Przeszedłem się w sobotę na Legię, z Robertem Lewandowskim (tak nazywa się mój sąsiad, serio). Wiedziałem, że ta ekipa jest cienka jak barszcz, ale nie wiedziałem, że… tak wielu kibiców czyta „Weszło” – danke schoen! Ale wszędzie tam, gdzie wszystkim się podoba, zawsze znajdzie się jeden, któremu się nie podoba. Musiałem zadać mu zatem kluczowe pytanie, w odpowiedzi na jego pytań kilka: „Czy chcesz dostać w cymbał?”. Nie musicie zgadywać co zrobił. Spadłâ€¦ A my z Robertem poszliśmy na browar pod trybunę.
*

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Jakoś przed tygodniem wspomniałem zjawiskowego Garetha Bale’a, a minęło kilka dni, a gość wygrał dwa ligowe mecze dla Kogutów, jak chciał zresztą (ładna była wypowiedź trenera West Ham, po tym jak Gareth strzelił w doliczonym czasie z dystansu w okno: „powiedziałem sobie zaraz jak tylko dotknął piłkę: Boże, będzie gol”). A były czasy naprawdę, kiedy Walijczycy bali się nas, nie tylko piłkarskiej klasy, ale i agresywności w grze. Nie zapomnę wypowiedzi ich lewoskrzydłowego Leightona Jamesa zaraz po tym, jak w Chorzowie w 73 przegrali 3:0, o Polakach: „Ci ludzie pozabijaliby własnych ojców!”.
Obecne pokolenie nie skrzywdziłoby nawet muchy.

*

Adam Dźwigała z rodziny Dźwigałów ładnie zaczyna karierę. Ojca trudno zapomnieć, miał najsilniejsze uderzenie jakie widziałem, tyle że grał w słabych klubach. Dorabiał zatem gdzie mógł, w szóstkach, a na sto procent i u buków. Pamiętam jak kiedyś Pogoń Szczecin przegrywała wszystko jak leci, a dyrektor Piotr Werner (dziś jeden z promotorów Diablo) nie płacił pensji piłkarzom od pół roku. A tu nagle na trening Dźwigała podjeżdża nowiutkim peugeotem 605…

– Skąd miałeś na takie auto??? – grzmi Werner, do którego Darek bezskutecznie przychodził co tydzień po kasę…
– Aaaa, babcia mi kupiła! – zaśmiał się piłkarz szefowi w twarz.

Fani Pogoni któregoś razu nie przyszli na mecz w ogóle. Wywiesili tylko transparent:

„Jesteśmy u bukmachera”.

*

Mały remanent. Mianowicie tłumacząc futbolistom nazwiska, swoje przerobiłem na Independiente. Bo… w argentyńskiej tabeli Za River Plate, no Independiente to niezależny ktoś, jak ja. I odezwał się na fb dobry druh Maciej Chorążyk, ten znany z łowienia Polaków za granicami (dzięki za tę ostatnią flaszkę z Wenezueli, ksero pliz, jak mawiał zawsze Fryzjer). I szalenie wbił mnie w dumę, bo Independiente to nie byle co! Podobnie jak River!
„Pawle, co nieco o wyższości Independiente nad River Plate.

1. Rok temu RP grało w… 2 lidze… (pierwszy raz w historii, ale niezwykle upokarzające przeżycie dla kibiców). Byłem wtedy w Buenos, i fakt spadku RP był nie do pomyślenia. Federacja wpadła na pomysł, by powiększyć ligę, ale dumni kibice właśnie RP wyszli na ulicę i zrobili taką rozpierduchę, z płonącymi samochodami itd., że odstąpiono od pomysłu.

2. W rankingu IFFHS, Independiente zajmuje 146 miejsce, RP 302. Victoria Pilzno jest 47 co prawda, ale fakt jest faktem.

3. Mistrzostwo Argentyny: RP 32- Ind.15 (tu lepsze River)

4. Copa Libertadores RP – 2 , IN.- 7 (SIEDEM). 7 razy w finale i siedem razy wygrali. Pod względem ilości międzynarodowych trofeów na świecie ustępują tylko Realowi Madryt!

5. Ponadto człapiące od kilku lat w środku tabeli (ale nie w drugiej lidze) IN zgarnęło południowoamerykańską Ligę Europy, czyli Copę Sudamericanę (2010).

6. Independiente ma ksywę „Rey do Copas” , czyli Król Pucharów.
Pozdro”.

Zawsze podziwiam ludzi z taką wiedzą, o jakiej mnie i wam nawet się nie śniło.

Tylko ostatni wynalazek Maćka jakiś dziwny. Jak można się nazywać Alexander Fagasiński?

*

Zasmucił mnie znów Radek Maja Majewski, mimo że wali gola za golem. Znów, bo kiedyś we Lwowie zasnął po dwóch piwach, dekonspirując kumpli… Teraz wyznał, że umie gotować i sprzątać, ale teraz przyleci do niego kolega i parę dni to tamten pogotuje i powyciera kurze.

Wolałbym, jakbyś się kiedyś wreszcie pochwalił jakąś dziewczyną, chłopie.

Natomiast co do określenia „kolega” – dobra była kiedyś opowieść Atlasa. Mianowicie wychodzi z domu jego siostra, a mama pyta opryskliwie:
– A ty gdzie?
– Bo czeka kolega…
– Taa, kolega! Co do dupy przylega!!!

*

Trwa akcja zapełniania Narodowego na mecz z San Marino. A rywal fajny, pamiętam jak Ebi po tym 10:0 chyba nie pamiętał ile strzelił goli, trzy czy cztery, a może pięć… Ja bym zrobił imprę pod hasłem – idziemy na rekord, a jak się nie uda, wyjaśni się, że chodzi o rekord Narodowego – tu chyba jakieś trzy gole powinny wystarczyć…

Kiedyś myślałem, że najwyżej wygrała Australia, ponad trzydzieści… A tu słyszę w radio, że nie, że w lidze Madagaskaru było ponad sto goli, bodaj 122:0…

Zaintrygowało mnie to, jak się wyrobić w czasie, tego by nawet mistrzowie naszej sprzedajnej ligi nie dali rady ustawić.

I za chwilę usłyszałem odpowiedź. Piłkarze jednego zespołu tak się wkurwili na sędziego, że uznał rywalom gola, że zaczęli wprawdzie od środka, ale… pobiegli do własnej bramki i walnęli swojaka. I znów do środka, i znów swojak. I tak do 90 minuty.

Kopernik by na to nie wpadł.

Co zabawne, Madagaskar mieliśmy kupić przed wojną na kolonię, zebrano kasę, ale jak we wszystkim przeszkodził Adolf.

*

Ojrzyński zbiera pochwały. Ja bym na jego miejscu przeanalizował grę jego obrony w ostatnich dwudziestu minutach – to były kpiny.

Ale, ale – przypomniało mi się opowiadanie kumpla z liceum w Pruszkowie. Tam pracował Ojrzyński jako nauczyciel w-f, no i razu jednego wyrzucono go z pracy.

Za co?

Bo bez zgody dyrekcji, po lekcjach, prowadził zajęcia z bramkarzami szkolnej drużyny.
No, ciekawe czy i takie problemy rozwiąże Centralna Liga Juniorów.

*

Palestyńczycy odmówili gry z Ł»ydami, we wspólnej drużynie, przeciwko Barcelonie.

Rozumiem ich, wciąż są bombardowani (sami też strzelają), no i gdyby wystąpili – naród potraktowałby ich jak zdrajców, coś jak u nas traktowano folksdojczów.

Wiśnia, o którym wspominałem, trenował kadrę Palestyny, wspomina że poza helikopterami nad balkonem zapamiętał głodowe żarcie, sam ryż, i że po takiej diecie w pierwszym miesiącu schudł dziesięć kilo.

No i ze prezesi opieprzali go nie za wyniki, tylko za to, że… na treningach patrzył na zegarek.

„Nie patrz! Bo nasi chłopcy jeszcze pomyślą, że trzeba się gdzieś spieszyć!”.

*

Najlepszy zegar jaki widziałem, był przed pół wieku na Warszawiance. Facet wchodził na betonowy podest i przesuwał wskazówki. Ale ponieważ lubił zejść i pogadać albo popić z kumplami – bywało, że wskazówka z piętnastej minuty od razu przeskakiwała na 90.

*

Zadzwonił Michał Sorówka, ten wyeksportowany przez nas z „Piłki Nożnej” dziennikarski praktykant do Finlandii, gdzie został najlepszym piłkarzem. Podziękował za promo i mówi, że dotarłby wyżej, ale kontuzja w drugim roku dalszą karierę zatrzymała.

U mnie zatrzymała już chyba w niemowlęcym wózku!

*

Ze śmiesznostek. W „PS” dodatek futbol i gwiazdy. Ariel Borysiuk, Kaiserslautern. 14 meczów, 0 goli, 1 asysta.

To było ze dwa tygodnie temu, a do dzisiaj brzuch mnie boli.

Ze śmiechu.

*

Ale „PS” przypomniał też ostatnio Andrzeja Rudego, dając z nim wywiadzik o „Lewym”. Najlepszy rozgrywający jaki się kiedykolwiek w Polsce zapowiadał. Miał pecha tylko, bo mawiano, iż trafił na nimfomankę i jak potem wyliczano jej facetów – boję się, że i ja mogłem w tym gronie się znaleźć, brr. Ale a’propos dawnych czasów: do dzisiaj mam gdzieś w domu nagrodę „PN” dla „Odkrycia Roku” – Andrzej Rudy wygrawerowany na kryształowej, pięknej piłce. Nie odebrał, ciut wcześniej uciekł. Co ciekawe, dzień przed meczem z… Maradoną.

Gdy była akurat seria ucieczek, ciut wcześniej Leśniak, redaktor Niemiec, ze smutkiem acz mądrze, tak napisał w „Tempie”:

„Leśniak chociaż zagrał”.

Jak ci się będzie Andrzeju chciało kiedyś odezwać – Nagroda czeka!

*

Onyszko się pożalił, że rano musi brać 7 tabletek, w południe 6, a wieczorem tylko 3. Suma – 16.

Ja biorę rano 12, w południe tylko 4, za to wieczorem 8. Razem – 24

Ty to Arku szczęściarz jesteś! Pamiętaj zawsze powiedzenie Kazia Górskiego, pasujące do każdej sytuacji – gorzej ludzie mają.

Była taka anegdota. Facet opowiada: mąż wrócił do domu, znajduje żonę z kochankiem, no to zastrzelił ją, jego, a na końcu siebie. No, ale mogło być gorzej!

Jak to gorzej??? – ktoś dopytuje…

Gorzej, no bo dzień wcześniej to ja u niej byłem.

*

Cała Polska współczuje Janowskiemu, od piosenek, że narzeczona kradła.

Boże, patrząc jak rozpadają się małżeństwa, niejeden z nas wolałby narzeczoną złodziejkę i jakikolwiek pretekst do ucieczki.

Następny farciarz. Takiemu to wszystko się udaje, nawet kradzież w najbardziej odpowiednim momencie.