Miałem dziś zrobić eksperyment, mianowicie zniknąć. Tak, wiem, mnóstwo dziennikarzy czeka na swoją chwilę. Tyle że ja takich nie widzę. Dziennikarstwo niezależne, odważne, ginie i to widać, słychać i czuć, komentatorem roku został własnie znany kobieciarz, czyli Babiarz…A na pierwszej stronie Faktu, największej gazety w Polsce jest jeden sportowy wynik. 11 promili we krwi, i przeżycie! Ale to nie ja, ani drużyna futbolowa Millwall po meczu, tylko jakaś kobiecina z Goleniowa. Jak ustalili reporterzy – w domu miała kwiatki w doniczkach i nawet firanki. Porządna.
Ha, tak to wszystko upada, zostaje suche relacjonowanie wyników i przepowiednie walące się zawsze w 90 minucie.

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Jak to było w prawie Kopernika? Zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. Wszędzie.

Ja to bym do Faktu wziął Kmiecika, tylko. Miałem stamtąd ofertę, do pisania o polityce. Ale mieli za mało pieniędzy. Niech zbierają:)

*

Dziś nawet newsa trudno sprzedać. Mnie w tym roku udało się powiedzieć na antenie, że Franek Smuda idzie do Regensburga. Wiadomości miałem od kumpla, który przygotował transfer i nawet kupował bilety na samolot. Ale koledzy zadzwonili do Franka, a on – że nigdzie się nie wybiera.

No to cały dzień dementowali moją najprawdziwszą informację i newsa popsuli.

Bywa.

*

Ł»eby jednak pokazać, w czym bogatsze było życie dziennikarzy dawniej, bo nie odpalaliśmy laptopów tylko ruszaliśmy w miasto, moja najfajniejsza wyprawa.

Do Ostrawy, na mecz z Czechami, oczywiście przegrany. To tam padło słynne pytanie Atlasa do Piechniczka: „Przepraszam, ale na jakiej pozycji grał Krzysztof Warzycha i po co?”.

Jedziemy polonezem, pożyczonym w FSO, w czterech. Andrzejowie Janisz i Karczewski (Radio, PAP), Waldek Skorupka (Sztandar) no i ja, zdaje się Superak. Przed granicą krótki masaż (bierze połowa, ta bez kompleksu małego członka), tuż za granicą załadowanie bagażnika tanimi czeskimi  becherowkami i wiskaczami. Idziemy na mecz, oczywiście w plecy, ale pocieszamy się na bankiecie, jest bogato i na biało.

No i wychodzimy przed stadion, w czterech. W naszym polonezie… ktoś siedzi i majstruje przy kierownicy. Jak nas zobaczył – nagle wysiada i zaczyna uciekać!

Karczewski w pościg, ja za nim, za mną reszta. Wysoki facet niebezpiecznie zaczyna się oddalać. Wtedy Andrzej, jak rugbysta szarżą na nogi, łapie gościa, i obaj staczają się z kilkumetrowych, betonowych schodów.

Pierwszy wstaje złodziej, ale jest otumaniony. Podbiegam, zakładam duszenie (zwane dawniej krawatem), no i on po dziesięciu sekundach odpływa…

Wtedy podbiega Skorupka. I jak nie zacznie katować tego złodziejaszka, którego ja wciąż obezwładniam, nie wiem czy nie ma noża… I kopy w brzuchy, i na nery, i w głowę z dyńki, i z kolana. I krzyki – karate chuju!

Pewnie by go zakatował, ale nadbiega policja. I jeden, najwyższy rangą, wprawnie zakłada kajdanki temu złoczyńcy. No i mówi: Proszę Panów, od dawna obserwujemy szajkę złodziei samochodów, ale nigdy żadnego nie złapaliśmy na gorącym uczynku. Ten jest pierwszy. Zgodzicie się złożyć zeznania?

Ja: Oczywiście, ale niech pan wezwie karetkę do kolegi, nieprzytomny leży na schodach!

Patrzymy z bliska – Karcz ma zdarte całe ubranie, i co gorsza skórę na rękach i na całej twarzy. Krew leje się jak z zarzynanego prosiaka…

Karetka przyjeżdża za chwilę, zabierają go, a złodziej i my na komendę, zeznawać…

Ale woła mnie na bok Skorupka. Widzisz tych facetów na moście? Właśnie spytali, czy za tysiąc koron nie odstąpimy od zeznań.

No i co?

No i wziąłem!

Przeraziłem się. No bo jak Andrzej umrze, a to możliwe, to nawet rodzina odszkodowania nie dostanie. I mówię – jedziemy zeznawać…

Skorupka blady, trzyma te pieniądze, ale jedzie. Coś tłumaczy, że tysiąc będzie na dobrą kolację, no ale ja nie ulegam. Co innego może, jakby dali więcej…

Dojeżdżamy naszym polonezem na komendę. Za nami ci bandyci z mostu, ale zatrzymują się kawałek dalej. Idziemy zeznawać, z tym w kajdankach. Ale komenda zajęta, pełno polskich kibiców poprzypinanych do kaloryferów, każą czekać.

No to my na parking. I bagażnik w górę. Skorupka, Janisz, ja. Karczewski gdzieś w szpitalu. Na górce bandyci, którzy dali kasę za milczenie. Nie bardzo wiemy co robić. No to co? Jedna flaszka, druga flaszka, trzecia i czwarta. Po dwóch godzinach na parkingu jesteśmy zdemolowani.

W końcu zeznajemy. Już po wszystkim proszę policjanta o eskortę do granicy. On wie, że tamci czekają (nie wie o kasie), więc dwa radiowozy szykują nam eskortę. No i mamy jechać, ale… nikomu nie udaje się wyłączyć immobilizera, choć próbujemy wszyscy po kolei.

Bo wszyscy kompletnie pijani, przy policji, która podaje wciąż i wciąż wypadające z rąk kluczyki…

No i nagle ratunek – przyjeżdża karetka. A z niej wynoszą faceta całego obwiniętego w bandaże, z ręką na temblaku, i twarzą jak Frankenstein.

Mówię: Andrzej, musisz jechać. My nie potrafimy.

I ten zmasakrowany Andrzej odpala poloneza i pięknie jedziemy do granicy, z eskortą i policji, i bandytów. Na granicy szczęśliwie bandyci zawracają.

Pytam Andrzeja czemu tak bohatersko szarżował na tamtego… Odparł: Myślałem, że chuj zajebie mi redakcyjną komórkę, nowa, a zostawiłem w aucie!

No dobra, za granicą kolacja na koszt tego czeskiego gangu, i jakiś tam masażâ€¦

No i Waldek Skorupka, serdeczny przyjaciel, odprowadza uratowanego poloneza do FSO. I Pani, która go użyczyła nam, dziennikarzom, no więc tej Pani chwali się:- Chcieli nam go ukraść w Czechach, ale nie pozwoliliśmy!

A ona: – No i coście kurwa najlepszego zrobili!!! Ja mam tu na placu półtora tysiąca tych złomów! I wszystkie ubezpieczone! Przynajmniej jednego bym się pozbyła!

Ha, takiego dziennikarstwa już nie ma. Tylko ctrl c i ctrl v, czyli dziennikarstwo kontrolowano-przeklejane.

Oczywiście każdy z nas zrobił co swoje, bo praca nie cierpiała nigdy. Tylko my.

*

Uff, przynudziłem, ale reżyser Zanussi też często Zanudzi. Parę razy napomknąłem – za granicąâ€¦

Ostatnio natknąłem się na ten zwrot. Prezes Kosecki przepytał Fornalika,  bo prezes Boniek byłâ€¦ za granicą. Tak się zastanowiłem – jakie za granicą? Od kiedy mamy układ z Schengen granic nie ma i siedząc w Rzymie Zibi jest tak samo w Polsce, jak gdyby przyjechał do mnie do Mielna. I nawet bliżej do Warszawy. Świat Europy jest jeden.

No, chyba że pojechał na Seszele, ale toby oznaczało, że złoży rezygnację, jak kiedyś.

*

Kolega mówi, że najbardziej pechowy piłkarz w Polsce to Wojtek Szymanek. Bo gdzie nie pójdzie, to od razu plajta (coś jak ten wódz indiański w Paragrafie 22, tylko a rebours  – tamten gdzie nie pojechał, zaraz tryskała ropa naftowa).

No więc jak ten Wojtek taki pechowy – to może do Barcelony go podesłać? Albo od razu na Kreml?

*

Chciałem wczoraj obejrzeć mecz Widzewa z Polonią i godzinę błąkałem się po kanałach nc+, faktycznie wymieszane od wczoraj nieludzko. Na szczęście doczytałem się, jednak, że ten mecz… dopiero w poniedziałek – no to może się dokopię.

*

Cracovia dwa razy w plecy, 0:5. Myśle, że to kara boska za to chamstwo podczas minuty ciszy dla kibiców Lechii.

Jak mawia mój przyjaciel Łupek z Lecha: Bozia ma okienko!

Tak po poznańsku mówi: Okieńko!

*

A Flota wciąż pod wodę. Zawieszono obcokrajowców, pewnie żeby wzrosło morale u Polaków. Ale z tego co wiem, to najwięcej fermentu, rwania do bójek i wrzasków jest dziełem bramkarza. ADHD. Kiedyś rozwinę, ale ja z takim typem nie chciałbym grać nigdy.

*

Może poniewczasie, ale wobec kolejnych gadek jak to na trybunach niebezpiecznie – manewry policji w Berlinie, przy stadionie olimpijskim, w ramach przeciwdziałania zamieszkom kibiców. Fanów nie ma, są sami policjanci. Efekt? Dwa helikoptery zniszczone, za kilkadziesiąt milionów euro, kilku policjantów zabitych i rannych.

Sorry, u kibiców nie jest tak niebezpiecznie. Nawet z racami. Nomen omen ładnie wyglądały w sobotę na nowej Ł»ylecie. Choć jeszcze ładniej – to zagranie z lewitki młodego Kosy na wolne pole, rok czegoś takiego nie widziałem…

*

Dobra, coś wesołego w nagrodę. Opowieść sprzed paru lat o Darku Dziekanowskim, który dziś wyrasta nam na mędrca, co mnie cieszy, głupi nigdy nie był. No więc po sąsiedzku wpada do Wuja. Piją wino, jedno, drugie, w pewnym momencie Darek zalał drinem spodnie. Przejęty biegnie do łazienki (elegancik!), pierze, moczy, pierze, wiesza do wysuszenia…

Wujo budzi się rano, Darka nie ma. Idzie do łazienki, a tam wiszą jakieś mokre spodnie…

No i Wujo się głowi – jak jego gość dotarł w zimie, bez spodni, do domu?

Archiwum X.

*

Prezes Legii chodzi w bardzo ładnej kurtce. Ale czy męskich nie było?

A Michał Ł»ewłakow wciąż reklamuje koce.

Tak to się porobiło.

*

A jak chcecie poczytać coś lirycznego o piłce, coś a’la młody Hornby – polecam stronkę:

http://matchoftheday.blog.pl/

Bardzo mi się podoba, mody autor, z przyszłością, mimo adhd.