Najlepsze Atletico w historii, najlepszy Real w sezonie i… najgorszy tydzień Barcy. Bez Messiego. Bez idei i zaskoczenia. Bez wiary, że pierwsze potknięcie zamiast pogrążyć musi przecież wzmocnić. Zza rogu niebezpiecznie zagląda historia z poprzedniego sezonu – im więcej punktów, tym mniej gry – w piłkę, a nie w chodzonego. Przed Gerardo Martino właśnie najtrudniejsze zadanie w jego krótkiej, 4-miesięcznej karierze w Barcelonie. Niech patrzy przed siebie, podejmuje odważne decyzje, odcina się od przeszłość. Ze spadku po Guardioli nie wiele się już da wygrzebać. Co gorsza, można się skaleczyć.
Długo zastanawiałem się nad tytułem tego felietonu. Nowy pomysł za każdym razem brzmiał jeszcze mroczniej niż poprzedni: „Niewolnicy idei”, „Skażone dziedzictwo”, „Sieroty Guardioli”… Po co jednak wysilać się na tani poetycki patos, skoro przecież dyskutujemy o „problemach” świata piłki kopanej. W Katalonii pewnie pasowałoby jak ulał, bo tam po pierwszej ligowej porażce w sezonie (w 15 kolejce!) jakby świat się… jeżeli nie skończył, to przynajmniej zawalił. Katalończycy już tacy są – załamują się po pierwszym niepowodzeniu. „Remuntady” – choć nie wiem jak bardzo by w nie wierzyli – nie są częścią ich mentalności. Ostatnio świetnie im natomiast wychodzi wcielanie się w zawodowych grabarzy trenerów i w ogóle spuszczanie sobie z krzyża przy jednoczesnym wspominaniu złotej ery „Pep Teamu”. Im, i pewnie wielu z Was, nikt nie przetłumaczy, że „porównywanie czegoś nieporównywalnego”, nie ma najmniejszego sensu.

Życie jak w Madrycie. Więcej niż porażka

A propos tytułu, to ostatecznie zdecydowałem się na grę słów. Celowo nawiązując do motta Barcy. Porażka w Bilbao potwierdziła moje obawy opisane zresztą w komentarzu po zwycięskim El Clasico:

„Barca wydaje się drużyną w stagnacji, po omacku szukającej ewolucji. Martino nie ma prawa zburzyć pomników Pepa i Tito, więc wprowadza kosmetyczne zmiany. Argentyńczykowi ratują skórę punkty, ale w kryzysowych momentach brakuje mu plan B. Wyjścia awaryjnego w razie pożaru… W Pampelunie i Mediolanie widać było zastój, zablokowane schematy, brak reakcji na wydarzenia, jakiejś podpowiedzi z ławki. W drugiej połowie El Clasico Iniesta i Xavi oddali piłkę i inicjatywę rywalowi, cofnęli się. Odsunęli na bok filozofię „seny” i pryncypia taktyczne. Chcieli tylko utrzymać wynik, być lepsi od rywala choćby o tego jednego gola. Sól piłki, jakby obca na Camp Nou w ostatnich 5 latach”.

Kurs, że Real bez problemu upora się za kilka dni z Osasuną -> 1.23 w BET-AT-HOME. Kliknij aby się zarejestrować i obstawić zakład >>

Cytat jest sprzed miesiąca. Po drodze było jeszcze kilka wygranych meczów, kilka szarż ułańskich Messiego. Przyszedł grudzień, a Barca dalej stoi w miejscu. Człapie, przykrywając rzeczywistość płachtą rezultatów. Pewnie, że gdyby na San Mames wystąpił Valdes, to piłka łatwiej i dokładniej byłaby wprowadzana do gry, oczywiście, że ze zdrowym Alvesem w ataku stworzyłaby się przewaga, że wreszcie z Leo Barca, przy prawie 70-procentowym posiadaniu, wbiłaby Baskom do przerwy trzy gole, a po przerwie kolejne trzy z Iturraspe pod przymusowym prysznicem. Istotne detale – zgoda, ale nikt dziś z ręką na sercu nie wmówi milionom kibiców Barcy na całym świecie, że wiosna będzie lepsza niż jesień, że będzie wybitna, niepowtarzalna.

Notowania Martino w hiszpańskich mediach są w tej chwili o niebo lepsze niż na ulicach Barcelony. Nie da się zakneblować ust katalońskiej opinii publicznej. Każdy kolejny trener Barcy będzie bezwzględnie stawiany pod pręgierzem pamięci Guardioli. Zaciągnęli pod niego Tito, czas na… „Tatę”. Los Cules w swoich postulatach żądają maksimum zaangażowania, pressingu, dominacji nad piłką i rywalem. Ł»ądają spektakli z fajerwerkami nawet za cenę kruchości w defensywie. Ciężko jest się pogodzić z faktem, że to Bayern wyznacza dziś w Europie piłkarskie kanony. Uwiera okrutnie, kiedy po 5 latach przestajesz być wzorem do naśladowania. Kiedy grę twojej drużyny coraz rzadziej ocenia się przy użyciu rzeczowników na „e” – estetyka i etyka. Kibiciom Barcy na nic sensowny mówca, zdolny jasno wyjaśniać zawiłości taktyczne. Chcą mieć fanatyka, zwierzaka kąsającego przy linii bocznej. Kogoś, kto naoliwi tę zardzewiałą maszynę, wpuści trochę świeżego powietrza do stęchłego klimatu.

Mistrz Hiszpanii w całym 2013 roku wygląda dokładnie tak, jak obrazowo określił to Ruben Uria w swoim felietonie „To wasza Barca”: „Po wygraniu wszystkiego, co było do wygrania, niektórzy myśleli, że kolejna wspinaczka na szczyt Everestu, będzie bułką z masłem. Zapomnieli tylko o tlenie…”.

Ten tlen, to nie tylko wypalenie liderów: Xaviego, Alvesa, Pique, wahania formy Iniesty, Fabregasa i Pedro oraz perypetie Messiego i Puyola. To przede wszystkim brak od trzech sezonów jakiegokolwiek logicznego planu przebudowy i rozbudowy zespołu. Rosell w tej swojej antyguardiolowej krucjacie systematycznego pozbywania się relikwii po Pepie, zamiast rewolucji dzielnie przykłada się do destrukcji. Transferowe berło wręczone Zubizarrecie poskutkowało tym, że dziś w bramce za Valdesa stoi 38-letni Pinto, hat-triki za Messiego ma strzelać Fabregas, a na środku defensywy od trzech lat „z konieczności” gra pomocnik. Nikt się już nawet nie łudzi, że wkrótce środkiem pola na Camp Nou będą rządzili: Gundogan, Pjanić czy Verratti, a za solidną obronę wezmą się wreszcie: Hummels, Thiago Silva czy inny Vertonghen. Grzech zaniechania na rynku transferowym Barcy powoli staje się grzechem powszednim. A statystyki coraz bardziej wiekowych Xaviego i Iniesty spadają z roku na rok na łeb i szyję. W tym sezonie obaj mają po JEDNEJ asyście w 15 meczach ligowych. Według wyliczeń dziennika „El Mundo” celność podań Andresa spadła z 65% w ubiegłym sezonie do 54% w obecnym.

Nie o cyferki tu jednak chodzi, a o jasne postawienie sprawy: Dalej brniemy w maniakalne posiadanie piłki i tiki-takę? Jeżeli tak, to z tymi samymi, wypalonymi mistrzami, czy dokupujemy nowych i czekamy na kolejny wysyp talentów z La Masii? A może jednak zaczynamy od zera – ściągamy, jak w Realu, najlepszych młodych wilków i uprawiamy kontratak zamiast kontroli, podajemy prostopadle zamiast w poprzek? W długiej historii Barcy podobne pytania zadawano sobie przed każdym nadchodzącym cyklem i po nim. W latach 50. postawiono na magię i gole Kubali oraz resztę węgierskiego zaciągu – z sukcesami. W 60-70 udało się wygrać tylko jedną ligę, choć w klubie pojawił się taki gigant jak Cruyff. W latach 80. zaczęto wydawać miliony pesećtas i płakać z powodu sędziowskich kradzieży. W 90. przeprowadzili rewolucję w europejskim futbolu, aby w nowym już wieku, doprowadzić świat do zbiorowego orgazmu. Czas na nowy cykl, czas pisać nową historię.

Nie wiem czy Martino jest nowym Bobbym Robsonem. Nie odważę się ocenić czy spuścizna po Cruyffie była łatwiejsza do opanowania, niż ta po Guardioli. Wiem natomiast, że posada w Barcy spadła na „Tatę” mniej więcej jak ten śnieg w Madrycie przed tygodniem. Argentyńczyk teoretycznie miał za zadanie odzyskać esencję futbolu osiągniętego przez Barcę Guardioli – powrócić do duszącego pressingu, wzmocnić intensywność i dynamikę gry oraz uszczelnić obronę. Dla nowego trenera Barcy nic nowego, w końcu taki styl prezentowało jego Newell’s Old Boys. W praktyce, Martino zaczął odkrywać zalety kontrataku, długich podań i szybko kończonych akcji. Z czasem do gustu przypadły mu też wyniki i kunktatorstwo. Błyskawicznie nauczył się też alfabetu szatni i układów w niej panujących. Świętych krów się nie tyka – choć te tak bardzo zajechane fizycznie i wygodnie usadzone w post-guardioliźmie. Naprawdę trudno jest posadzić na ławie Pique czy krajana Mascherano. Nawet, jeżeli młody Bartra jest w tej chwili od nich w o klasę lepszej formie. Najpierw hierarchia, dopiero później niepopularne decyzje.

A rywale przyczajeni tuż za katalońskimi plecami tylko zacierają ręce. Atletico z wykupionym z Barcy za 2,1 miliona euro Villą i Real strzelający 12 goli w 2,5 meczu bez Cristiano. Oj, będzie się działo.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii

Twitter: @rafa_lebiedz24