Reklama

Grałem w piłkę, żeby zapomnieć o głodzie. Jak mogłem marzyć o Manchesterze City?

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

01 grudnia 2020, 13:41 • 17 min czytania 19 komentarzy

W jego wiosce nie było prądu i bieżącej wody. Grał w piłkę, by zapomnieć o głodzie. Już sama gra w akademii mieszczącej się w stolicy Ghany była dla niego szokiem. A co dopiero transfer do Manchesteru City? Yaw Yeboah o szansie, jaką dostał od Boga, docenianiu tego, co się ma, indywidualnych treningach z Davidem Silvą, telefonie od Guardioli, wypożyczeniach, pomaganiu i korzeniach w biednej, afrykańskiej wiosce. Zapraszamy. 

Grałem w piłkę, żeby zapomnieć o głodzie. Jak mogłem marzyć o Manchesterze City?
Skąd pochodzisz?

Z Sefwi Kankyianbo. To mała wioska w Ghanie. Osiem godzin autobusem od Akry, stolicy.

Jak tam jest?

Gdy dorastałem, nie mieliśmy prądu i wody pitnej. Musieliśmy nabierać ją ze strumienia. Ludzie nie mają normalnego życia i perspektyw. W niedzielę odbywał się w naszej wiosce targ. Mama sprzedawała na nim warzywa, tak zarabiała na życie. Kładliśmy na ulicy buty, ustawialiśmy z nich bramki i graliśmy boso. Gdy jechał samochód, musieliśmy przestać. Odjeżdżał – graliśmy dalej. Kolejne boisko było przy szkole w wiosce. Nie miało żadnej trawy i łatwo było tam o zadrapanie. Na swoich kolanach mam masę blizn, właśnie z tego boiska. Gdy na nie patrzę, jestem dumny. Te blizny pokazują mi – patrz, gdzie zaczynałeś, patrz, skąd pochodzą.

Ciężko myśleć o dużej karierze, gdy rodzisz się w takim miejscu.

Grasz w piłkę całymi dniami, ale nie dlatego, że marzysz o karierze. Nawet nie dlatego, że to kochasz. Potrzebujesz robić cokolwiek, by zapomnieć o głodzie. Dzięki piłce nie myślałem, że nic nie zjadłem, albo że w domu nie ma wody. Nigdy nie marzyłem, że będę w grał w jakimś klubie w Ghanie. Jak mogłem w ogóle marzyć o Manchesterze City?

Zanim trafiłeś do City, wydostałeś się z wioski. Zacząłeś szkolić się w akademii Right to Dream.

Grałem w szkole na turniejach międzymiastowych. Wtedy mnie wypatrzyli ludzie z akademii. Zagaili: – Ej, jesteś dobry, możemy widzieć się z twoim tatą?

Reklama

Przedstawili mu, że chcą wziąć mnie ze sobą do akademii w Akrze. Tata się przestraszył. Nie znał tam nikogo, sam byłem bardzo mały, miałem opuścić dom tak szybko i wyjechać tak daleko. Tata mówił, że nie ma pieniędzy, by zapewnić mi taką akademię. Ustaliliśmy, że puści mnie na kilka miesięcy i zobaczymy. Jeśli będę chciał zostać, zostanę, jeśli wrócić, wrócę.

Nie mówiłem wtedy w ogóle po angielsku. Nie byłem przyzwyczajony do życia w mieście. Chłopaki z akademii mieli swoje telefony, a ja nie. Każdy miał też buty do grania. Ja nie miałem nic. Przywiozłem ze sobą tylko buty, które kupiłem w wiosce. Po miesiącu potrzebowałem już nowych. Dostałem od akademii buty Nike’a, które sprowadzono z Europy. Musieli mi je dać, bo nie miałem żadnych innych.

To były twoje pierwsze poważne buty do piłki?

Tak. Kładłem je na łóżku, koło poduszki. Spałem z nimi. Wpatrywałem się myśląc „wow, jakie piękne”. Nie mogłem się doczekać, by móc wyjść w nich potrenować. Chciałem, by to się stało jak najszybciej. Kiedyś nawet nie mogłem sobie czegoś takiego wymarzyć. A tu piękne, nowe buty Nike. Szalone uczucie.

Właścicielem akademii Right to Dream był Anglik, który ma też w swoim posiadaniu duński FC Nordsjælland. Zetknąłeś się w niej z europejskimi wzorcami?

Tak, panowała europejska mentalność. Zapewniano nam wszystko – jedzenie, miejsce do spania, sprzęt do grania i dobre warunki. Świetne boiska, świetną edukację. Wszytko wyglądało jak w europejskim klubie. Mieliśmy nauczycieli z Europy, tylko kilku pochodziło z Ghany. Większość chłopaków na początku nie mówiła po angielsku na tyle dobrze, by normalnie rozmawiać z nauczycielem z Anglii. W tej grupie byłem też ja. Gdy przyszedłem do akademii, nie mówiłem po angielsku w ogóle.

To oficjalny język w Ghanie.

Mamy wiele lokalnych, plemiennych języków. Nawet nie wiem, ile ich jest, naprawdę dużo. Po angielsku mówi się może tylko w Akrze – a ci, którzy nie mówią po angielsku, przynajmniej rozumieją. W mojej wiosce też obowiązywał lokalny język, z angielskim nie miałem nigdy wcześniej kontaktu. Początku nie rozumiałem niczego.

– What is your name?
– Yaw Yeboah.
– How are you?
– Fine. And you?

Reklama

I tyle było ze mną rozmowy. Uczyłem się języka. Od początku piłkarze byli szkoleni z takim nastawieniem, by poradzili sobie w Europie. Angielski był więc podstawą. Początkowo nie mówiłem nic, bo nie mieliśmy pozwolenia na używanie naszych plemiennych języków. Gdy cię przyłapali, dostawałeś karę – na przykład dodatkowy trening przez dwie godziny. Wtedy tego nie rozumiałem. Zastanawiałem się – dlaczego mnie karzą, skoro nigdy nie miałem styczności z angielskim?

Dziś widzę, że mi to pomogło, bo zmusiło mnie, by szybciej nauczyć się języka. W akademii szkolili nas nawet pod kątem wywiadów, uczyli, jak się wypowiadać. Gdy grałem w młodzieżówkach Ghany, miałem już pierwszą styczność z dziennikarzami. Akademia chciała, bym czuł się komfortowo przed kamerą. Szkolenie w Right to Dream działało dwutorowo – jeśli byłeś dobry w piłkę, mogłeś wyjechać do Europy grać, a jeśli dobrze się uczyłeś, mogłeś jechać na studia do Stanów Zjednoczonych. Na studia poleciała grupa ponad 40 chłopaków, teraz kilku z nich gra tam w piłkę. Ja wyróżniałem się w futbolu, a dzięki edukacji, wyjeżdżając do Manchesteru, potrafiłem już bardzo dobrze mówić po angielsku.

No właśnie, skoro wyjazd do Akry był dla ciebie jak podróż do innego świata, zastanawiam się, jak odebrałeś transfer do Manchesteru City. Co było początkowo najtrudniejsze?

Pogoda! No i jedzenie, które było zupełnie nowe. Musiałem przyzwyczaić się do sałatek i makaronów. Do Manchesteru nie wziąłem ze sobą kurtki, nie miałem telefonu. Tam nawet latem jest zimniej niż w Ghanie zimą. Było ciężko się zaadaptować, ale szybko sobie uświadomiłem: „Hej, przecież chciałeś tu być! Przecież jesteś tu dla rodziny, przyjaciół, ludzi z Ghany. Zapomnij o tym, że tu jest zła pogoda, bo od pogody się nie umiera. Dostałeś szansę. wykorzystaj ją”. Wiedziałem, że nie zmarnuję tej szansy. Pracowałem bardzo ciężko.

Jak często piłkarze z Right to Dream idą do Europy? Trenujesz tam w poczuciu, że jeśli się wyróżniasz, zawsze cię wypatrzą?

Tak. Jest łatwo, jeśli oczywiście bardzo się wyróżniasz. Około 2008-2009 roku byliśmy w Holandii na turnieju Nike Premier Cup. Było na nim wiele drużyn z Afryki, ale i topowych drużyn z całego świata – Boca Juniors, PSV, Ajax, Manchester City, Manchester United, Tottenham. Wypadłem dobrze. Zastanawiali się – kim jest ten chłopak? Po turnieju Manchester City nawiązał z nami współpracę. Każdego tygodnia był u nas ich skaut. Mogli wziąć od nas kilku piłkarzy. To była ogromna szansa dla każdego z nas. Musieliśmy się tylko skupić, ciężko pracować i przygotować się na to, że może pojawić się okazja wyjazdu. Być na nią gotowym. I to się stało. Pojechałem na testy z chłopakami z akademii City, wróciłem, potem znowu pojechałem do Anglii. Szalone.

Nie wyślą do Europy kogoś, kto mógłby sobie tam nie poradzić. Piłka to jedno – muszą być pewni, że masz w sobie dyscyplinę i respekt. W Europie nie reprezentujesz tylko siebie, ale też ludzi z akademii. Twoich braci. Niejako przecierasz szlaki – jeśli tobie się uda, wyjadą kolejni. Uczono nas, jak szanować innych i jak koncentrować się na piłce. Jeden z piłkarzy akademii Mohammed Kudus poszedł do Nordsjælland, a po dwóch latach trafił do Ajaksu za 9 milionów. Dzięki takim przykładom ludzie dowiadują się o naszej akademii i obserwują ją.

Nie jest łatwo wyjechać z Afryki do Europy, także z przyczyn życiowych – często są problemy z wizą, nie masz tam rodziny, nie znasz nikogo, zupełnie nowy świat. Gdy przyjdzie możliwość dla ciebie, musisz być gotowy. Ciężko pracować dla ludzi, którzy są za tobą. Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że jako 16-latek będę wyróżniającym się chłopakiem w kraju i trafię do tak dużego klubu, pomyślałbym, że to jakiś żart. Nie sądziłem nigdy, że będę wystarczająco dobry na jakiś klub w Ghanie. Gdy przyjechałem do akademii, nikt mnie przecież nie znał. Jestem chrześcijaninem. Zawsze mówię, że wszystko osiągnąłem dzięki Bogu. Nigdy nie marzyłem o grze w dużych klubach. A teraz jestem tutaj.

Jak ważna jest dla ciebie religia i Bóg?

Mocno wierzę w Boga. Mój tata jest pastorem w jednym z większych kościołów w Ghanie, ale też w mojej wiosce, więc to wzięło się z rodziny.

Jak wygląda posługa twojego taty? Co wyciągnąłeś z jego nauk?

Mój tata zna się na Piśmie Świętym. Wyjaśnia, jak Bóg stworzył świat i dlaczego. Pamiętam, gdy jeszcze żyłem w wiosce, w soboty zbierała się grupa ludzi w kościele, śpiewaliśmy pieśni, modliliśmy się, dziękowaliśmy Bogu. Potem mój tata wychodził na środek z Biblią, czytał fragmenty i o nich opowiadał.

Tata tłumaczy mi zawsze: nie myśl o pieniądzach, o samochodach, o domach, ponieważ jutro możesz umrzeć i stracić wszystko. Skup się na swoim życiu. Bóg ma dla ciebie miejsce po śmierci. Nie zabierzesz tam samochodu, ale zabierzesz to, jakim jesteś człowiekiem. Pieniądze sprawiają, że podejmujesz w życiu złe wybory. Kłamiesz, oszukujesz, byle się dorobić. Mam swój samochód i dom, ale nie gram w piłkę po to, by się dorobić. Wstając rano nie myślę „strzelaj gole, żeby zarobić więcej”. Robię to dla szczęścia. Gdy gram dobrze, jestem po prostu szczęśliwy. Co mi zostanie z dóbr materialnych, gdy odejdę z tego świata? Nie przywiązuję do nich wagi. Jako ludzie wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie oceniam ludzi przez pryzmat dobrego samochodu czy domu. Ważny jest uśmiech, ważny jest człowiek. Każdy wierzy na swój sposób, ja właśnie w taki.

Jak zareagowałeś, gdy dostałeś pierwsze większe pieniądze? Nie było problemów z racji tego, że wcześniej nigdy nie miałeś zbyt wiele?

Nie, bo jak mówiłem – wiem, skąd pochodzę. I wiem, komu muszę pomóc dzięki temu, że zarabiam pieniądze. Cały czas wspieram rodzinę, ale też ludzi z Ghany, którzy nie mają zbyt wiele. Nie wiesz, jakie to uczucie, gdy nie masz zupełnie niczego, prawda?

Nie wiem.

A ja się urodziłem w takim miejscu. Dlatego muszę pomagać. Nie miałem dobrego jedzenia, czasem nie miałem żadnego. Jak mówiłem – grałem w piłkę, by nie myśleć o głodzie. To naprawdę straszne uczucie nie mieć niczego. Próbuję pomagać tak, jak tylko mogę. Mogę odkładać wszystkie pieniądze na koncie, ale gdy jutro mnie zabraknie, co wtedy? Co mi po tych pieniądzach? Kto wie, co się zdarzy, gdy pójdziesz spać?

Zobacz, Kobe Bryant miał masę pieniędzy. Jeden wypadek i go nie ma. Jego samochody, domy, karty kredytowe – przecież nie zabrał tego ze sobą. Więc dlaczego stresujemy się tym, by posiadać jak najwięcej? Wolę sprawiać, by ludzie, którzy nie mają nic, którzy mi kiedyś pomagali, mieli choć trochę szczęścia. Bo to zostanie ze mną na zawsze. Miłość i opieka – to jedyne, czego potrzebujemy. Oddaję około 60% tego, co zarobię. Kiedy skończę karierę, z tych 40% nadal będę mógł dobrze żyć. Wystarczy mi, że ludzie wokół będą szczęśliwi. Im często nie potrzeba wiele. Wystarczy, że będą mieli co jeść.

Jak jeszcze pomagasz?

Przykład – mogę kupić komuś w Ghanie samochód, który będzie służył za taksówkę. Dzięki temu ktoś może zarobić na rodzinę. Umawiamy się – kiedy już zarobisz, za kilka lat oddasz mi za tę taksówkę. Dzięki temu może zarabiać na rodzinę, a bez taksówki nie miałby perspektyw. Wykorzystałem możliwości, jakie były mi dane. Gdybym tego nie zrobił, żyłbym dziś w wiosce jak wielu moich przyjaciół i zastanawiał się, skąd wziąć na jedzenie. Ale gdy wracam do Ghany, rodzice nie patrzą na mnie przez pryzmat pieniędzy. Cieszą się, że widzą moją twarz.

Nigdy nie chodziłem do dobrej szkoły, nie byłem na studiach. Moje myślenie rozwinęło się dzięki Bogu i Biblii. Pomógł mi zrozumieć, co jest najważniejsze w życiu. Jutro odnoszę kontuzję, nie gram nigdzie, nie mam pieniędzy. Ludzie mówiliby – grał tu i tu, miał tak dużo, a już nic nie ma. I co z tego? Nadal jestem takim samym człowiekiem. Ludzie walczą ze sobą, są wojny, zabijają się. Głowy państw mają wrogie nastawienie do innych. Było w Afryce wiele takich historii. To szalone, żeby o tym myśleć. Czasem myślę sobie – co się dzieje z tym światem? Próbuję zrozumieć świat, w którym żyjemy. Wolałbym widzieć tylko uśmiechniętych ludzi. Gdy wstaję rano, od razu zapraszam Boga do mojego życia. Modlę się o ochronę przed kontuzjami. I myślę, że to działa. Bóg niejako pracuje dla mnie. Od kiedy gram w piłkę, nigdy nie miałem poważniejszego urazu. Religia ma ogromny wpływ na moje życie.

Jaki był plan City na ciebie i twoją karierę?

Mieli naprawdę duże plany. Często dostawałem szansę trenowania z pierwszym zespołem. Dawało mi to pewność siebie, czułem, że mogę się pokazać. Jedna rzecz była trudna – nie miałem stałego pozwolenia na pracę w Anglii. Jedyne, co mogli zrobić, to wysyłać mnie na wypożyczenia. Byłem w Lille, Twente i Realu Oviedo. Mówili, że może komuś wpadnę w oko i ten zechce mnie wykupić, a jeśli się uda, to zostanę w Premier League. Wypożyczenie do Lille było wielką sprawą dla chłopaka z Ghany. Ligue 1, wielu kibiców. Ale brakowało mi w tym wszystkim stabilności. Każdego sezonu musiałem ruszać w nowe miejsce, do nowej ligi, do której musiałem się zaadaptować, bo każda liga ma inny styl.

Uznałeś, że na dłuższą metę nie ma to sensu i w końcu opuściłeś Manchester City.

W Manchesterze było świetnie. Wyobraź sobie to uczucie – wracasz do wioski i ludzie wiedzą, że grałeś przeciwko Messiemu, trenujesz z Davidem Silvą. Ale musiałem znaleźć nowe miejsce, w którym mogłem osiągnąć to, czego nie miałem w Manchesterze. City pomogło mi się rozwinąć dzięki wypożyczeniom. Odejście było trudne, ale to był dobry wybór. Wciąż nie miałem tego pozwolenia na pracę, więc i tak bym nie grał. Gdybym tam został, przez dziesięć lat mógłbym chodzić po wypożyczeniach. Potrzebowałem klubu, o którym powiedziałbym „to mój dom”. Dla 18-latka wypożyczenia są OK, ale gdy masz 21 lat, musisz mieć już stabilne miejsce. Zwłaszcza, że na wypożyczeniach jest trudno. Kluby mają swoich piłkarzy, nawet jeśli nie są tak dobrzy jak ty, to wolą na nich stawiać, bo na tym zarobią. To biznes, jak cała piłka. Po trzech latach wypożyczeń powiedziałem: wystarczy.

Jak wyglądały treningi z pierwszą drużyną City? Czułeś kiedyś, że możesz dostać tam prawdziwą szansę?

Pamiętam, byłem bardzo młody i oglądałem Balotellego albo Robinho w City. Potem przyszły czasy Yaya Toure i Kompany’ego. A za kilka lat wylądowałem z nimi na jednym treningu. Chciałem się uczyć od nich jak najwięcej. Najwięcej dało mi podpatrywanie Davida Silvy i Gaela Clichy’ego. Fajne było to, że gdy jako młody chłopak traciłeś piłkę, słyszałeś od nich:

– Hej, come on! Nic się nie stało, próbuj dalej! Kiwaj, przecież potrafisz!

Gdyby nie takie słowa, twoja pewność siebie od razu szłaby w dół. A oni nas budowali. Straciłeś piłkę? „Jest OK, próbuj dalej”. Nie było tak, że ktoś się na mnie wydarł po nieudanym zagraniu. To profesjonaliści. I rozumieją, że młody chłopak czasem popełnia błędy, ale nie mogą przez to zabić jego rozwoju. Raczej zachęcają.

Kto był najbardziej pomocny? Kto cię inspirował?

Mógłbym powiedzieć, że wszyscy. Każdy rozmawiał ze mną na treningu, każdy pomagał młodym na co dzień. Czułeś wsparcie. Mówili, że mamy umiejętności i mamy próbować. Byłem zbyt młody, by kumplować się przykładowo z Kompanym, jechać z nim po treningu do domu. Ma swoje życie. Na boisku każdy był liderem, gwiazdą. Kogo podpatrywałem? Jestem lewonożny, więc najbardziej Davida Silvę. Mówiłem sobie – wow, chcę być jak on. Miał wszystko. W ogóle nie tracił piłek.

Miałeś z nim indywidualne treningi, ale nie tylko z nim.

Czasem po treningu mówili „chciałbym potrenować grę na jeden kontakt” albo „chcę potrenować strzały”. Podchodzili wtedy do młodych chłopaków:

– Hej, chciałbyś może powrzucać?

Kompany’emu wrzucałem na przykład na główki, a Aguero na strzały. Potem zdarzało się, że zamienialiśmy się rolami i to oni mi wrzucali. Spełnienie marzeń. Czasem dzwonił do mnie David Silva, żebym przyjechał, bo chce pokopać. Teraz jest inaczej. W Manchesterze jest zatrudnionych wielu trenerów i to oni pomagają przy dodatkowych treningach.

Dzwonił do ciebie też kiedyś sam Pep Guardiola, gdy byłeś na wypożyczeniu. Mówił ci, żebyś wracał, bo chce cię sprawdzić.

Zaliczyłem dobry sezon w Holandii i byłem wtedy jednym z najlepszych wypożyczonych zawodników. Guardiola wyselekcjonował mnie do grupy kilku piłkarzy, którym chce się przyjrzeć. Zaprosił mnie na obóz przygotowawczy. Ale nie trenowałem u niego zbyt dużo, bo szybko odszedłem z Manchesteru na kolejne wypożyczenie. Nie było sensu, bym zostawał na tym obozie, bo i tak wiedziałem, że pewnie nie będę miał szansy, by się przebić. Wolałem szybciej zaadaptować się do nowego klubu, Realu Oviedo.

Trenowałeś też z Yayą Toure i Emmanuelem Adebayorem. Jak wielką inspiracją dla afrykańskich dzieciaków są takie postaci?

Ogromną. Czego można się od nich nauczyć? Dyscypliny. Ciężko pracowali, mając świadomość, skąd pochodzą. Wiedzieli, jaka odpowiedzialność na nich spoczywa. Wiedzieli, że pracują dla samych siebie, ale też dla całego kontynentu. Dzięki nim europejskie kluby o wiele chętniej sięgają po graczy z Afryki. Możesz teraz zobaczyć, ilu afrykańskich piłkarzy gra w Europie.

Chcę wychodzić z podobnego założenia – pracuję dla siebie, ale też dla moich braci w Afryce. Może dzięki mnie ktoś kiedyś powie: „może sprawdźmy, czy w Afryce jest więcej takich jak Yeboahów?” Oni napisali historię. Dla mnie to legendy.

Podobnie jak oni, czujesz odpowiedzialność za twój kraj? Twój sukces może pociągnąć w górę także innych?

To dla mnie wciąż nie do wiary, że jestem tu, gdzie jestem. Zawsze gdy wracam do swojej wioski, ludzie są ze mnie dumni. Gdy słyszą moje nazwisko podczas meczów reprezentacji, albo gdy zostałem wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem mistrzostw Afryki U-20, wszyscy byli zachwyceni. Moja rodzina wciąż tam mieszka. Wszyscy w wiosce doceniają, że jestem wciąż pokorny, nie zmieniłem się i mam dalej bliski kontakt rodziną. Bo pamiętam, skąd jestem. Pojechałem tam niedługo po powołaniu do reprezentacji. Ludzie dziwili się: wow, reprezentant, a taki skromny, taki dobry dla mamy.

Ludzie z wioski myślą sobie o mnie – skoro jemu udało się tak dużo, dlaczego mi ma się nie udać? Przecież jest taki sam, jednym z nas. Czuję szczęście widząc, że mają takie nastawienie. Zawsze wracam do wioski. Po to, by samemu sobie powiedzieć – Yeboah, patrz skąd pochodzisz. Wracasz tu, żeby o tym nigdy nie zapomnieć. I dostrzegać, jak dużo dał ci Bóg. To ogromna motywacja.

Tak samo myśli Michael Essien, z którym spotkałem się, gdy Manchester City grał z Chelsea. Powiedzieli mu, że jest na meczu kilku chłopaków z Ghany i jeśli może, niech podejdzie na chwilę. Wpajał nam, że trzeba ciężko pracować i nigdy nie zapomnieć, skąd się pochodzi. Bo ilu ludzi z Ghany miało taka szansę, jak my? On też, jak my wszyscy, pracował dla tych, którzy są za nim. Nie potrzebuję oferty z Barcelony, by być szczęśliwym. Dla mnie takim samym szczęściem mogą być dwa gole w derbach z Cracovią. Doceniam wszystko, co mam w życiu.

Dlaczego tak właściwie zdecydowałeś się na Wisłę?

Przyszedłem tu, bo to jeden z największych klubów w Polsce. O wielkiej historii. Czytałem o niej dużo, zanim tu przyszedłem. Wisła grała z Barceloną i Realem, oglądałem skróty tych meczów na YouTube. Chcę być częścią tej pięknej historii. Chcę spróbować różnych miejsc. Za każdą ofertę jestem wdzięczny. Miałem też propozycje z innych krajów, również z Hiszpanii, ale wybrałem Wisłę. Także ze względu na świetnych kibiców. Gdy przyjechałem do Krakowa, opowiadano mi o piłkarzu z Nigerii, który grał tu przed laty. Może gdy za kilka lat trafi tu chłopak z Ghany i ktoś powie, że w Wiśle grał Yaw Yeboah? Jestem pewien, że w swoich poprzednich klubach jakoś zostanę zapamiętany. Gdybym nic w nich nie znaczył, pewnie dziś byłbym z powrotem w Ghanie. Zawsze staram się uczyć na swoich błędach, one czynią mnie silniejszym.

Jakie największe błędy popełniłeś?

Nie skupiam się na nich. Po prostu staram się je korygować i zapominam. Jasne, jest wiele boiskowych rzeczy, czasem myślę sobie: jak mogłem zmarnować tę sytuację?! Ale czy popełniłem jakieś błędy w karierze? Gdy zaczynam się nad tym zastanawiać, przypominam sobie, skąd pochodzę. Przypominam sobie o wodzie ze strumienia i głodzie. I wtedy nie postrzegam żadnej swojej decyzji jako pomyłki. Zwłaszcza, że lepsi ode mnie nie mają żadnego klubu.

Jednemu jest przeznaczona Liga Mistrzów, drugiemu mistrzostwo świata, trzeciemu coś innego. Każdy ma swój czas. I wierzę, że i ja to osiągnę – Ligę Mistrzów, mistrzostwo świata – zanim opuszczę ten świat. Ciężko pracuję i czekam. Mogłem wstawać wcześnie rano i pracować fizycznie w mojej wiosce, żeby mieć cokolwiek do jedzenia. Chodzić nad ranem zrywać owoce, sprzedawać je na bazarze, a potem usłyszeć, że dziś niczego do jedzenia nie dostaniesz, bo zbyt mało sprzedałeś. Dlatego cieszę się piłką i ciężko pracuję. Piłka dziś jest dla mnie jak jedzenie i wszystkie doświadczenia czynią mnie silnym. Czasem pytają mnie – dlaczego zrobiłeś to, dlaczego podjąłeś takie, a nie inne decyzje? Jeśli mam być szczery – nie żałuję niczego, bo zawsze patrzę do tyłu. Nie do Manchesteru City, a do miejsca, w którym zaczynałem. Pochodzę z wioski, w której nie było wody i prądu. Jestem wdzięczny za wszystko, co mam.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

fot. newspix.pl

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Cały na biało

Polecane

Jonah Lomu. Wybryk natury, który odmienił rugby

redakcja
3
Jonah Lomu. Wybryk natury, który odmienił rugby
Ekstraklasa

Adrian Siemieniec: Pracowałem za 500 złotych. Ale za darmo też bym to robił [WYWIAD]

31
Adrian Siemieniec: Pracowałem za 500 złotych. Ale za darmo też bym to robił [WYWIAD]
Ekstraklasa

Pracoholizm, zaufanie Papszuna, bójka z kierownikiem. Goncalo Feio w Rakowie

Szymon Janczyk
19
Pracoholizm, zaufanie Papszuna, bójka z kierownikiem. Goncalo Feio w Rakowie

Komentarze

19 komentarzy

Loading...