z regularnym graniem, dlatego najlepiej będzie, jeżeli poszukam innego klubu, ale jeśli zostanę, to będzie mnie brał pod uwagę przy wyborze składu. To samo przekazał dyrektor sportowy mojemu agentowi. Problem w tym, że od tamtego czasu nastała cisza i trochę nie wiem co mnie czeka, a wkrótce zaczyna się liga. Sytuacja nie jest dla mnie łatwa, stała się trochę niejednoznaczna – przyznał niedawno piłkarz w rozmowie z portalem sportowefakty.wp.pl.

Napastnik w Kopenhadze gra od sierpnia 2020 roku. W obecnym sezonie zaliczył sześć meczów w lidze i strzelił jednego gola. W europejskich pucharach bilans jest ciut lepszy – pięć meczów i dwa gole. Poprawić statystyki będzie jednak trudno. Skoro więc 34-letni Wilczek ma marne szanse na grę w obecnym zespole, to momentalnie ruszyła lawina spekulacji, gdzie może trafić. Z uwagi na wiek i deklaracje z przeszłości, powrót do ekstraklasy, a konkretnie do Piasta, gdzie się wypromował i przeżył najlepsze chwile, stał się plotką numer jeden. – kilka razy mówiłem, że gdyby tak się miało stać, to Piast Gliwice miałby u mnie pierwszeństwo. Na takie decyzje przyjdzie jeszcze czas – powtarza Wilczek.

Rozmowa o Szewczence z Oleksandrem Szeweluchinem, 39-letnim Ukraińcem, byłym obrońcą Górnika Zabrze, obecnie II trenerem GKS-u Jastrzębie.

Co pomyślał pan sobie, słysząc pierwszy raz, że Andrij Szewczenko może zostać nowym selekcjonerem reprezentacji Polski?

– Wolę żyć konkretami, faktami – a wiadomo, że dziennikarze potrafią przerobić wszystkie opcje… Odebrałem tę pogłoskę jako jedną z nich. Teraz czytam, że temat jest coraz poważniejszy, choć prezes Kulesza prowadzi też rozmowy z innymi kandydatami. Ciekawie to wygląda, ale nie do końca potrafię uwierzyć, że Andrij Szewczenko obejmie reprezentację Polski.

Dlaczego?

– Z pewnością jest gotowy na takie wyzwanie, bo wcześniej z powodzeniem prowadził kadrę Ukrainy, ale to wszystko dzieje się trochę za szybko. Nie ma jeszcze zamkniętych wszystkich tematów w Genoi, nie rozwiązał kontraktu i pewnie może być trudno to załatwić. Jedną nogą jest tu, ale drugą tam. Nie wiemy wszystkiego. Podejrzewam, że jeśli faktycznie dogada się z PZPN, to zrobi wszystko, by jak najszybciej pożegnać się z Genoą.

Dla polskich kibiców to dobra wiadomość?

– Mieszkam w Polsce już 10 lat i zdążyłem się przekonać, że macie swój bardzo mocny – nazwę to – pozytywny nacjonalizm. Wszystko ma być dla kraju, dla Polaków. Ciekaw jestem, jak przyjmiecie Szewczenkę, jeśli obejmie tę posadę. Mówię często, że jako Polska i Ukraina jesteśmy krajami podobnymi do siebie. Patrzymy na sąsiadów z zachodu, czyli my – na Polskę. W sensie politycznym, rozwojowym, ekonomicznym… A wracając do piłki – Szewczenko ma już doświadczenie w pracy z reprezentacją. Udowodnił, że ma do tego predyspozycje.

Co o tym świadczy?

– Reprezentację Ukrainy zbudował od zera. Od samego fundamentu. Dostał carte blanche, totalnie wyremontował ją po trenerze Mychajło Fomence, którego był asystentem. Za ten remont należą mu się brawa. Stworzył młodą drużynę, postawił na innych zawodników. Dziś to bardziej selekcjoner niż trener klubowy, o czym świadczy doświadczenie, staż pracy. Pod tym kątem takiego wyboru bym się nie obawiał.

Nie ma drugiego takiego prezesa w Polsce jak Teodor Wawoczny! Mówi po japońsku, zna kilkadziesiąt hymnów, a przede wszystkim trzyma przy życiu „swój” Grunwald Ruda Śląska, z którym związany jest praktycznie przez całe życie.

H jak hymny

Znam ich kilkadziesiąt i… potrafię je zaśpiewać! Z czego się to wzięło? Niektóre hymny bardzo mi się podobały. W związku z tym, pisząc kronikę Grunwaldu – a robiłem to przez 20 parę lat lat, nocami, siedząc do 2.00 czy 3.00 – puszczałem sobie te hymny. Przez tydzień, miesiąc, pół roku… Dlatego znam i mogę zaśpiewać m.in. hymn chiński, japoński, indyjski, nowozelandzki, pakistański, ale oczywiście najwięcej europejskich, m.in. włoski, czeski, niemiecki, francuski, grecki. Sprawia mi to przyjemność.

I jak inne kluby

Objąłem Szombierki w kwietniu 1995 roku, kiedy sytuacja była beznadziejna, zespół ten grał wówczas na zapleczu ekstraklasy. Kiedy tam przychodziłem, trafiłem na fatalny terminarz, bo najpierw czekały nas mecze wyjazdowe, a potem z czołówką. Gdybyśmy ponieśli porażki, potracili punkty, byłoby po wszystkim. Wygraliśmy jednak z Radomiakiem 3:0 i to był początek dobrej serii zwieńczonej utrzymaniem. A jesienią 1995 roku, po pierwszej części sezonu, byliśmy na wysokim 4. miejscu, z szansą na awans do ekstraklasy; wchodziły wtedy dwa zespoły. Ponadto dotarliśmy do ćwierćfinału Pucharu Polski. Musiałem jednak stamtąd odejść, bo rudzka spółka postanowiła zbudować silny zespół w Rudzie Śląskiej. A potem był Myszków. Pojechałem zobaczyć mecz tego zespołu z Lechem Poznań. Moim zastępcą był Andrzej Tabaka, który był jednocześnie wiceprezesem Myszkowa. Po tym spotkaniu namawiano mnie, żebym na 5 kolejek przed końcem objął drużynę. Nie chciałem tego zrobić, mówiłem, żeby pan Kowalski to skończył. To był sezon 2000/01. Cztery mecze wygraliśmy. W przedostatniej kolejce idący jak burza Hetman Zamość niespodziewanie przegrał z nami 0:2. Sytuacja była taka, że gdybyśmy wygrali ostatni mecz, to zostalibyśmy w II lidze. Z kolei Hetman, który wiosną bardzo dobrze sobie radził, musiał wygrać w Bytomiu z Polonią. Ta, przegrywając ten mecz, spadała do III ligi. Tak że „mam na sumieniu” bytomską Polonię, bo Hetman wygrał tam 1:0. My też się utrzymaliśmy.

J jak Japonia

Zawsze marzyłem o tym, żeby nauczyć się języka japońskiego, ale nie było czasu. Kilka lat temu, będąc jak zwykle u nas na boisku, przypadkowo otworzyłem stronę z artykułem o Dianie Marszewskiej, której mama jest doktorem japonistyki, a ona sama od pierwszej klasy uczyła się w Japonii. Najpierw sam zacząłem przerabiać lekcje, a potem trafiłem do Azjatyckiego Centrum Językowego, które swoją siedzibę ma w Katowicach, przy ul. 3 Maja. Mówi się, że żeby nauczyć się tego języka, potrzeba trzech lat i dwóch lekcji w tygodniu. Ja uczęszczałem na zajęcia raz tygodniowo, bo czas nie pozwalał na więcej. Radzę sobie, mam zresztą stale kontakt z językiem, bo piszę do nauczycieli, którzy już z Polski wyjechali. Koji Yamamoto, Eichirou Hanafusa, Yukine Hanaoka, Shingo Shimizu… Ostatnio grała u nas, w Grunwaldzie, dwójka zawodników z Japonii – Kaiki Ozaki, Yu Ito. Niewykluczone, że ktoś do nas jeszcze stamtąd przyjedzie. Cały czas mam kontakt z menedżerem z Japonii, Takashi Morimoto z Tokio, który w Halembie gościł u nas już nieraz.

SUPER EXPRESS

Jan Tomaszewski niecierpliwi się w sprawie wyboru nowego selekcjonera.

 – Dla mnie jest to granie na czas, ale nie wiem dlaczego. Przecież wystarczyłoby podać nazwisko selekcjonera, a dopiero potem dogrywać szczegóły dotyczące sztabu. Oczywiście ten tydzień ani nas nie zbawi, ani nie pogrąży. Ale zagrywki Czarka Kuleszy są bardzo ciekawe. Nie wiadomo, czego on chce, ma własne zdanie, z którym sam się nie zgadza – podkreśla Tomaszewski.

Były reprezentant Polski nie jest też przekonany co do zatrudnienia Szewczenki. Nie chodzi mu jednak o dokonania trenerskie Ukraińca, ale o pieniądze, jakie miałby zarabiać. Chodzi nawet o 2,5 mln euro rocznie, czyli o trzy razy więcej, niż inkasował i tak świetnie opłacany Paulo Sousa.

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

26 komentarzy

Loading...